Poniedziałek
23.07.2007
nr 204 (0722 )
ISSN 1734-6827
Redaktorzy piszą
Broń zgubić - szczęście spotkać! autor: Piotr Gawlicki
Jeżeli zarząd koła ma pełne poparcie zarządu okręgowego, prezes koła i łowczy okręgowy to kumple od lat, a jesteście myśliwymi z okręgu opolskiego, to w kole lepiej się nie wychylajcie, no chyba, że w waszym kole prominenci zgubią broń, bo jak ktoś zgubi, to może drugi znajdzie. Tak zdarzyło się w znanym już wszystkim kole, w którym zarząd ponosi odpowiedzialność za ogromne straty, co skrzętnie ukrywa przed pozostałymi członkami, ścigając tych, którym dane było tę prawdę poznać. Przekonało się o tym sześciu myśliwych, którym za zeznawanie przed sądem powszechnym, zapłacili członkostwem w kole. Ale co ja mówię, przecież jeden z nich się uratował, no ale zasługi miał niepomierne.

Tych sześciu zgodnie zeznało przed sądem, że zarząd wiedział o toczącym się procesie, czym oczywiście "kłamali pod przysięgą" i wykluczenie z KŁ "Ryś" w Opolu mieli jak w banku, bo jeżeli zarząd wiedział, czego się wypiera, to odpowiada za stratę ponad 40,000 zł. Pierwszy wykluczony nie tylko miał składać fałszywe zeznania, ale jeszcze mu się żona przed kamerami telewizyjnymi produkowała, żeby o odpadach z oczyszczali ścieków przywożonych na poletko koła opowiadać, czym bardzo zarządowi podpadł. Dwóch następnych, jako członkowie komisji rewizyjnej, kontrolę finansów koła zapowiedzieli, więc też z hukiem z koła wylecieli, zanim do kontroli doszło. Pozostała trójka tylko te "kłamstwa sądowe" na sumieniu miała i dlatego podczas Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia koła w listopadzie 2006 r., zarząd nie znalazł przeciw nim 2/3 głosów obecnych członków koła i uchwały o ich wykluczeniu upadły, nie zbierając wystarczającej ilości głosów. Jednak prezes KŁ "Ryś" w Opolu Bogusław Grzegorczyk, nie takie problemy pokonywał, więc uratowana trójka nie mogła być pewna "dnia ani godziny", za wyjątkiem jednego z nich.

W dniu 6 stycznia 2007 r., KŁ Nr 12 "Ryś " w Opolu zorganizowało uroczyste polowanie zbiorowe z ambon. Wśród dostojnych gości zarządu koła, był m. in. nowo wybrany starosta brzeski, był prominentny działacz Okręgowej Rady Łowieckiej i był znany opolski rusznikarz.

Pogoda i myśliwskie szczęście dopisywało, więc po zejściu z ambon i spotkaniu się na zbiórce przed pokotem, trzeba było swoje odczekać, bo ściągnięcie ubitego zwierza z odległych rejonów musiało potrwać. A wiadomo, że w takiej sytuacji "czym chata bogata tym rada". Pod leśną wiatą rozpoczęto biesiadę myśliwską, sprowadzoną przede wszystkim do tego, że zarząd i zaproszeni goście rozgrzewali się trunkami. A okazja była przednia, bo starosta brzeski właśnie swój urząd obejmował i z nim koło miało niedługo podpisywać nowe umowy dzierżawy. To, że uczestnicy biesiady zakończyli ją w stanie "po spożyciu" nie jest niczym niecodziennym i trudno mówić tu o czymś nagannym, bo myśliwska biesiada bez alkoholu, to chyba tylko w przedszkolu byłaby jeszcze możliwa, ale był ktoś, kto przesadził. To prezes koła Bogusław Grzegorczyk, który z oddaniem pełniąc obowiązki gospodarza utracił kontakt z rzeczywistością i do domu odwieziony został w stanie bardziej niż "wskazującym", ale i to w Polsce nie jest jeszcze naganne. Gorzej, że zapomniał zabrać swój sztucer, pozostawiając go w lesie.

To co w tej sytuacji dla prezesa mogło stać się nocną marą, czyli pozbawienie pozwolenia na broń, gdyby dowiedziała się o tym policja, dla kogoś innego było zrządzeniem losu. Jacek M., jeden z tych, którzy odżegnani od czci i wiary miał kłamać na niekorzyść koła w sądzie, znalazł za wiatą broń, do której żaden z myśliwych opuszczających biesiadę się nie przyznawał. Nie namyślając się długo zabrał ją po prostu do domu. Na szczęście nie przyszedł mu do głowy żaden głupi pomysł, na przykład, żeby broń odwieźć na policję i tym wykazał się wielką mądrością. Następnego dnia, kiedy prezes Grzegorczyk wytrzeźwiał i zaczął poszukiwać swojego sztucera wśród członków koła, znalazł go u Jacka M. Od razu wybaczył Jackowi M. wszystkie grzechy, bo ten zabierając z lasu broń prezesa, zmył z siebie zarzut "poświadczenie nieprawdy" w sądzie przeciw kołu. Od tego momentu Jacek M. mógł liczyć na względy Bogusława Grzegorczyka i np. bez problemu otrzymać odstrzał na byka, o którym inni mogli sobie tylko pomarzyć.

Podobnego szczęścia nie doświadczyła pozostała dwójka "kłamców sądowych". Wprawdzie z formalnego punktu widzenia, zarzucane im poświadczanie nieprawdy na niekorzyść koła nie znalazło wystarczającego poparcia, żeby wykluczyć ich z koła, ale to nie był problem dla zarządu KŁ "Ryś" w Opolu. Na wiosenne WZ przygotowano punkt porządku obrad, powtórnego głosowania wykluczenia ich z koła, a wykonując właściwą "pracę u podstaw", zarząd znalazł na tym posiedzeniu wystarczającą liczbę głosów członków koła, żeby za powtórzony zarzut "poświadczenia nieprawdy w sądzie", z koła obu wykluczyć. Nie będę już Czytelników zanudzał, do jakich uchybień statutowi PZŁ doszło przy tych wykluczeniach, bo byłoby to tylko powtarzaniem się. Pozostaję mimo to z nadzieją, że Zarząd Okręgowy w Opolu zostanie wystarczająco mocno wstrząśnięty przez Zarząd Główny PZŁ w Warszawie, który znając dotychczasowe artykuły dziennika "Łowiecki" nt. stosowania statutu w okręgu opolskim, wymusi zgodne ze Statutem PZŁ postępowanie wobec ostatnich z wykluczonych w KŁ "Ryś" w Opolu.

Również wobec pozostałych, którzy prawomocnie z KŁ "Ryś" są już wykluczeni, Zarząd Główny ma szansę swoim działaniem w trybie nadzoru przywrócić myśliwym wiarę, że przestrzeganie przez wszystkich porządku prawnego Zrzeszenia jest obowiązkiem tak szeregowych członków jak i osób funkcyjnych, bo może jednak myli się 34% respondentów ankiety spośród prawie 700, którzy wzięli w niej udział, że w prawie łowieckim jest podział na "swoich" i pozostałych. Czy da się w okręgu opolskim przywrócić myśliwym wiarę w rzetelność organów okręgowych, bez radykalnych cięć kadrowych nie wiem, wiem tylko, że udając w dalszym ciągu, że nic się złego w Opolu nie dzieje, Zarząd Główny sam włączy się w niechlubny "chocholi taniec" jaki ma miejsce w ZO PZŁ w Opolu.


Od redakcji
  1. Sędziego Tadeusza Domińczyka przedstawiłem w moim ostatnim artykule jako sędziego OSŁ w Opolu. Chyba nim nie jest i piastuje funkcję przewodniczącego komisji prawnej ORŁ w Opolu. Gdyby ktoś był tą moją pomyłką urażony, to przepraszam.
  2. W przywołanym wyżej artykule pospieszyłem się z oceną Państwowej Straży Łowieckiej, prowadzącej dochodzenie przeciwko Eugeniuszowi D., strażnikowi w KŁ "Ryś" w Opolu, o zastrzelenie lochy w okresie ochronnym. PSŁ zakończyła śledztwo i poprzez prokuraturę rejonową w Kluczborku, ośrodek zamiejscowy w Namysłowie, skierowała akt oskarżenia przeciwko Eugeniuszowi D. do Sądu Grodzkiego w Namysłowie, gdzie sprawę zarejestrowano pod sygnaturą VIIK/230/07. O tym, żeby Okręgowy Rzecznik Dyscyplinarny w Opolu wszczął w tej sprawie postępowanie nie jest nam wiadome, ale zapytamy go o to i poinformujemy naszych czytelników.