![]() |
Czwartek
11.10.2007nr 284 (0802 ) ISSN 1734-6827
Wolno się wlokę piaszczysto - żwirową drogą. Od rozstania z kolegą upłynęło parę minut, przystaję sięgając po kolejnego papierosa, później nie będę palił... Głośne – buch, sygnalizuje, że Stanisław ma dalej niesamowity fart, toż ledwo odszedł. Nerwowo wypalam papierosa i wiedząc, że odległość między nami jest niewielka postanawiam iść Mu pomóc. Pochmurny i ponury dzień dogasa i robi się szarówka. Gwizdam raz i drugi i po chwili słyszę przytłumiony odzew. Skóra mi cierpnie, dźwięk dochodzi z najbardziej stromej i głębokiej rozpadliny w obwodzie, której dołem płynie potok. Zaczynam schodzić w dół i stając nad pochyłością widzę w dole leżącego byka oraz jego pogromcę. Wygląda to bardzo brzydko, byk leży w potoku w wąskiej i stromej rozpadlinie. Ślizgając się na pochyłości zjeżdżam do potoku, ściskam prawicę i oglądam zdobycz. Wieniec nie jest imponujący, ale byk jest bardzo płowy i widać, że waży te parę kilogramów (później się okazało, że miał jak do tej pory najwyższą wagę z wszystkich pozyskanych). Kolejny zakurek i po zabezpieczeniu broni oraz rozebraniu się z kurtek postanawiamy byka choć trochę z potoku wydostać, aby go wypatroszyć. Do dziś nie wiem, jakim cudem we dwóch wytargaliśmy tego zwierza na wąską, namuloną płaszczyznę utworzoną przez potoczek. Wyglądaliśmy obaj jak burłacy w zabłoconych po oczy ubraniach. Byk stracił klejnoty oraz resztę i popodpierany z wszystkich stron paruje czeluścią otworzonego brzucha. Jest już bardzo mrocznie i trzeba go jakoś z tej rozpadliny wytargać i odwieźć do domku. U góry słychać jakieś głosy ludzkie, ale bardziej obiecujący jest skrzyp kół wozu i chrapanie konia. Zdyszany, biegiem wypadam na leśną dróżkę i widzę ślicznego czarnego ogiera oraz kobietę i mężczyznę. Proszę o pomoc w wyciągnięciu byka. Zgadzają się choć widać, że nie jest to bardzo im na rękę. Szczególnie mężczyzna sprawia wrażenie jakby nie bardzo wiedział jak się za to zabrać. Bardziej zdecydowana jest kobieta i to ona przejmuje pałeczkę. Na wozie są jakieś linki oraz krótki kawałek łańcucha, zbyt krótki jak się okazało do tej operacji. Schodzę w potok a konisko zostaje sprowadzone na skraj rozpadliny, mocno się buntuje i jest bardzo niespokojny. Śliskie, nasiąknięte wodą ściany parowu dodatkowo czynią całą rzecz trochę szaleństwem. Kobieta rzuca łańcuch z góry, ale nawet powiązany z powrozami z biedą daje się zawiązać na wieńcu. Proszę o jeszcze metr luzu. Krzyczy, że nie da rady, ale bierze konia za uzdę i sprowadza go jeszcze niżej. Koń się szarpie i ślizga a ja stoję mając go parę metrów nad swoją głową, na którą zresztą spadają pacyny rozmiękłej ziemi wyszarpane przez kopyta. Proszę aby zaczęli wydobywać byka. Koń się szarpie ale byk ani drgnie, słabe oparcie oraz krótka linka na stromym zboczu to zbyt wiele jak na jego siły. Mężczyzna sięga po bat i smaga biedaka, wściekły krzyczę aby dał spokój, wszystko to nad moją głową. Kolega podchodzi i razem próbujemy pomóc ruszyć byka i w tym momencie widzę jak szarpiący się koń wali się na stok jakimś dziwnym skrętem przez grzbiet i zaczyna się zsuwać na nas. Trwa to moment a wydaje się wiecznością, stoimy jak zamurowani, jak gruchnie na nas nie będzie co zbierać a i z konia też pewno niewiele będzie. Biedak jakimś cudem się zatrzymuje, ale nie jest w stanie wygrzebać się i dygocząc nad nami staje wreszcie nieruchomo, chrapiąc straszliwie. My obaj odbiegamy na boki a ja dopadam do konia i próbuję gładząc go, choć trochę uspokoić. Z góry schodzi mężczyzna i zabiera się z powrotem za bat. Wykrztuszam z siebie zduszone – zostaw i ujmuję konia za uzdę. Drży mocno ale trzyma równowagę i po wypięciu robi krok po stoku, wolno idziemy do ścieżki, kobieta o zbielałej twarzy mówi tylko jedno słowo – dziękuję. Zrobiło się już ciemno i nie mamy innego wyjścia jak iść kilka kilometrów po naszego sąsiada obok myśliwskiego domku. Całe życie spędził w lesie na zrywce i ma parę wspaniałych koni. Dochodzę do Jego chałupy, zupełnie ciemno, jest ok. 21. Stukam w okienko i po chwili słychać człapanie i ostrożne – a kto tam. Po chwili już przy papierosie rozmawiamy o szczegółach. Konie zostają zaprzęgnięte, bierzemy liny i łańcuchy i w ciemną, choć oko wykol noc z lekkim zamgleniem jedziemy po byka. Gospodarz jak w dzień prawie wjeżdża między drzewami do miejsca gdzie o mało nie straciliśmy głów. Długi łańcuch zostaje rozciągnięty, byk uwiązany i wolniutko, skracając łańcuch z ogromną pewnością siebie gospodarz komenderując nami w świetle latarek wyciąga zwierzę na równiejszą część rozpadliny. Dalej to już idzie łatwo, burta zostaje podłożona na boku furmanki, z drugiej strony zakładamy linkę i konisko wyciąga byka na furmankę. Układamy go i zbierając klamoty pakujemy się na wózek. Jest północ. Wracamy w zupełnej ciemności wyparowując zmęczenie i strach. Konie pochrapują, gospodarz sennie się kiwa na worku z sianem a my z wiszącymi nogami i przytuleni do byka wracamy do domku. Taki ‘zwykły’ myśliwski dzień a może noc. Nie strzeliłem tego byka, ale mam jego wieniec. Przyjaciel kończąc z łowiectwem dał mi go na pamiątkę spędzonych wtedy chwil... Jaworze
|