![]() |
Wtorek
01.04.2008nr 092 (0975 ) ISSN 1734-6827
Wszędzie widać znaki nocnego szaleństwa. Ogromne sterty śmieci wszelakich, plastikowych woreczków i toreb powbijanych w ogrodzenia i żywopłoty. Stosy gałęzi i połamanych konarów. Załamane ogrodzenie znaczy potężny pień ułamanej topoli. Pobojowisko. Powietrze jest bardzo ‘świeże’ i dość szybko grabieją dłonie i marznie twarz i głowa. Robimy pętle na osiedlu i wracamy chodnikiem obok olbrzymiego sadu z otwartym przez konar ogrodzeniem. Tego sadu jest ok. 40 ha i w jego czeluściach kryje się wiele zwierzyny. Są sarny, zające, lisy, kuny i... bardzo dużo jeży oraz wiewiórek, które często zza siatki fukają na przechodzącego Bima co ten kwituje lekceważącym skrzywieniem pyska i podniesieniem fafli... Nagle idący spokojnie do tej pory pies zaczyna wykonywać dziwne ruchy,jakby czegoś szukał i w pewnym momencie nieruchomieje ocząc w jednym kierunku... Przy ścianie bloku kępa trawy a na niej coś ciemnego, taki lekki wzgórek. Podchodzę zdziwiony i widzę szarą kupkę piórek. To martwa słonka. Biorę ją w dłonie rozkazując psu aby siadł. Niechętnie, ale siada. Miękka masa piórek przelewa mi się przez palce, łebek zwisa bezładnie. Co ona tutaj robi, szukała schronienia w sadzie gdy czas wędrówki przerwała ta okropna pogoda? Jakiś podmuch wiatru uderzył drobnym ciałkiem o wyniosłą ścianę betonowego bloku i tutaj dokonała swój czas? Tak jakoś bezsensownie... Postanawiam zabrać ją do domu i spreparować. Idę i rozmyślam, ktoś mi mówił, że do domu nie przynosi się martwych, znalezionych ptaków i zwierząt. To taki przesąd... Wolno skręcam w przerwę zrobioną przez wichurę w ogrodzeniu i wchodzę do sadu. W krzak porzeczki wsuwam martwe ciałko i zasłaniam...
|