DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Piotr Gawlicki19-09-2012
Polowanie w Kanadzie na czarne niedźwiedzie, cz.2

Jesteśmy już w Kanadzie pięć dni, które opisałem w pierwszej części tego artykułu. Polujemy od soboty i w niedzielę, drugiego dnia polowania, Marek postanowił zasiąść w ciągu dnia na znanej mu już z poprzedniego dnia zwyżce. To jedyne z widzianych przez nas stanowisk, które ma charakter śródleśnej łąki, na którą można z drogi wjechać samochodem. Jest też większa niż gdzie indziej odległość od nęciaka do zwyżki, bardziej przypominająca czatownie przy nęcisku na dziki. Marek siedział tam z 3 godziny w południe i odebraliśmy go z Mike'iem przed obiadem. Na wieczorne wyjście też nie chciał zmieniać stanowiska, bo bardzo mu odpowiadało to miejsce i widać było, że niedźwiedź tam bywa. Mike zawiózł go pierwszego, a potem, razem ze mną i Jerrym, pojechał na stanowiska ulokowane praktycznie na granicznej drodze pomiędzy prowincjami Québec i Ontario. Odwiedził te nęciska poprzedniego dnia w drodze do miasta i stwierdził, że żerują tam niedźwiedzie. Wrócić mieliśmy sami, dlatego zabraliśmy swój samochód. Pierwsze stanowisko wziął Jerry, a moje było jeszcze 8 km dalej. Zwyżka znajdowała się około 20 m od drogi po stronie Québec, a samochód parkowałem jakieś 100 m dalej na krzyżówce z drogą biegnąca w las po stronie Ontario. Przesiedziałem 4 godziny, ale niedźwiedzi nie ma. Las żyje głośno i tak samo jak w sobotę są ptaszki, wiewiórki, zające i jedyna atrakcja, to dorodny szop pracz, który też przyszedł na słodki deser. Wracając, zabieram Jerrego, który też niedźwiedzi nie spotkał. W domu jest już Marek. Gdy już się przebraliśmy, pyta nas, czy chcemy coś zobaczyć i prowadzi na zewnątrz do namiotu stającego nieopodal przy garażu. Szuka włącznika światła, zapala, a na stole leży niedźwiedź. Rzucamy się na niego z gratulacjami i wypominamy, jak mógł tak spokojnie siedzieć i oko mu nie drgnęło, że dzisiaj jako pierwszy z nas strzelił niedźwiedzia. Wracamy do domu i słuchamy o jego przygodach z misiem.

Na zwyżce usiadł około godz. 18:00, a ponieważ wszyscy mówili, że niedźwiedzie pokazują się raczej po zachodzie słońca, więc przez pierwszą godzinę rozglądał się na wszystkie strony obserwując innych mieszkańców lasu i nie zawsze patrzył na nęcisko. Straciwszy zainteresowanie dla krzątaniny wiewiórki, która żerowała z lewej strony, odwrócił się w stronę nęciska i zobaczył znikający w krzakach zad niedźwiedzia, który przyszedł zupełnie bezgłośnie gdzieś przed 19:30. Przez dobre 10 minut nic się nie działo i już zaczął wyrzucać sobie, że przegapił okazję, ale raptem usłyszał, z kierunku w którym odszedł niedźwiedź, hałas przewracanych wiaderek po przynęcie, które niedźwiedzie wyniosły w las. Po chwili niedźwiedź pokazał się w całości i wyglądał na całkiem sporego. Powęszył chwilę dookoła i szybko się cofnął. Po następnych 5 - 10 minutach zrobił to samo i też szybko zniknął. Po następnych kilku minutach wyszedł na dobre i zabrał się za opróżnianie beczki. Przez dłuższy czas ustawiał się bardzo niekorzystnie, bo ciągle był za beczką, ale w końcu pokazał się bokiem i wtedy Marek strzelił, mierząc na komorę. Miś wyraźnie zaznaczył, robiąc podskok w górę na wszystkich łapach i wpadł w las., a po 15-20 sekundach Marek usłyszał ten charakterystyczny krótki, chrapliwy ryk, którym niedźwiedzie żegnają się z życiem. Wtedy poczuł, jak opadają emocje i poziom adrenaliny.

Zadzwonił do Mike'a i zdał mu krótką relację, a ten zapowiedział przyjazd w ciągu pół godziny. Marek został na zwyżce i ku swojemu zdziwieniu zobaczył, że po kilku minutach na nęcisko wyszedł z lasu drugi, całkiem duży niedźwiedź i zaczął wyjadać przynętę z beczki. Po kilku następnych minutach przyszedł za nim mały niedźwiadek, zdradzając, że ten drugi niedźwiedź to samica. Mały był bardzo ostrożny lub bawił się i kilkakrotnie podbiegał do przynęty, zjadał jej trochę i uciekał do lasu. Natomiast niedźwiedzica, nie przejmując się niczym, opróżniała beczkę. Tak była tym zajęta, że nawet przyjazd Mike'a niespecjalnie ją zainteresował: żarła dalej i dopiero jak samochód podjechał prawie do samego nęciska, raczyła odejść, ale poszła w inną stronę niż jej mały. Pełen obaw o reakcję niedźwiedzicy, Mike musiał tego małego odganiać krzykiem, gdyż kręcił się akurat w tym miejscu skąd doszedł ostatni głos strzelonego niedźwiedzia. Znaleźli go bez problemu, leżał ok. 30- 40 m od nęciska. Okazał się całkiem niezłym misiem, którego Mike'a ocenił na ok. 130 kg. Po zdaniu relacji z polowania, Marek wyciągnął butelkę szkockiej whisky Ardbeg, malt'a z wyspy Islay, nabytej na lotnisku jeszcze w Warszawie. Pijemy ją w salonie głównego budynku obozu wznosząc toasty w towarzystwie Mike'a, Jeff'a i polującego z nim Gerry'ego oraz grupy amerykańskich wędkarzy, chętnie słuchających opowieści o polowaniu na niedźwiedzie.

Następnego dnia, w poniedziałek rano, odbyła się tradycyjna sesja zdjęciowa, na której najlepiej wychodzą zdjęcia niedźwiedzia leżącego na pieńku i klęczącego za nim szczęśliwego strzelca. Marek ma już z głowy polowanie, ma zdjęcia ze swoim niedźwiedziem i będzie tylko łowił w jeziorze dorodne szczupaki i sandacze. Ja z Jerrym decydujemy się na te same stanowiska co poprzedniego dnia. Jedziemy sami, zabierając po wiadrze świeżej karmy. Czas mija szybko, sytuacja podobna jak w poprzednie dni: są wiewiórki i zające, ale nie pokazał się już szop pracz, którego Mike kazał mi strzelić, gdyby znowu wyszedł. Niedźwiedzie jednak nie przychodzą. Robi się ciemno, idę do samochodu, a jak ruszam, zaczyna padać. Dojeżdżam do Jerrego, a ten wsiada do środka mokry i niezadowolony, mrucząc coś głośno. Pytam o co chodzi, a on, że strzelał do niedźwiedzia. Nic nie zrozumiałem, choć pomyślałem, że może spudłował albo niedźwiedź był zbyt mały w stosunku do oczekiwań Jerrego. Nastawiał się na dużą sztukę, gdyż mniejszego niedźwiedzia miał już z wcześniejszego polowania w Stanach.

Teraz w samochodzie mogę wysłuchać opowieści Jerrego. Siedział na dość niewygodnej zwyżce, bo trochę małej jak na jego rozmiar, dlatego broń gotową do strzału miał praktycznie cały czas na kolanach. Po zachodzie słońca na nęcisko, znajdujące się naprzeciwko zwyżki, wyszedł młody, może 3-letni nieduży niedźwiedź i zabrał się za jedzenie. Oczywiście Jerry nie zamierzał do niego strzelać. Gdy się ściemniło, z lasu wyszedł drugi niedźwiedź, tym razem stary i ogromny. Podszedł prosto do młodego, złapał go za kark i wyrzucił w górę ponad swoją głowę. Młody spadł na ziemię, podniósł się i biegiem uciekał ścieżką wydeptaną pomiędzy nęciskiem a zwyżką Jerrego. Stary natychmiast rusza za nim, a w głowie Jerrego błysnęła myśl, że wystarczy, żeby trącił drabinę, a on wyląduje na głowie misia. Nie zastanawiając się, podniósł broń do oka i strzelił na sztych do biegnącego starego. Kula zatrzymała niedźwiedzia w biegu i rzuciła w przeciwną stronę, zadem do Jerrego. Jerry szybko przeładował broń, bo niedźwiedź mógł się przecież podnieść, a nie wiadomo, gdzie został trafiony. Mike nas ostrzegał, że jeżeli niedźwiedź próbuje wstać po strzale, należy mu posłać drugą kulę. Tak też zrobił Jerry, kiedy wydawało mu się, że niedźwiedź podnosi kark. Niedźwiedź znieruchomiał i Jerry mógł się zebrać, żeby zobaczyć z bliska swoją zdobycz. Okazało się, że drugą kulę posłał nie w kark, lecz bark. Po prostu leżący tyłem do strzelca niedźwiedź zasłaniał zadem głowę, a w zapadających ciemnościach łapa i bark zostały wzięte za kark. I ten właśnie, zdaniem Jerrego, niepotrzebny strzał, tak go rozeźlił, że historię tego polowania zaczął od wyrażenia swojego niezadowolenia. Ale trwało to krótko, bo kiedy doszedł w swojej relacji do momentu oglądania strzelonego niedźwiedzia, nie krył zadowolenia, że to naprawdę bardzo duża sztuka. Poza tym strzał też był przedniej marki, bo do niedźwiedzia w ruchu i kula, trafiając w pierś, przeszła przez całego zwierza, a podczas skórowania wyjęliśmy ją z tylnej nogi.

Rano jedziemy w siedem osób po niedźwiedzia, zabierając nosze podobne do tych z pola walki I i II wojny światowej. Na miejscu okazuje się, że to największy strzelony u Mike'a w tym sezonie niedźwiedź, oceniany na oko na około 170 kg i 15 - 16 lat. Cztery osoby nieźle się musiały nadźwigać, żeby wynieść go z lasu. Tak jak dwa dni wcześniej, wieziemy misia na sesję fotograficzną. Jerry na zdjęciach wychodzi jak myśliwy z krwi i kości, którym zresztą jest, a niedźwiedzia strzelił wielkiego, więc wszyscy chcą mieć z nim zdjęcie. Pstrykają aparaty i kręcone jest video, a potem standardowa praca myśliwych, czyli skórowanie i odbicie łba, bo czaszka stanowi trofeum. Po trzech dniach polowania dwóch z nas strzeliło baribala i teraz tylko ja sam będę szukał spotkania z czarnym niedźwiedziem kanadyjskim. Miejsce strzelenia niedźwiedzi przez Marka i Jerrego pokazują na mapie odpowiednio punkty A oraz B. W ciągu dnia Marek i Mike postanawiają odwiedzić nęciska na drugim brzegu jeziora. Są takie trzy. Na pierwszym, gdzie w sobotę siedział Jerry, nie widać śladów żerowania, ale na dwóch następnych niedźwiedzie były, w tym na tym, gdzie pierwszego dnia spłoszyłem misia. Postanawiam, że tam będę polował następnego dnia.

W czasie naszego pobytu nadciągnęła fala upałów nie spotykanych na tym terenie od wielu lat. W dzień temperatura w cieniu osiąga 33 stopnie, ale w nocy na szczęście spada trochę poniżej 20 stopni. Takie gorąco powodowało, że na stanowiska jeździliśmy z godzinę później niż robi się to zwykle, gdzieś po godzinie 17:00. Tak samo jest we wtorek, kiedy wychodzę na polowanie, ale tym razem łodzią wiezie mnie Tony, brat Mike'a. Płyniemy w poprzek jeziora Lac Dasserat, na którym są 124 wyspy, każda oznaczona numerem na wypadek, gdyby ktoś się zgubił, co jest wysoce prawdopodobne w zimie, kiedy po lodzie z zadymce jedzie się skuterem. Suniemy szybko po wodzie w kierunku dwóch zlokalizowanych tam nęcisk, ale okazuje się, że Tony nie wie, na którym nęcisku byłem trzy dni temu, a ja mu nie podpowiem, bo zalesiony brzeg jeziora wygląda z daleka identycznie w każdym miejscu. Trafiamy wpierw na to drugie nęcisko, na którym jeszcze nie byłem. Nie protestuję, bo jak na obu bywają niedźwiedzie, to mogę pozostać tutaj, a poza tym z bronią, plecakiem i w temperaturze pod 30 stopni pot leje się po oczach i plecach, powrót na łódź wydaje się niedorzeczny.

Siadam na zwyżce, zakładam siatkę przeciw komarom na głowę i uruchamiam ThermaCell. Działanie tego urządzenia polega na podgrzewaniu gazem płytki metalowej, na której leży płytka kartonowa nasączona substancją odstraszająco-paraliżującą wszystko co małe i lata. Jak płytka się nagrzeje, czyli po około 10 minutach, można zdjąć siatkę z głowy, bo ani muszek, ani komarów nie widać i nie słychać dokoła. Płytki wymienia się po około 3 godz., a pojemniki z propanem co 12 godz. I znowu jak w poprzednie dni, śpiew ptaków, skrzekot wiewiórek i zające na nęcisku. Ale na nęcisku oprócz słodkiej pasty jest trochę ciasta z piekarni i po to ciasto, jak samoloty w systematycznych nalotach, podlatują pojedynczo kruki. Każdy nadlatuje z tej samej strony, startując na nęcisko z tego samego drzewa, z którego badają okolicę. Po wylądowaniu i wybraniu kawałka ciasta odlatują, stale tą samą trasą między wybranymi drzewami. Ja, nauczony bezruchu, mogę obserwować pracę wiewiórek, które zbierają karmę i zanoszą do swoich kryjówek i zdarza się, że zatrzymują się na gałęzi tego samego drzewa, na którym siedzę i to bardzo blisko mnie.

Czas jak zwykle płynie szybko i kiedy już myślę, że niedługo przypłynie po mnie łódź, widzę niedźwiedzia wychodzącego z lasu po drugiej stronie nęciska, a więc z przeciwnej, niż ja siedzę. Znanym mi z opowiadań zwyczajem raz się pokazuje, raz znika, jakby sprawdzał, czy wokół bezpiecznie i można już rozpocząć konsumpcję. Robi się coraz ciemniej i przy kolejnym jego pokazaniu się między drzewami, wydaje mi się, że jest tam jeszcze drugi niedźwiedź, ale oba znikają w buszu, wszystko jakieś 15 m za nęciskiem. Nagle pokazuje mi się jeden niedźwiedź, wychodzący z lasu prosto na beczkę z pokarmem. Wspina się na tylne łapy, stojąc tyłem do lasu i zabiera się za wywrócenie beczki, żeby łatwiej się do niej dobrać. Beczka wywraca się i jej góra znika w lesie razem z misiem. Teraz on ma dostęp do jadła, a ja go nie widzę, bo otwarta cześć beczki razem z niedźwiedziem są w krzakach. Czy drugi do niego dołączył - nie wiem, bo płoszy je nadpływająca łódź. Polowanie czwartego dnia pobytu jest skończone. Wracam z Tony'm, a wieczorny chłód nad jeziorem orzeźwia po całodziennym upale.

Marek i Jerry mają dni wolne od polowania, ale trochę łowią ryby i relaksują się "nic nie robieniem". Ja w środę jadę z Mike'iem do Rouyn-Noranda i wpadamy do jego domu, bliźniaka, którego drugą połowę zajmuje matka. Witam się z mamą, a Mike mówi do niej, że może ze mną porozmawiać po polsku. Okazuje się, że po wczesnej śmierci męża, pracowała przez wiele lat w piekarni, gdzie razem z nią pracował Polak, od którego nauczyła się naszego języka. Pomimo tego, że od lat go nie używała, mogła zupełnie swobodnie w nim rozmawiać. Jaki ten świat mały i gdzie nas Polaków nie rzucało! Mike tylko słuchał zaskoczony, że mama tak swobodnie ze mną rozmawia. Jedziemy jeszcze uzupełnić zakupy i wracamy do obozu, bo przecież ja dalej poluję. Decyduję się jechać na to samo stanowisko co wczoraj, bo widziane dwa niedźwiedzie dają szansę na szczęśliwe polowanie. Zawozi mnie powtórnie Tony z młodym16-letnim wakacyjnym pracownikiem Austinem, żeby wspólnie zabezpieczyć beczkę przed samowolą niedźwiedzia. Może warto powiedzieć w tym miejscu, w formie przestrogi dla innych, jakie nieszczęście spotkało Tony'ego. Jechał samochodem jako pasażer i chłodził się, wystawiając rękę przez otwarte okno, jak często robią to użytkownicy samochodu w upalne dni. Nie dopytywałem o szczegóły, ale samochód, wjeżdżając w tunel, znalazł się tak blisko ściany, że ta urwała Tony'emu rękę ponad łokciem. Teraz, jak widzę beztroskich kierowców, którzy wymachują wyprostowaną ręka przez okno samochodu, aż mnie korci, żeby ich zatrzymać i opowiedzieć powyższą historię, ale czy to zmieni przyzwyczajenia wszystkich tak jeżdżących?

Zostało mi jeszcze trzy dni polowania. Czy będę miał niedźwiedzia na strzał? Czy go położę? A może w ogóle nie dane mi będzie strzelić? O pozostałych dniach pobytu w Kanadzie można czytać jutro w ostatniej części mojego tryptyku w dzienniku "Łowiecki".




20-09-2012 10:03 jani Nie trzeba zazdrościć, tylko jechać! Joe Starski czeka! Mnie powiódł szlakiem bohaterów Curwooda i Coopera! Nie wystarczy przeczytać, trzeba przeżyć! Bez względu na wagę położonego zwierza, ja łowiłem ryby na dopływie Albany i strzelałem Spruce grousy (hehe, tam się prawie wszystko nazywa albo spruce, albo oak)! Darz bór!
19-09-2012 23:29 mysz leśna Zazdroszę wycieczki do kraju opisywanego w przepięknych książkach podróżniczych Arkadego Fiedlera "Kanada pachnąca żywicą", "I znowu kusząca Kanada", niedźwiedziom nie tylko nie zazdroszczę, ale bardzo szczerze współczuję.
19-09-2012 14:43 Piotr Gawlicki To nie śmietnik, tylko tak po prostu wygladają nęciska. Wiadra są zostawiane na nęcisku, żeby niedźwiedzie je wylizywały, a te je rozrzucają i nawet zabierają do lasu. Sprzątanie następuje po sezonie.
19-09-2012 14:05 tjarek Fajna przygoda chociaż na niektórych zdjęciach wygląda jakby polowanie odbywało się na śmietniku. Czy nie można tych śmieci posprzątać?
DB

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.