DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Jenot14-09-2007
Dwa warchlaki

Samochód zaparkowałem na skraju lasu. Kilkadziesiąt metrów, które dzieliły mnie od ambony postanowiłem przejść. Zarzuciłem sztucer na ramię i ruszyłem przed siebie. Droga wiodła w las. Szedłem zatopiony w myślach. Z każdym krokiem wracałem głębiej wspomnieniami w przeszłość. Ta droga, ilekroć nią jadę lub idę, zawsze zmusza mnie do refleksji. Ileż to razy przed laty jeździło się tędy po siano na łąki... Wydawało mi się, że za chwilę zobaczę furmankę podjeżdżającą pod jedną z trzech piaszczystych górek i usłyszę nawołującego na konia woźnicę. Niestety to tylko wspomnienia. Te piękne czasy już nie wrócą, to już historia.
A co będzie kiedy nas zabraknie ?
Nikt nie będzie nawet przypuszczał, jak wielkie znaczenie dla mieszkańców wioski miała ta piaszczysta, leśna droga. Ile potu na niej wylano...

Skręciłem w lewo w leśny dukt i po chwili byłem przy ambonie. Rzuciłem okiem na nęcisko. Z przyjemnością zauważyłem, że zwierz był i pobrał karmę. Cichutko wspiąłem się na górę. Teraz pozostało mi tylko cierpliwie siedzieć. Po godzinie wyczekiwania usłyszałem charakterystyczny odgłos ciągnących dzików. Po chwili już je widziałem. To były lochy z warchlakami. Jednak i one coś zauważyły, bo jedna z nich wydała ostrzegawcze hrrrrrrrrm i całe towarzystwo natychmiast zatrzymało się jak wryte, jakieś czerdzieści metrów od nęciska. Cieszyłem się w duchu, że to nie był jeszcze sygnał do ucieczki, to charakterystyczne fuuuuuch, po którym dziki dają drapaka. Jeszcze miałem szanse na pozyskanie. Wychylony ostrożnie na boki starałem się przez lornetkę wypatrzyć, co to za dziki. Niestety, mimo że to las, nie ma tam podszytu. Widziałem tylko ciemne plamy dzików pomiędzy drzewami. To stanowczo za mało by strzelać...

Nagle usłyszałem dziwne mlaskanie na nęcisku. Ki diabeł, pomyślałem sobie? Przecież wataha stoi po drugiej stronie! Skierowałem więc szybko lornetkę na nęcisko i zacząłem wypatrywać kto to tak raczy się rozrzuconymi tam jabłkami. Dopiero po dłuższej chwili udało mi się dojrzeć mały, czarny cień. Byłem przekonany, że to jenot. To na pewno jego obecność zaniepokoiła dziki i dlatego zatrzymały się w lesie. Tak sobie pomyślałem, jednak już za chwilkę okazało się, jak bardzo byłem w błędzie. Wataha nagle ruszyła z powrotem tam, skąd przyszła. Mały czarny "czort" dalej mlaskał na nęcisku. Wziąłem go więc w lunetę i spróbowałem namierzyć. Nagle…!!! Ten mój niby jenot z przenikliwym świńskim kwikiem poderwał się z miejsca i ruszył za watahą. Z wrażenia zaparło mi dech. No proszę, tak to jest jak widzi się to, co chce się widzieć w danej chwili. Widocznie kiedy wataha przystanęła, jeden pasiak zdołał dobiec do nęciska nie zauważony przeze mnie. Teraz darł z wielkim wrzaskiem za odchodzącą mamą

Nie miało sensu dłużej tu siedzieć. Księżyc wiszący jeszcze zbyt nisko nad lasem nie dawał wystarczająco światła. Rzucał tylko długie smugi między drzewa. Zszedłem więc z ambony i ruszyłem w inną stronę rewiru. Teraz w blasku księżyca piaszczysta droga i las po obydwu jej stronach wyglądały przepięknie. Przystawałem co chwila, by nacieszyć się tym cudownym widokiem.

Po kilkunastu minutach stałem już pod inną amboną, stojącą na rowie dzielącym dwie śródleśne łąki, porośnięte różnymi drzewami. Nie wszedłem jednak na górę. Z ambony nie mogłem widzieć dokładnie ściany lasu, na której stoi rozłożysty dąb. On był teraz w centrum moich zainteresowań. To pod niego przychodziły dziki na żołędzie. Mój serdeczny przyjaciel myśliwy wytropił je tam i powiadomił mnie. Wyszedłem na skraj rowu i usiadłem pod sosną, sztucer położyłem obok w trawie. Dochodziła 22:00, była ciepła, pogodna noc. Księżyc, nie będący jeszcze w pełni, miałem za plecami. Wisząc nisko nad lasem, rzucał cień drzew daleko na łąkę. Byłem więc na moim stanowisku doskonale zamaskowany. Siedząc tak i czekając znowu zapadłem w zadumę. Taka noc, w takim miejscu, sprzyja rozmyślaniom i można sobie trochę pomarzyć : )

Nagły łomot i trzask łamanych patyków w lesie po przeciwnej stronie poderwał mnie na nogi. Spojrzałem na zegarek - dochodziła 22:30. Stojąc oparty o sosnę rozglądałem się wokoło, skąd wyjdzie zwierz i co za zwierz? Chwilowo jednak nic się nie działo. Nagle znowu! Głośny łomot i... pierwszy dzik wyszedł z lasu na łąkę. Bardzo wielki dzik. To nie były te z nęciska. Przyszły z całkiem innej strony. Za nim drugi, trzeci i czwarty a pomiędzy nimi sypały się warchlaki. Nie byłem w stanie ich zliczyć. Wstrzymałem oddech. Lochy zaczęły buszować. Raz w lewo, raz w prawo, zupełnie spokojnie biegały po łące, wyglądało to tak, jakby pokazywały swoim dzieciom czym mają się raczyć. Mieszało się to towarzystwo chrząkając i pokwikując z uciechy. Przepiękny, niesamowity widok.

Popatrzyłem przez lornetkę. Tak, to były tylko lochy z większymi już warchlakami. Innych strzałowych dzików nie było w tej watasze. Zdecydowałem, że jeden warchlak na łące zostanie : ) Schyliłem się ostrożnie po sztucer leżący w trawie, podniosłem i położyłem go na pastorał. Nie lubię strzelać z pastorału ale dziś nie było wyjścia. Jeszcze raz szybki rzut oka przez lornetkę, następnie w lunetę i po kolei: czerwony punkcik, bezpiecznik, przyspiesznik i... głośne bum. Blask ognia w lunecie i... niestety koniec romantycznych wrażeń. Na łące leżał dzik, pisząc testament. Reszta watahy z wielkim hałasem rozbiegła się po lesie. Jeszcze długo było je słychać. Złapałem warhlaka za bieg i zaciągnąłem na skraj lasu. Później, kiedy przyjechałem po dzika z moim GP puściłem go na ślad, który pozostawił ciągnięty zwierz. Pies jednak niezbyt był zainteresowany tym śladem. Znalazł dzika pod drzewem, a jakże, nawet nieźle go oszczekał, ciągle jednak węsząc górnym wiatrem, rwał się na otoku w stronę gdzie uszła wataha.

Jeden wieczór i tyle przygód. Myślę, że jednak coś w tym jest, że św Hubert trzyma nad wszystkim rękę. Całą wiosnę polowałem z duszą na ramieniu a teraz lochy podprowadzają mi przychówek na stanowisko : ))
Oby częściej.

Darz Bór




02-10-2007 03:08Jozef Starski..."Byłem przekonany, że to jenot"...To byłaby dopiero historia jak "Jenot" strzelał do jenota. Ale...do tego nie doszło...Gratuluję udanego polowania i ...refleksji. Jest tak czasem, a może prawie zawsze, że polowanie, to tylko hasło, wokół którego kłębią się myśli, refleksje dalekie od polowania...i one sę też cenne jak i oddany, skuteczny stzał...

Darz Bór "Jenocie"!
15-09-2007 19:52zygmunt_kDoskonałe opowiadanie, wiernie oddany klimat polowania przy księżycu.
DB

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.