![]() |
Piątek
25.05.2007nr 145 (0663 ) ISSN 1734-6827
Zastanawiam się gdzie zrobiłem błąd, bo gdzieś zrobiłem i po analizie dochodzę do wniosku, że ruszając bronią spowodowałem rozbłysk lunety światłem zachodzącego nisko słońca. Ten błysk spowodował tak szybką reakcję i ucieczkę. Przegoniony koziołek stoi w oddali na blat i prowokuje do strzału, ale nie będę go strzelał. Nie będę się tłukł. Pomimo, że nie jestem przygotowany i nie mam nic ciepłego decyduję się zostać na ambonie do rana z nadzieją, że dostanę tego pięknego kozła. Mam łowny odstrzał, więc chyba warto poczekać. Ambona jest usytuowana w takim miejscu, że dzik też może się trafić. Dzień dogasa wolno i w szarzejącym mroku widzę jak z kępy zarośli na czyste wychodzi koza a za nią druga, która co chwilę oczy za siebie i niespokojnie się rozgląda. Musi tam być jej przychówek bowiem za chwilę zawraca i chowa się na dobre. Druga spokojnie się pasie i w końcu niknie w zapadających ciemnościach. Podnoszę kołnierz kurtki i zapinam wszystkie guziki. Wyciągam nogi na desce i wtulam się w kąt ambony aby trochę pokimać i przed świtem być na posterunku. Krótka noc szybko mija gdy zdrętwiały wolno wstaję aby rozprostować kości. Czynię to wolno i tak aby nie narobić podejrzanych hałasów. Coś już widać więc biorę szkła i zaczynam lornetować otoczenie. Blisko ambony, w trawie coś leży. Niestety to tylko wczorajsza koza leżąca i ruszająca gębulą, przeżuwająca nocne żerowanie. Nic innego nie ma a cisza aż dzwoni. Siedziałem długo, zrobiło się zupełnie jasno i ciepły promyk zaczął łaskotać me ucho. Nic z tego, przynajmniej dzisiaj. Wstaję i naciągam zastałe mięśnie, rozładowuję broń i składam klamoty. Bardzo chce mi się pić. Niestety nie mam nawet jakiegoś cukierka. Zapalam papierosa i jeszcze z nadzieją popatruję po zroszonej trawie polany. Niestety jest pusta. Ociągając się złażę po drabinie i przecinam mokrą łąkę kierując się w stronę lasu po jej północnej stronie. Łąka wznosi się wąską i wysoką miedzą, którą muszę pokonać. Wyłażę na nią i za plecami słyszę suchy trzask. Obracam się na pięcie i w tym momencie wywijam szalonego orła lądując na trawie mokrej łąki. Na plecach i sztucerze. Oszołomiony oglądam broń. Na ’oko’ nic nie widzę, poza zapchanym świeżą ziemią okularze i kompletnie mokrej od rosy reszcie broni. Wyciągam chusteczkę i osuszam całość wydmuchując i usuwając ziemię. Wyjmuję zamek i widzę, że przewód lufy jest czysty. Jaka ulga. Jakiś niezbyt fartowny ten obecny wyjazd i trzeba będzie przestrzelić broń na wszelki wypadek, nigdy nic nie wiadomo... Pozbierałem się jakoś do pionu, ciekawie popatruję po polach, ale cisza zupełna. Wolno repetuję Mausera i przesuwam skrzydełko bezpiecznika machinalnie do oporu w prawo. Przechodzę przez łąkę i na ścianie lasu postanawiam wejść na płynący dołem potok tak aby po jego przejściu pokonać wzniesienie, które mnie wyprowadzi na asfalt drogi i wrócę nim do naszego myśliwskiego domku. Ta część obwodu zawsze kryła jakieś niespodzianki w postaci grubych dzików i ciekawych kozłów. Jest jeszcze wcześnie i zwierzyna może być na biegu, zresztą zirytowany trochę poprzednimi niepowodzeniami chciałbym się jakoś spełnić myśliwsko. Idę bardzo wolno starą zarośniętą drożyną i pilnie się rozglądam bowiem między potężnymi drzewami jeszcze czai się mrok podbity leciutkim oparem dodatkowo go wzmacniającym. W dole widzę już miejsce gdzie łatwiej mi będzie przejść rozpadlinę gdy do mych uszu dobiegają dziwne dźwięki. Od dołu potoku coś idzie zasłonięte ogromnymi paprociami i nim zdążyłem sięgnąć po broń jestem w środku sporej watahy, której przewodzi ogromna locha stojąca teraz parę kroków ode mnie i fukająca głośno. Obok niej jest kilka warchlaków jeszcze z lekkim rysunkiem pasków i kilka grubszych dzików, które zrywają szalonym biegiem na przeciwległą ubocz i za którymi rusza reszta towarzystwa z potężną lochą. Zrywam broń z ramienia i składam się błyskawicznie na mrowie czarnych plam. W obiektywie stojący na wzniesieniu z gwizdem do góry rząd trzech jednakowych sylwetek. Szpic celownika trafia w końcu w dobre miejsce i ciągnę za przyspiesznik. Przerzucam palec na spust i wolno go zginam. Spust twardo się opiera. Zirytowany ciągnę mocniej. Bez rezultatu. I dopiero teraz dociera do mnie, że broń jest zabezpieczona. Szybko próbuję przełożyć skrzydełko w lewe położenie i w okularze widzę zad dzika jak znika w kępie bzów. Gorączkowo przeszukuję zbocze, ale jest puste. Z oddali dobiega basowe sapnięcie zirytowanej i słusznie lochy... Najpierw zwiał mi kapitalny kozioł, później wyrżnąłem zadkiem w łąkę, teraz czarnuchy zrobiły ze mnie balona... Opieram się plecami o buka i wysapuję irytację. Sięgam po papierosa i wolno go zapalam. Dym snuje się leniwie a ja mielę parę słów w suchym gardle. Zakopuję niedopałek i schodzę na potoczek. Nabieram pełne dłonie cudownej wody i piję aż do bólu gardła z zimnego ruczaju. I wczoraj i dziś św. Hubert pozwolił popatrzeć. I tylko tyle... a może aż... Piecowiska 1983
|