![]() |
Środa
19.12.2007nr 353 (0871 ) ISSN 1734-6827
W zamian jest codzienna wędrówka do garażu, trzask kluczy i otwieranych drzwi. Wyjazd i zamknięcie garażu a później jazda do firmy i codzienna harówka... W taki dzień jak dzisiejszy szczególnie mocno uwypukla się dziwna i marna strona ludzkiego żywota. Codziennej krzątaniny podpartej zwykłym czasem słabości i po prostu przemijania. Tak jak przemijają kolejne stronice roku. Jadę pośród szarości ulic i przybrudzonych fasad domów. Nad wznoszącą się ponad miastem górą Św. Marcina różowieją rozwichrzone obłoczki i rozjaśnia się ołowiane po zachodniej części niebo. Jedziemy w kierunku jaśniejącego południa. Jadę teraz nitką E-4 z wschodu na zachód. To jakby magiczna linia podziału dwóch krain. Po prawej płaska jednolita równina biegnąca w północną ołowianą szarość nieba. Po lewej schodzą ostatnie wzniesienia i rubieże Karpat a dokładnie Przedgórza Karpackiego. Nad obłymi kształtami wzgórz jaśnieje otwarta brama do ciepłych krajów, jakże różna od tej po prawej stronie asfaltu... Coś czego wytłumaczyć nie potrafię zmusza mnie do szukania czegoś nad głową. Coś, co zasłania samochodowy dach. Gorączkowo rzucam spojrzenia w wszystkie dostępne okna i popatruję na tył jadącego przede mną samochodu. Trzeba mocno uważać… I nagle widzę. To wachlarzyk ogromnych szarych ptaków usytuowany w foremny klin. Potężne skrzydła dostojnie mielą powietrze. Jak obuchem w łeb spływa smutna i radosna myśl. One tam idą na daleką wędrówkę wzlatując w cudownie już rozjaśnioną południową część nieba. Za sobą zostawią kłopoty i szare, smutne przydymione deszczem pola. Wolne i niedościgłe... Jak ja wiele lat temu na grani Mięgusza, czułem na twarzy podmuch wzniecony setkami pracujących skrzydeł... Rozpaczliwie szukam klawisza otwierającego okno i po chwili szyba z szumem opada. Zdziwienie Żony i moje – popatrz – idą gęsi... z wysoka, przebijając szum motorów i uliczny zgiełk dobiega srebrzysty, świeży, okrzyk... Wrócimy... Tarnów - grudzień 2007
|