![]() |
Środa
23.01.2008nr 023 (0906 ) ISSN 1734-6827
Piątkowy poranek nie przynosi zmiany. Nic nadal nie ma, jak wyjęty z wody wracam do domku aby się osuszyć i coś zjeść a zwłaszcza uzupełnić te pół wiaderka które wpłynęło w moje buty po plecach... mijam narożnik sporego młodnika i słyszę: jest! - ogromny odyniec, leży za twoimi plecami w tym młodniku. Pod olbrzymim bukiem stoi jeden z naszej trójki i na znaczący gest aby cicho mówił stwierdza, że otropił potężnego odyńca, który przyszedł w nocy zza granicy, od sąsiadów i tutaj właśnie zażywa Morfeusza. Wyjścia nie ma. Ponieważ jest jeszcze trzeci uczestnik tego tropienia to trzeba nań poczekać. Zapalam papierosa i podpieram olbrzymiego opancerzonego śniegiem buka. Niestety te ilości wody jakie tkwią w mym ubraniu zdążyły już ostygnąć tworząc mokry kompres. Wstrząsa mną dreszcz i zaczynam dygotać. Długo to trwa ale wreszcie widzę migającą między bukami długą sylwetkę. Dochodzi i natychmiast wsadza w łapiące powietrze usta nowego papierosa. Ponieważ może tylko słuchać, mamy szansę zreferować sytuację. Po chwili ustalamy, że jeden wejdzie za tropem w młodnik a pozostali obsadzą rogi i... zobaczymy co zrobi odyniaszek. Jest tylko jeden problem, trzeba znaleźć wariata, który przy tym śniegu wejdzie w ten młodnik ryzykując upadek na głowę paru ton śniegu i wybicie oczu sterczącymi sucharzami. Czuć napięte oczekiwanie, ale żaden się nie kwapi. Wszyscy wiemy, że ten co wejdzie w młodnik szanse na strzał ma jak wygrana w loterii. Co najwyżej może się zdarzyć coś zupełnie nieciekawego, gdy zirytowany lub postrzelony odyniaszek wróci swym tropem w miejsce skąd przyszedł. Uciekać na boki nie bardzo jest gdzie... Wszystko jedno, ‘bohatersko’ zgłaszam się na ochotnika. Nawet perspektywa spotkania oko w oko jest lepsza niż ten obrzydliwy dygot. Czekam cierpliwie jak ‘szczęśliwcy’ rozchodzą się na swe stanowiska, ładuję brenekę w lufę śrutową i wchodzę w opancerzone śniegiem niskie czepliwe jodełki. Niestety są zbyt niskie abym mógł iść wyprostowany czy schylony. Praktycznie opadam na kolana i trzymając wierną Bronkę za koniec lufy drugą usiłuję sobie jakoś torować drogę w tym zbitym szaleństwie. Trwa to długo i w końcu zupełnie tracę orientację gdzie jestem, dzik bowiem prostym tropem nie chadza szukając miejsca na spoczynek. Wstaję w końcu z kolan i wydłubuję się z zbitego materaca opadających gałęzi... Parę kroków ode mnie wybucha nagle mały wulkan sypiącego się śniegu któremu towarzyszy trzask łamanych gałązek, rzucam do twarzy strzelbę i... Strzał... To nie mój, to któryś z obstawiających młodnik. Z wielkim trudem forsuję ścianę jodełek i w końcu wychodzę za tropem na wąską ścieżynę, której nieskalaną biel znaczy olbrzymi trop idącego w susach dzika. Za ścieżką jest rzadki las opadający do potoku i na przeciwległą ubocz. Nadchodzi strzelec z niezbyt szczęśliwą miną. Dzik wypadł jak z katapulty i mimo, że naprawdę dobrze strzela chyba sknocił, skuteczności nie jest pewien. Jednak rezultat trzeba sprawdzić dokładnie. Ponieważ chętnych jak zwykle brak, a mnie już jest naprawdę wszystko jedno, ruszam tropem. Rzadki, goły las zdecydowanie ułatwia to zadanie. Dzik idzie w olbrzymich susach nie zwalniając zupełnie. Na tropie poza rozrzuconą ściółką nie ma rubinowych kropelek, chociaż, a to co takiego... Na ścianie znajdującej się po drugiej stronie potoku, powyżej miejsca gdzie przeskoczył widać czerwonawą smugę. Jednak coś złapał. Ponieważ nie jestem dzikiem takich rozmiarów, nie potrafię ot tak przeskoczyć tego parowu i muszę poszukać obejścia. Zziajany jak pies wychodzę w wyższą część tego zbocza i zaczynam schodzić do miejsca gdzie widziałem ten czerwonawo rubinowy ślad, ostro się odcinający od nieskalanej bieli, tylko w miejscach gdzie odcisnął swój trop rozerwanej. Idę teraz znów po tropie tego pojedynka, ale na szczęście w dół a to łatwiejsze... i wreszcie jest. Z rozmiękłego śniegu wystaje kilkadziesiąt centymetrów grubej gałęzi. Ten gruby patyk jest obklejony drobniutkimi kwiatuszkami rubinowo-fioletowego koloru. Wygląda to jak maźnięcie pędzlem na olbrzymim białym blejtramie... Jaworze 1986
|