![]() |
Poniedziałek
29.10.2007nr 302 (0820 ) ISSN 1734-6827
Wyciągam z futerału sztucer i akcesoria, do opornego magazynka wpycham lśniące mosiądzem łusek naboje, zdejmuję osłonę lunety i broń wędruje na ramię. Mam sporo czasu i postanawiam zejść trawiastą drogą na półkę usytuowaną w rogu potężnej uprawy modrzewia pienińskiego. Dochodzę i z przyzwyczajenia wchodząc na drabinę staję i spoglądam dookoła. Tak kolorowa jeszcze parę dni temu knieja posmutniała i poczerniała, na gałązkach nieliczne ocalałe listki drżą i trzepią się na lekkim wietrze. Jeszcze jest w miarę ciepło ale jakiś smutek błąka się pośród wiekowych buków i dębów. Na usytuowanej obok kwatery modrzewia sporej uprawie topoli rosnącej w oczach, błyskają podbite srebrem ocalałe liście. Mocniejszy podmuch wiatru porywa zawieję resztek liści i przestrzeń między drzewami mieni się rozbłyskami opadających liści. Sadowię się wygodnie i popatruję na to misterium drętwienia i przemijania kolejnego roku, który przyniósł z sobą i radości i smutki codziennego dnia życia, odejście najbliższych... Poza ścieżką wyciętą w olbrzymiej trawie poprzez zwierzynę i czasami gospodarskie wozy zwożące siano i drewno opada niecka wypełniona potężnymi paprociami i pokrzywą. Nagle, na zwichrzonej szarej plamie łętów widzę czarną sylwetkę jakiegoś zwierza. Broń mam opartą na ramieniu i wspartą piętką między bukiem a deską siedzenia. Na razie jej nie dotykam a staram się rozpoznać z czym mam do czynienia. Dzik wolno się przesuwa na ekranie łętów i trawy. Jakoś dziwnie spokojny i nostalgiczny, bez emocji zwykłych i korzystając z szkieł lornetki obserwuję potężną lochę, jak szuka jakiegoś pożywienia rozrzucając na boki grudy czarnej ziemi i co chwilę zwracając potężny łeb za siebie. Muszą tam być młode i sądząc po tuszy i zachowaniu matki, powinny być w dobrej kondycji. Ostatecznie jesień to czas darów kniei, trzeba skorzystać z ‘okazji’ i strzelić jakiegoś warchlaczka na pieczyste. Szkła zawieszam na drągu i biorę w dłonie sztucer. Lufę kieruję na żerującego dzika licząc, że idąc ‘wyciągnie’ z trawy na czyste swe potomstwo i będę miał szansę wybrać jakiegoś malucha. Słychać szuranie w trawie i pochrząkiwanie. Matka rechta łagodnie i nie przerywa żerowania na jak sądzę rozsypanej obficie buczynie i żołędziach. Niestety zamiast wyjść z zagłębienia skręca i wchodzi coraz głębiej w kłębowisko traw oddalając się coraz bardziej. Dostrzec młode niepodobna. Trochę zawiedziony postanawiam wolniutko zejść z półki i obejść ten fragment aby poczekać na wyjściu z tego jarku – muszą się tam skierować. Szkła na szyję i uważając na skrzypiące stopnie schodzę wolno. Warknięcie w pobliżu i poprzez ażur trawy widzę biało-czarny kształt burka. To pies gospodarza mieszkającego poniżej. ‘Normalnie’ bywa uwiązany do wbitego palika i całe lato w upale i słocie tkwi na stoku wydzierając pysk. Szlag by to trafił, zwiał z obejścia i teraz postanawia pewno uzupełnić porcję rzadkich ziemniaków i jakiejś pewno starej zupy czymś świeżym i pachnącym. Zbyt jednak mały jest aby dać sobie radę w pojedynkę. Powinienem był mu łupnąć, ale jakiś sentyment i ten czas przemijania, powoduje, że reakcje miałem zbyt litościwe. W oddali niknie jazgot i szum uciekającej wataszki. Idę stokiem poziomicą i postanawiam wreszcie podejść tak gdzie początkowo zamierzałem – na Syberówkę. Wolno i pilnie się rozglądając, lornetuję stoki wypatrując zwierza. O ściółkę packają dorodne kluski żołędzi co wywołuje wrażenie przemieszczającej się zwierzyny w lekkim szumie wiatru – takie pac...pac... Ściemnia się już w lesie gdy podchodzę do półki którą dziś wybrałem, w ten dziwny nostalgiczny, smutny jesienny czas. Półka jest wsparta o potężnego buka i dół drabiny ma umieszczony na krawędzi leśnej dróżki. Mocna i pewna o solidnych stopniach i wygodnym siedzeniu zaprasza idącymi w niebo drągami drabiny. Korzystam z zaproszenia i wchodzę nań, sadowię się wygodnie zrzucając osłonki buczyny z drobną szczoteczką kolców, która je otacza, zbieram też na dłoń sporo nasion buczyny i kładąc sztucer na uchwycie z przybitych drążków zaczynam łuskać smakowite orzeszki i pogryzam z przyjemnością. Popatruję tu i tam ale knieja nie otwiera dziś rozdziału z zwierzyną. Szelest wiatru, dygot liści, stukanie nasion o ściółkę i polatujące obficie liście to wszystko co mam w zasięgu wzroku. Ścieżka biegnie w lewo lekko w górę i wychodzi na metalową rogatkę której stąd nie widzę ale wiem, że do asfaltu szosy mam kilkadziesiąt metrów i ewentualny strzał w tamtą stronę jest raczej wykluczony. Pogryzając buczynę rzucam okiem w kierunku jaśniejącej w mroku ścieżki i nagle widzę coś jak rzucona garść piasku wypadająca zza pnia potężnego buka. Ki diabeł. Rzucam nasiona i biorę szkła. W 10-krotnym powiększeniu widzę jak za bukiem pracują dwie łapy i wyrzucają w powietrze grudki ziemi. Trwa to sporą chwilę, nie widzę sylwetki a jedynie końce łap i dziwnie krępy zad. Jest już bardzo ciemno i w pewnym momencie błyska mi w szkłach czarno-biała suknia. Diabli nadali, ten cholerny pies coś tam z ziemi wydłubuje. Zniesmaczony opuszczam szkła klnąc pod nosem. Wiadomo, że strzelać go nie będę, nie mam zamiaru zadzierać z tym ‘miłośnikiem’ zwierzyny. Mój samochód stoi przy leśniczówce, zaraz skojarzą strzał z zniknięciem burka. Zrezygnowany i zły rozładowuję broń i schodzę z ambony idąc w kierunku drogi, broni ponownie nie ładuję i rozładowane naboje wciskam w ładowniczkę na kieszeni kurtki. Wlokę się wolno i dochodzę do miejsca gdzie widziałem psa. Jestem już blisko gdy słyszę dziwne zduszone warknięcie czy pisk i coś z dużą szybkością wypada zza drzewa i wieje w potok. Jasna cholera to borsuk – te biało-czarne łaty skojarzyłem wcześniej z burkiem. Zrywam sztucer i wyciągam nabój repetując błyskawicznie i szukam w okularze, niestety mrok i potężna rozpadlina potoku skutecznie kryje borsuka. Mielę w zębach przekleństwo i idę zobaczyć co ten tam kopał. Słychać brzęczenie i w świetle latarki widzę żółte pociski nad dużą jamą wydartą w ziemi i pełną potrzaskanych plastrów ociekających miodem. Łasuch dobrał się do miodu i spokojnie się nim raczył. Jakoś dziwnie pogodzony i spokojny sam sobie wytykam myśliwską ‘nieudolność’. Wychodzę wreszcie z zupełnego mroku na drogę biegnącą do leśniczówki . Nad sobą mam podbitą złotym odcieniem zapadającego za horyzontem słońca powałę nieboskłonu. Po mej prawej ręce szarzeje ogromna dobrze utrzymana łąka. Zatrzymuję się i oglądam ją uważnie , może chociaż jakąś kozę jeszcze się uda zobaczyć. Zamyślony lornetuję uważnie, wtem jakiś dziwny dźwięk dochodzi z góry, jeden, drugi, kolejny i nagle cały nieboskłon wybucha wspaniałym klangorem. Kieruję szkła w górę i widzę potężne klucze żurawi na złotawo granatowym nieboskłonie. Jakaś ciepła zasłona ale bardzo smutna się otwiera. Te ptaki idą w długą i niebezpieczną wędrówkę po pobycie tutaj, odbieram ich głos jak tkliwe pożegnanie, coś co łapie za serce i duszę, ale też jak znak nadziei... do zobaczenia... Berdech 2006
|