Poniedziałek
06.08.2018
nr 218 (4754 )
ISSN 1734-6827
Redaktorzy piszą
Największy błąd 65-letniej historii PZŁ autor: Piotr Gawlicki
Krytyka Polskiego Związku Łowieckiego wyrażana przez jego szeregowych członków bazuje przede wszystkim na rodowodzie tej organizacji, nazywanym mafijno-esbeckim. Jest to przede wszystkim spojrzenie tych, którym leży na sercu coś więcej niż tylko posiadanie zielonego upoważnienia w portfelu, bo zdają sobie sprawę, że brak jakichkolwiek zmian po 1989 r. i tkwienie w typowo PRL-owskich stosunkach wewnątrzorganizacyjnych oraz brak procedur demokratycznych działa na szkodę łowiectwa. Przez ostatnie 28 lat łowiectwo pod egidą PZŁ powinno było się zmienić, tak jak cały kraj, jednak PZŁ nie zrobił niczego i w efekcie mamy, to co mamy.

O myśliwych mówi się tylko źle w różnych grupach społecznych, poczynając od polityków, poprzez media tradycyjne i społecznościowe, publicystów i obrońców zwierząt, a przez ostatnie 2-3 lata odwróciło się od nas również środowiska rolników, którzy dotychczas mieli największe zrozumienie dla myślistwa. Próbujemy się ratować poparciem leśników, milcząc na temat rabunkowej wycinki lasów i redukcji zwierzyny grubej, których to zjawisk Polski Związek Łowiecki udaje, że nie widzi, akceptując działania degradujące naturalne środowisko zwierząt dziko żyjących.

Ten negatywny stosunek znaczącej części społeczeństwa do myśliwych nie jest jednak zbudowany na świadomości, że polskie łowiectwo tkwi w strukturach i układach wynikających z dekretu Bolesława Bieruta. Niektórym z nas wydaje się, że gdyby PZŁ nadążał za zmianami świadomości społeczeństwa po 1989 r., to myśliwi byliby lubiani i doceniani, a z tradycji polskiego łowiectwa byłaby dumna większość społeczeństwa. Pozostaje jednak pytanie, jak dotąd bez odpowiedzi, jak konkretnie miał się zmieniać PZŁ, żeby myśliwi i polskiego łowiectwa osiągnęło sukces wizerunkowy. Odpowiedzi na to pytanie Związek nie miał i nadal nie ma, czego efektem jest obecny obraz myśliwego i łowiectwa w społeczeństwie, w którym większość podchwyciła narrację mniejszości, a PZŁ nie miał na to skutecznej odpowiedzi. Nie umiało na nie odpowiedzieć ani poprzednie, ani obecne kierownictwo PZŁ.

Na pewno nie sprawdziło się odwoływanie do 95-letniej historii PZŁ. Przywłaszczenie sobie historii dobrowolnych związków myśliwych, działających w oparciu o prawo do polowania przypisane prywatnym właścicielom terenów łowieckich, mogło dowartościowywać mało interesujących się historią członków PZŁ, ale nie miało żadnego przełożenia na kształtowanie się opinii szerokich kręgów społeczeństwa. Podobnie nie zmieni opinii o myśliwych szumnie ogłoszone przez nowe kierownictwo Związku podjęcie zakrojonych na szeroką skalę działań zmierzających do poprawy wizerunku myśliwych w społeczeństwie, w tym opracowanie strategii działań Polskiego Związku Łowieckiego w celu poprawy wizerunku łowiectwa i myśliwego, czego długo jeszcze nie zobaczymy, a jak w końcu zobaczymy, będą to komunały, którymi próbuje się przekonać do nas społeczeństwo z politykami na czele.

PZŁ był odporny na większość sugestii, które formułowano przez ostatnie 20 lat, w tym również moich i nie należy się spodziewać, że przyjmie moją diagnozę dlaczego tak źle widzi nas społeczeństwo i co należy zrobić, żeby ten wizerunek zmienić na pozytywny. A diagnoza jest trywialnie prosta:

W polskim społeczeństwie jest za mało myśliwych

Dla udowodnienia tej tezy zacznę od pytania, czy w pozostałych krajach europejskich myśliwi też mają tak złą opinię w społeczeństwie? Odpowiedź jest prosta - w zdecydowanej większości krajów europejskich (Ameryki, Afryki i Australii również) myśliwi cieszą się estymą i podziwem. Dlaczego więc nasi myśliwi nie są przez społeczeństwo tak samo widziani? I na to pytanie odpowiedź jest też prosta - odsetek liczby myśliwych do liczby ludności w Polsce jest najniższy wśród znaczących krajów europejskich. Spójrzmy na liczbę ludności Polski i innych krajów europejskich. Jest nas 37,9 mln, w tym ca 126 tys. myśliwych. Daje to wskaźnik 0,33% myśliwych w społeczeństwie, czyli ponad 10-krotnie mniej niż np. w sąsiedniej Szwecji, w której 290 tys. myśliwych w 8,5 mln społeczeństwie określa ten wskaźnik na poziomie 3,41%. Są kraje z jeszcze wyższym tym wskaźnikiem, np. Norwegia 4,75% lub Finlandia 5,80%. Ale może Skandynawia nie będzie dla niektórych dobrym przykładem, więc spróbujmy policzyć ten wskaźnik dla całej Europy, biorąc liczbę 7 mln myśliwych z danych FACE, którego Polska jest też członkiem. Członkami FACE jest 36 krajów, czyli od liczby ludności Europy, do której zaliczono 48 krajów, należy odjąć ludność z 13 krajów ze strony wyżej, które do FACE nie należą i dodać ludność Kosowa oraz Turcji, należących do FACE. W ten sposób określimy liczbę ludności krajów należących do FACE na 620 585 tys. co daje średni wskaźnik myśliwych w Europie na poziomie 1,13%, czyli przeszło 3,4 razy większy niż w Polsce.

Gdyby liczba myśliwych w Polsce była równa procentowo tej dla całej Europy, to powinno nas być 428 tys., a gdyby udało się nam osiągnąć wskaźnik np. Szwecji, to powinno nas być 1 293 tys. myśliwych. Szczycimy się najlepszymi terenami łowieckimi i największą liczbą zwierzyny w Europie, a równocześnie jest nas myśliwych relatywnie najmniej wśród dużych krajów europejskich. Rezultat tego jest oczywisty. Myśliwi z rodzinami stanowią może 1% ludności Polski, kiedy w Szwecji będzie to ponad 10%. Czy można się więc dziwić, że z grupą 10% społeczeństwa będą się liczyć wszyscy, a z grupą 1% nie liczy się nikt?

Mimo tego obowiązuje w Polsce od 65 lat polityka utrudniania dostępu do polowania, idąca z parze z polityką ograniczeniami dostępu do broni. Polski Związek Łowiecki odstraszał i odstrasza od łowiectwa zawyżonymi wymaganiami, wysokimi cenami kursów i egzaminów oraz pielęgnowaniem hermetyczności kół łowieckich. To działanie uznaję za największy błąd PZŁ w okresie nie tylko po 1989 r., ale w całej powojennej historii łowiectwa w Polsce i oceniam jako kluczowy wkład w to, żeby dzisiaj myśliwy wstydził się polowania, a za zdjęcia patroszenia i tradycyjnego pomazania groziło mu się postępowaniem dyscyplinarnym. Do tego dochodzą nowe pomysły, jak okólnik łowczego krajowego, nakazujący ograniczenie publikowania w portalach społecznościowych fotografii i filmów ze scenami z polowań. Czy to ma znaczyć, że należy się wstydzić wykonywania polowania?

Jeśli drogą do promocji łowiectwa w społeczeństwie ma być ukrywanie się z polowaniem i zakaz pokazywania zdjęć i filmów swoich myśliwskich przeżyć i sukcesów, to może należy również wycofywać z obiegu społecznego działa artystów, którzy polowanie przedstawiali w przeszłości. Mogę więc na przykład zaproponować Zarządowi Głównemu PZŁ wykupienie obrazu Stefana Płużańskiego "Polowanie" (ca 160 000 zł.), a dodatkowo jeszcze w tym polowaniu występuje dziecko, co w społeczeństwie ma wzbudzać taką niechęć. Można też spróbować wykupić od Muzeum Narodowego obraz Juliana Fałata "Powrót z polowania na niedźwiedzia" (cena raczej milionowa), jeżeli tylko Prezydent Andrzej Duda pozbył się go ze swojego gabinetu, gdzie wcześniej wisiał wypożyczony. Oczywiście te dwa, jak i jeszcze inne zakupione z naszych składek obrazy ze scenami z polowań należy od razy zniszczyć, a społeczeństwu tłumaczyć, że dziczyznę to myśliwi w wolnych chwilach produkują z mchu i paproci. Wtedy na pewno wszyscy nas pokochają, szczególnie, że zwierzyna będzie już do tego czasu wybita.

Wiem, że odezwą się zaraz głosy, że ci co naprawę chcą polować zawsze w końcu jakoś myśliwymi zostaną, a gdyby ułatwić dostęp do łowiectwa i byłoby nas od 3 do 10 razy więcej, to nie mielibyśmy na co polować. Poza tym mogę oczekiwać zarzutu, że umiejętności łowieckie takich myśliwych byłyby na niskim poziomie, co mogłoby obniżać bezpieczeństwo polowania, choć pewnie większość i tak by aktywnie nie polowała, nie mając na to czasu, bo dom, dzieci i dorabianie się na samochód, mieszkanie, wakacje, etc. Na pewno również podniesione zostaną argumenty o niszczeniu tradycji i etyki łowieckiej przez ludzi, dla których polowanie nie musi być prawdziwą pasją, W części podzielam te zarzuty, ale doświadczenie mi podpowiada - i co z tego? W rzeczywistości polujących jest coraz mniej, bo biologia jest nieubłagana i ci obecnie najwięcej polujący systematycznie się wykruszają. Również statystycznie rzecz biorąc zwiększanie liczby myśliwych może obniżać ich średnie umiejętności, a tradycja i etyka łowiecka w obecnym kształcie mogłaby na tym ucierpieć. Proszę mi tylko nie mówić, że to ja do tego nawołuję, bo odstrzał loch prośnych i prowadzących młode, albo przyspieszenie odstrzału łań, na co PZŁ z ochotą przystał, ma cokolwiek wspólnego z zachowaniem tradycji i etyki, której nas uczono przez kilkadziesiąt lat.

Gdybyśmy liczbowo byli liczniejsi, to bylibyśmy w podobnej sytuacji jak np. wędkarze w Polsce, których nieoficjalnie szacuje się na 2 mln, a w PZW zrzeszonych jest ponad 630 tys. Słyszał ktoś o tym, że wędkarze to okrutnicy, którzy dla przyjemności zabiją ryby? Gdyby było nas podobna liczba, to w swojej masie radykalnie wzmocnilibyśmy naszą pozycję w społeczeństwie. Zdaję sobie również sprawę, że znacząca liczba z tych, którzy zostaliby formalnie myśliwymi, zdecydowałaby się na ten krok nie ze względu na chęć wykonywania polowania, ale ze względu na prawo do posiadania broni. Wielu ludziom imponuje posiadanie broni, dające możliwość pochwalenia się wśród znajomych, że mój sztucer to cacko, moja luneta pozwala polować po ciemku, a na strzelnicy mam z tej broni same dziesiątki.

Dlatego uważam, że jedyna droga do odbudowania wizerunku myśliwego oraz promocji łowiectwa prowadzi poprzez radykalne zwiększenie liczby myśliwych w Polsce. A czas na to jest bardzo korzystny, bo gniewowi zagrożonych ASF-em właścicieli trzód chlewnych oraz rolników dotykanych szkodami łowieckimi można byłoby przeciwstawić politykę łatwego dostępu do łowiectwa, wciągając do łowiectwa właścicieli i użytkowników nieruchomości rolnych. Żeby tak się stało, należy zmienić ustawę łowiecką oraz ustawę o broni i amunicji, żeby PZŁ zrezygnował z obowiązkowych szkoleń przed egzaminem na państwowe uprawnienia łowieckie. Szkolenia dobrowolne mogłyby w PZŁ zostać, ale egzaminy państwowe musiałyby zostać uproszczone i kosztować zdecydowanie mniej niż obecnie. Podobnie z uzyskaniem pozwolenia na broń. Żadne dodatkowe badania lekarskie dla osób pracujących, którzy i tak co dwa lata obowiązani są uzyskać zaświadczenie lekarskie uprawniające do wykonywania zawodu. Jeżeli jesteś zdrowy, żeby zarabiać na utrzymanie rodziny, to dlaczego nie mógłbyś mieć pozwolenia na broń myśliwską? A jak jesteś potencjalnie niezrównoważony, to przecież również nie dostaniesz zaświadczenia o zdolności do wykonywania pracy. A dla pozostałych tylko proste badanie, czy są zrównoważeni psychicznie.

Zdaje sobie sprawę, że odezwą się liczne głosy przeciwne powyższym propozycjom. Zrozumiem to stanowisko, ale też rozumiem, że jeżeli chcemy wygrać wizerunek myśliwego i łowiectwa, to nie odbędzie się to za darmo i zawsze będzie coś za coś. A jeżeli potencjalni adwersarze mają inne pomysły, realne i skuteczne, to przyjemnością je przedyskutuję. Dlatego zapraszam do konkretnej rozmowy, bo jeżeli proces degradacji wizerunku myśliwego będzie postępował w tym tempie co dotychczas, to nie tylko zabijemy łowiectwo, ale jako jedyni opiekunowie zwierzyny dziko żyjącej, doprowadzimy przez zaniechanie do jej wyeliminowania ze środowiska naturalnego. Czy tak chcemy zakończyć model łowiectwa, którego podobno zazdroszczą nam pozostałe państwa w Europie?