Czwartek
15.07.2010
nr 196
(1810
)
ISSN 1734-6827
Coraz powszechniej podnoszą się głosy o konieczności reformowania PZŁ, który zamknięty w strukturach i zasadach rodem z socjalistycznej Polski Ludowej, nie przystaje do współczesnych warunków, jakim w wolnej Polsce kierują się stowarzyszenia. Dla jednych konieczność zmian jest oczywista, choć zmian tych nie definiują, a drudzy mają tylko jedną receptę: zlikwidować PZŁ. Inni albo się nad zmianami zastanawiają, albo nie wiedzą, co proponować, albo po prostu jest im to obojętne. Ja też mam swoje przemyślenia, podbudowane przeszło 40-letnim stażem i aktywnym doświadczeniem łowieckim oraz obserwacją działania organów okręgowych i krajowych PZŁ, a w szczególności postawami działaczy tych organów.
Jako członek Polskiego Związku Łowieckiego mam prawo krytykować jego działanie, struktury oraz statut i postawy działaczy, bo skończyły się czasy obowiązku trzymania "mordy w kubeł" i wolność wypowiedzi stała się normą demokratycznego państwa prawnego (choć dla znaczącej części działaczy PZŁ jest to nie do zaakceptowania), ale daleki jestem od likwidowania tej organizacji, co zagrożeni ewentualnymi zmianami starają się mi imputować. To, że zdecydowana większość działaczy PZŁ tego nie rozumie i widzi w każdych proponowanych zmianach zagrożenie dla swojej pozycji w Związku, nie jest już moim zmartwieniem, tylko ich samych. Polski Związek Łowiecki musi się zreformować, jeżeli chce przetrwać, a zbierają się nad nim ciemne chmury. Nie pomogą już układy ludzi byłego aparatu władzy i służb bezpieczeństwa PRL, zajmujących kierownicze pozycje w Zrzeszeniu z politykami, którzy dotychczas byli przychylni i wdzięczni za kosze z przysmakami z dziczyzny oraz za imprezy z wyszynkiem w ustronnych zakątkach Rzeczpospolitej. Łowiectwo stało się wstydliwym zajęciem, którego dobrego obrazu w społeczeństwie organa PZŁ nie potrafiły stworzyć, a nawet utrzymać tego, który istniał jeszcze kilka lat temu. Zdając sobie sprawę z tej sytuacji, postanowiłem podzielić się w tym artykule swoimi uwagami i opiniami na temat koniecznych zmian w Zrzeszeniu.
Polski Związek Łowiecki ma chlubną tradycję. Organizacje łowieckie u zarania jego powstania zażyczyły sobie wspólnego reprezentanta społeczności myśliwskiej. Społeczność ta integrowała się wówczas w Związku w powstałym po 1918 roku państwie, w którym wartości demokratyczne i zasady organizacyjne były podobne do tych, jakie odżyły po roku 1989, po przeszło 40 latach nieudanego eksperymentu zaszczepiania na grunt Polski ideologii socjalizmu. Minęło już 20 latach od przełomu roku 1989 i większość dziedzin życia społecznego zmieniła się nie do poznania. Demokratyczne wybory, dominacja prawa nad władzą, jawność i transparentność działania każdego organu, to obecnie standardy każdej organizacji w wolnej Polsce. Patrząc dookoła siebie widzimy, że praktycznie wszystko w życiu społeczeństwa uległo zmianie i nic nie działa tak, jak wykreowano to w Polsce Ludowej. Czy jednak do Polskiego Związku Łowieckiego zmiany te w jakikolwiek sposób dotarły i cokolwiek zmieniły? Odpowiedź jest niestety tylko jedna. Podstawy, struktura i organizacja działania PZŁ są identyczne, jeśli nie nawet bardziej "socjalistyczne", niż w okresie PRL.
Jaki powinien więc być kierunek zmian w PZŁ? Z punktu widzenia szeregowego myśliwego można to określić krótko jednym zdaniem. Polscy myśliwi powinni CHCIEĆ, a nie MUSIEĆ należeć do Polskiego Związku Łowieckiego. Ta krótka zamiana MUSIEĆ na CHCIEĆ oddaje cały zakres reform, które powinny w PZŁ nastąpić, żeby oderwał się on od swojej PRL-owskiej przeszłości, na nasze nieszczęście pielęgnowanej do dzisiaj i powrócił do swojej tradycji sprzed ponad 80 lat, kiedy był dobrowolnym zrzeszeniem polskich myśliwych. Pielęgnowanie tradycji jest naszym obowiązkiem, ale nie oznacza to, że tradycja ta ma sięgać tylko okresu PRL-u, jak nadeszły czasy umożliwiające nawiązanie do tradycji II Rzeczpospolitej. Takie podejście szybko doprowadziłoby do zmiany charakteru Związku, który z kontrolującego wszystko i wszystkich w polskim łowiectwie, stałby się obrońcą swoich członków przed organami państwa, służyłby pomocą myśliwym i kołom, szkolącym młodych i dokształcającym doświadczonych myśliwych, rozwijającym tak ważne dla łowiectwa kynologię i strzelectwo oraz edukującym społeczeństwo w szeroko pojętej ochronie środowiska i udziale w nim myśliwych, będących pierwszą linią aktywnych proekologicznie pasjonatów przyrody. Brzmi może dla dużej części naszego środowiska jak utopia lub bajka o żelaznym wilku, ale w większości krajów Wspólnoty Europejskiej to nie żadna teoria, tylko codzienna praktyka. Jeżeli Czytelniku uważasz powyższy kierunek zmian za mrzonki, to tylko efekt 60-letniej indoktrynacji, której podlegaliśmy i którą przyjęliśmy za modelowe rozwiązanie, ogłupiani przez tych, dla których PZŁ był i jest miejscem, w którym można się urządzić na całe życie i bez żadnej kontroli dobrze żyć za pieniądze myśliwych. A teraz najważniejsze: co wymusi zmiany, żeby można było o PZŁ mówić, że jest dobrowolną, demokratyczną, jawną i przyjazną organizacją polskich myśliwych?
Wymusi je rozdzielenie uprawnienia do polowania od przynależności do PZŁ i to będzie piewszy ruch polityków, już zajmujących się koniecznymi zmianami do ustawy łowieckiej. Podstawową zmianą, która zreformuje PZŁ będzie likwidacja jednego zapisu ustawy łowieckiej, że ..."Polowanie może być wykonywane przez członków Polskiego Związku Łowieckiego lub cudzoziemców"..., na zapis, że ..."Polowanie może być wykonywane przez osoby posiadające uprawnienia łowieckie".... Ta mała, wyglądająca na kosmetyczną korekta ustawy, pociągnie automatycznie za sobą błyskawiczną reformę PZŁ w pożądanym kierunku. I nie trzeba byłoby do tego żadnych nacisków oddolnych i żadnych rewolucji na stanowiskach kierowniczych w Związku. Organa PZŁ i osoby funkcyjne same zmieniłyby Związek na taki, do którego myśliwi CHCIELIBY należeć. Na czym opieram ten optymistyczny scenariusz? Oczywiście na tym, że bez wprowadzenia tych zmian, obecnie pracującym w Związku zabrakłoby funduszy na własne wynagrodzenia, bo składki członkowskie zapłaciliby tylko ci myśliwi, którym członkostwo w PZŁ po prostu by się opłacało, bo inaczej odeszliby do innych zrzeszeń myśliwych, które utorzone od podstaw, dawałyby "więcej", za "mniej" i przejmowały członków PZŁ. Jakie zmiany organa PZŁ wprowadziłyby natychmiast? Wymienię tylko kilka najważniejszych:- Zlikwidowane zostałoby sądownictwo łowieckie. W państwie prawnym i zgodnie z Konstytucją RP tylko sądy powszechne powołane są do oceny winy za nie stosowania się do litery prawa. Sądy łowieckie, za akceptacją władz PRL-u w czasach słusznie minionych, zawłaszczyły sobie rolę oceny naruszeń prawa łowieckiego, a obecnie rozszerzyły o inne przestępstwa np. pomówienia, interpretując je jako zachowania niekoleżeńskie. Jak członkostwo w PZŁ będzie dobrowolne, to sądy, jakie ewentualnie by się ostały, zmieniłyby się na sądy koleżeńskie mające charakter rozjemczy, pomagający członkom i kołom również w interpretacji prawa i jako organy odwoławcze od decyzji organów wykonawczych i prawotwórczych PZŁ, a przestałyby być organami dyscyplinującymi i karzącymi. Wykroczenia przeciwko prawu łowieckiemu niech ścigają organy ścigania, a oceniają sądy powszechne na zasadach ogólnych, tak samo jak za jazdę po pijanemu, czy nie stosowanie się do przepisów kodeksu wykroczeń. W ten sposób jeden z głównych wrzodów rodem z PRL, wyrosły na strukturze PZŁ, zostałby zlikwidowany.
- Zniknęłaby również coroczna ocena trofeów, czemu pomoże drobna zmiana ustawowa, likwidująca selekcję osobniczą z zadań PZŁ zapisanych w ustawie. Jeżeli już, to mógłby zostać w ustawie obowiązek czuwania nad selekcja populacyjną, która nazwałbym "wiekową", gwarantującą odstrzał zwierzyny płowej w określonej strukturze wiekowej, ale z ewentualnymi sankcjami nie wobec myśliwego, tylko wobec koła, które nieprawidłowo wykonało odstrzał wg wieku zwierzyny zapisany w rocznym planie łowieckim. Sankcje te musiałyby wynikać z ustawy i obowiązywać we wszystkich dobrowolnych stowarzyszeniach myśliwych i kół łowieckich, w których chcieliby się zrzeszać myśliwi i koła łowieckie. 60 lat realizacji selekcji osobniczej nie poprawiło, tylko pogorszyło kondycję osobniczą zwierzyny płowej, bo pomimo ciągłych zmian zasad selekcji, za każdym razem oczywiście na lepsze, strzela się coraz mniej osobników trofeowych, a struktura wieku odbiega od pożądanej, co nie może być jakimkolwiek zaskoczeniem. Nie ma bowiem żadnych naukowych dowodów, że cechy poroża przenoszą się genetycznie, a jednak kolejne pokolenia myśliwych są w ten sposób edukowane. Cała idea selekcji osobniczej jest pielęgnowana tylko z jednego powodu. W ten sposób znacząca liczba myśliwych dwa razy w roku karnie wędrują przed oblicze działaczy, którzy mogą ich zawiesić za 1 mm długości odnogi, ale mogą też przymknąć oko na trofeum "swojego". Nie wspomnę, że cała ta ocena jest jawnym naruszeniem praw Polaków gwarantowanych zasadą równości obywateli krajów Unii Europejskiej, bo za zdobycie nawet medalowych poroży na odstrzał selekcyjny przez myśliwego z innego kraju UE, żadna sankcja mu nie grozi. Oczywiście za powyższymi zmianami poszłaby likwidacja uprawnień selekcjonerskich, bo selekcja osobnicza już by nie istniała. Siły i środki skoncentrowane dziasiaj na ocenie trofeów, mogłaby pójść na przygotowanie corocznych wystaw trofeów.
- Zmianie uległaby też struktura okręgowa Związku, bo liczba i obszar okręgów naturalnie odpowiadałyby województwom. W ten sposób zaoszczędzono by realne pieniądze, które dzisiaj wypłaca się w niepotrzebnych 33 okręgach, tylko po to, żeby mieć w nich popleczników gwarantujących powtórny wybór do organów okręgowych i krajowych tych, którzy mają się tam znaleźć. Nie można też wykluczyć, że w ogóle zniknęłyby okręgi, a PZŁ organizowałby swoje biura tam, gdzie rzeczywiście byłyby potrzebne, ze względu na liczbę swoich członków na danym terenie.
- Z miejsca nastąpiłoby też zdecentralizowanie i zdemokratyzowanie Związku, z jednej strony dlatego, żeby okręgi same dbałyby o pieniądze na swoje utrzymanie, a z drugiej strony dlatego, że świadomi swoich praw myśliwi, po prostu opuściliby Związek, gdyby doszli do przekonania, że nie mają żadnego wpływu na działanie jego organów. Gdyby zaś powstały inne konkurencyjne związki grupujące dobrowolnie myśliwych i koła, to konkurencja z nimi byłaby impulsem do bliskiego kontaktu z myśliwymi w terenie i pierwszorzędne znaczenia nabierałoby szybkie i elastyczne działanie w okręgu, a nie czekania na wytyczne, polecenia i interpretacje z centrali. Zupełnie inaczej niż dzisiaj wyglądałoby obsadzanie stanowisk w Zrzeszeniu, bo w sposób naturalny kandydaci o większym zaangażowaniu i ci, którzy chcieliby udziwelać się społecznie, mieliby większe szansę wyboru, szczególnie, jeżeli statutowo zmuszeni byliby do zgłszania swoich kandydatur do organów na tyle wcześniej przezd wyborami, żeby wyborcy mieli możliwość poznania ich dokonań i zamiarów na przyszłość. Poza tym, przy dobrowolnym członostwie w PZŁ, jego statut musiałby odpowiadać członkom, a nie jak dzisiaj być im obojętnym, bo wiedzą, że nie mają na statut żadnego wpływu. Dlatego też nie obchodzi ich zbytnio, że odchodzący łowczy krajowy nominuje nowych łowczych okręgowych, bo godzą się na to tak samo jak w PRL musieli się godzić na wybór I sekretarza PZPR, czy premiera rządu, bo nie mieli żadnego wpływu na ich powołanie.
- Za demokratyzacją Związku poszłaby jawność jego działań, w tym ofensywa wobec prasy i innych mediów, bo działaczom zaczęłoby zależeć, żeby o dokonaniach Związku wiedzieli nie tylko myśliwi członkowie PZŁ, ale również szerokie kręgi społeczeństwa. Afery, dzisiaj zamiatane pod dywan lub udawanie, że ich nie ma, jak ostatnio w sprawie notorycznego przekraczania rocznych planów pozyskania, które przecież zarządy okręgowe PZŁ zatwierdzały z obowiązku ustawowego, a przekroczeniami pozyskania wpisanymi przez koło do druku planu, zupełnie się nie interesowały. Jawność i kontrola mediów nad działaniem Związku gwarantują transparentność wszystkich podejmowanych decyzji oraz przeszłości działaczy, przez co mało byłoby prawdopodobne, żeby główne stanowiska w Związku zajmowały bez wiedzy członków świadomi i tajni współpracownicy służb bezpieczeństwa z czasów PRL. Nie mając nic do ukrycia, kierownictwo Związku mogłoby z podniesioną przyłbicą przeciwstawiać się atakom na łowiectwo i bez podtekstów, udawania, śmieszności, fałszywej skromności i obłudy przedstawiać myśliwych jako najbardziej proekologicznych obrońców natury i środowiska. Jak to robić, to temat na oddzielny artykuł i szeroką dyskusje wewnątrz Związku, bo dotychczasowe działania organów w tej materii przyniosły więcej złego niż dobrego, o czym niżej.
- Ostatnią na tej przecież niekompletnej liście konieczncyh zmian, ale może najważniejszą dla przyszłości łowiectwa w Polsce, byłaby zmiana podejścia do odpowiedzi na pytanie, dlaczego my myśliwi właściwie polujemy. Szczególnie w ostatnich 20 latach, kiedy społeczeństwo informowane jest przez media o wszystkim i nastąpił burzliwy rozwój zachowań proekologicznych, argumenty propagowania łowiectwa głoszone dotychczas przez PZŁ skompromitowały się na całej linii. Najlepszym tego przykładem była postawa Marszałka Bronisława Komorowskiego, dziś już prezydenta elekta, który logicznie przekalkulował, że w wyborach lepiej nie być myśliwym, co wskazuje na dojrzewające w społeczeństwie przeświadczenie, że myśliwi to grupa okrutnych ludzi bez zasad, którzy dla przyjemności zabijają zwierzęta, niszcząc naturalne środowisko, a przecież wtedy, kiedy Związek powstawał, to pasja łowiecka prezydenta Ignacego Mościckiego była jego atutem. Nieprawdziwy obraz myśliwych kształtują wypowiedzi intelektualistów i znaczących dziennikarzy, że wymienię tylko prof. M. Środę, K. Szczukę, redaktor Siedlecką z Gazety Wyborczej i redaktor Podgórską z Polityki, nie zapominając o autorze książki "Farba znaczy krew" Zenonie Kruczyńskim, który może nie napisałby tej książki, gdyby nie pomoc łowczego krajowego dr Blocha i innych działaczy PZŁ, o których autor wspomina w swej książce. Wypowiedziom tym nikt ze Związku nigdy się nie przeciwstawił. To, że w odbiorze społecznym zostaliśmy mordercami z niskich pobudek, zawdzięczamy m.in. całkowicie chybionej argumentacji prezentowanej przez Związek oraz niektórym zasadom naszej niby doskonałej etyki łowieckiej.
Niepodważalny, przekonujący, zrozumiały i akceptowalny powszechnie dzisiaj argument za polowaniem, którego trudno byłoby podważyć komukolwiek, tj. strzelanie zwierzyny dziko żyjącej dla zdobycia zdrowego, ekologicznego i nie zatrutego chemikaliami mięsa zwierząt, wolnych od cierpień w tuczarniach fermowych, zostało w Związku zdyskredytowane epitetem "mięsiarstwa". Dokarmianie zwierząt w zimie, którym od lat chlubi się Związek samo się dyskredytuje, kiedy polowanie tłumaczymy koniecznością utrzymania populacji, np. dzika, na znośnym gospodarczo poziomie, podnosząc ten poziom dokarmianiem. Szybką śmierć, którą w naszych wywodach zadaje myśliwy, dezawuujemy zasadą, że do zająca w bezruchu i kaczki na wodzie nie strzelamy, a jak oba gatunki są w ruchu, a strzał jest niepewny i prawie zawsze raniący zwierzynę jeżeli ujdzie, wynosimy pod niebiosa naszą etykę łowiecką. Nie umiemy przy tym znaleźć wytłumacznia, dlaczego strzelamy np. do kaczek, które żadnych szkód gospodarczych nie czynią, albo dlaczego chlubimy się odstrzałem najdorodnieszych osobników, wyróżniających się porożem, czy orężem. A już prawdziwą hipokryzją wykazywali się działacze PZŁ, którzy pytani przez dziennikarzy o zadawanie śmierci zwierzynie, tłumaczyli, że strzelanie dla nas myśliwych jest przykrą koniecznością, jak np. ujął to Maciej Januszewski, prezesa ORŁ w Toruniu, w wywiadzie telewizyjnym. W ten sposób ośmieszali siebie oraz wszystkich nas myśliwych, bo nie umieli znaleźć argumentów broniących łowiectwa i lepiej robił to w programie TVP ekolog Adam Wajrak, niż prominentny i uchodzący za ostoję tradycji dr Rusak, nie znajdujący argumentów wobec ataku przeciwników polowania. Powyżej opisane zmiany nie zmieniają głównych atrybutów modelu polskiego łowiectwa i mógłby je zainicjować sam Związek. Zachowałby tym wiodącą rolę PZŁ w polskim łowiectwie, bo odebrałby argumenty tym, którzy postrzegają Związek jako relikt socjalistycznego PRL-u i zminimalizował zagrożenie dla siebie, że jak politycy wymuszą w końcu pluralizm związków łowieckich, to większość członków PZŁ opuści. Znając rzeczywistość PZŁ i działaczy, którzy nim kierują, nie ma na to żadnych szans. Co więc nas czeka? Mając poparcie społeczne politycy zrobią w końcu z tym "draństwem" porządek, właśnie w nadchodzącej kadencji organów PZŁ, wprowadzając na początek zasady spychające PZŁ na margines, czym oczywiście zaszkodzą obecnemu kierownictwu, ale przy okazji będą się starali zadowolić przed kolejnymi wyborami rolników i leśników, a to dla łowiectwa w obecnym modelu będzie zabójcze. My szeregowi myśliwi za to zapłacimy, szczególnie jak przy okazji nastąpi prywatyzacja prawa do polowania, albo upaństwowienie odstrzałów, które wykonywać będą zawodowi myśliwi, redukujący populacje zwierzyny grubej dla usatysfakcjonowania rolników i leśników, a zwierzynę drobnę wykończą lisy i krukowate, co będzie karą dla szerokich rzesz myśliwych za to, że przez lata dawaliśmy się w swojej masie przekonać, że doskonałość istniejącego modelu łowiectwa w Polsce utożsamiać należy z PZŁ pod obecnym kierownictwem, co oczywiście jest wierutnym kłamstwem. |