![]() |
Poniedziałek
19.02.2007nr 050 (0568 ) ISSN 1734-6827
W dwunaste urodziny jako prezent podarowano mi pierwszą książkę o tematyce łowieckiej - "Tropy i ślady zwierząt". Poradnik dla miłośników przyrody autorstwa Wiesława Albina Chmielewskiego. Na pierwszej stronie widnieje dedykacja: "Rafałowi, aby tropy poznawał w lesie. Kętrzyn 16.10.88 A. Niemiec". Podarował mi tę książkę serdeczny przyjaciel mego Ojca - wybitny i wytrawny myśliwy, pan Andrzej. Poradnik zajmuje do tej pory honorowe miejsce w mojej bibliotece łowieckiej. Po lekturze książki i pod czujnym "okiem Ojca" mogłem w praktyce rozpoznawać ślady i tropy zwierząt, Rozpoznawałem klucze przelatującego ptactwa, rozróżniałem trop stary od świeżego. Z biegiem czasu fascynacja łowiectwem nie malała, wręcz przeciwnie... Już jako młodzieniec z utęsknieniem czekałem pięknej, złotej jesieni, gdy u boku pana Andrzeja przemierzałem leśne dukty w pogoni za bykiem... Ach te zimowe zbiorówki na stanowisku razem z Tatą... Wiosenne podchody za kozłem... Latem wpatrzony w zachody słońca skąd zza widnokręgu nadlatywały tabuny kaczek na rozległe rozlewiska w okolicach Kętrzyna... To był czas młodzieńczej, beztroski, fascynacji i zauroczenia łowiectwem. Ojczulek od samego początku wpajał mi zasadę "Dobry myśliwy to nie koniecznie król polowania" i ciągle powtarzał słowa "Kto nie hoduje ten nie poluje". W myśl tej zasady ze swoim przyjacielem Irusiem (obecnie kandydat na myśliwego w naszym kole :) będąc brzdącami, zbieraliśmy żołędzie dla dzików, stale podbieraliśmy jabłka i marchew z piwnic Rodziców. Gdy nastawały mrozy i biały puch pokrywał pola wspólnie z moim kompanem ładowaliśmy w worek uzbieraną karmę i na saneczkach do knieji. Za miejsce dokarmiania wybrałem niewielką remizę, przez którą przepływał strumyk. Zwierzyna szybko przyzwyczaiła się do nowej "stołówki" - gościł w niej niewielki rudel sarn. Żołędzie wyjadał spory odyńczak, a marchew wcinały zające. Byłem zadowolony z siebie i Irusia - że mogliśmy pomóc zwierzynie przetrwać ten trudny zimowy okres. W wieku osiemnastu lat zostałem kandydatem w K.Ł. "Szarak". Moje podanie zostało rozpatrzone pozytywnie i stałem się pełnoprawnym kandydatem z dzienniczkiem stażysty w ręku. Dwa lata stażu, kurs i egzaminy minęły bardzo szybko, później sprawy związane z pozwoleniem na broń, wpisowe czyli tzw. "sprawy papierkowe". Wreszcie z sztucerem otrzymanym od Taty - pierwsze polowanie. Pełen wiary w łowiecki sukces, nadziei, energii i chłonny wrażeń, zmierzałem ku swej kandydackiej ambonie... Nie tylko samym lasem człowiek żyje. W deszczowy, ciepły czerwcowy dzień złożyłem obietnicę przed ołtarzem. W grudniu następnego roku jako szczęśliwy Tatuś odciąłem pępowinę mojego Skarbulka - Urszuli. Być przy porodzie to piękna, niezapomniana chwila... jaka ona podobna do mnie! Duma i siła rozpierała mnie. Dwa lata później nadszedł ten mroźny, styczniowy dzień, gdy cały świat wartości poległ w gruzach. Nie wytrzymały fundamenty - podwaliny związku. Minęły kolejne dwa lata... nie jestem na co dzień przy boku mojego Skarbulka. Gdy się budzi rano i gdy zamyka oczka do snu. Zastanawiałem się wiele razy, czy spełniając swoją pasję nie zatraciłem świata, który mnie otaczał... czyli od radości do smutku...
|