DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Ross 3128-01-2011
Aporter

Pamiętam, polowałem wówczas dopiero parę lat i gorączka łowiecka nie opuszczała mnie nawet na krok. Był piękny sierpniowy dzień. Słońce chyliło się ku zachodowi. Ciężko było usiedzieć w domu wiedząc doskonale że gdzieś tam na kanale rzeki Odry być może już zapadają kaczki. Nie namyślając się długo spakowałem sprzęt, gwizdnąłem na psa i już pędziliśmy drogą Brzeg-Prędocin.

Po przyjechaniu na miejsce część swoich rzeczy zostawiłem u teściów a sam zaopatrzony w strzelbę, dostateczną ilość amunicji i oczywiście w psa z rodowodem ruszyłem w stronę kanału. Spojrzałem na swojego pupila i zauważyłem że jemu też udzieliło się podniecenie. Idąc wzdłuż kanału spostrzegłem jak w odległości około stu metrów duże stado kaczek zapada lotem szybowcowym przy prawym brzegu kanału. Ponieważ brzeg gdzie zapadły kaczki był porośnięty drzewami i małymi krzakami postanowiłem wykorzystać tą naturalną osłonę i wielkim łukiem podejść je na wprost, możliwie jak najszybciej. Skradałem się do tego miejsca pochylony, ze wzrokiem utkwionym wyłącznie w miejsce skąd odzywały się kaczki. Pies wczuł się w powagę sytuacji i poruszał się parę metrów za mną w bezpiecznej odległości. Gdy pokonywałem ostatnią miedzę przed kanałem, nieoczekiwanie potknąłem się o coś burego i wyrżnąłem jak długi. Szarak który tu najwyraźniej zasnął, poderwał się i rwał ile sił w skokach na przełaj przez pola. Smyk tak zaczął zawzięcie ujadać, że poderwał całe stado kaczek. Furkot ich skrzydeł uprzytomnił mi by jak najszybciej załadować strzelbę. Sięgnąłem ręką do kieszeni po naboje i w wielkim pośpiechu próbowałem załadować. Wbiegłem na wał kanału. Pomyśleć cóż prostszego, wprowadzić ładunki do luf, prawda? Niestety, większą ilość amunicji zgubiłem przy niefortunnej wywrotce na polu. A kaczki rwały się po kolei jak oszalałe. Było ich mrowie. Więcej niż myślałem.

Gdy w końcu wprowadziłem do luf naboje, strzelba nie daje się zamknąć! Przystanąłem na chwilę by na kolanie ją jak najszybciej zamknąć. No nie, łamię, zamykam, łamię, zamykam a kaczki jakby wyczuły moją bezradność. Drą się i krążą nade mną,obok mnie, za mną... są wszędzie! Patrzę na prawy nabój w lufie a on wystaje parę milimetrów. Lewy jest osadzony dobrze. Był napęczniały z wilgoci i tekturowa łuska zwiększyła swoją objętość. Nim usunąłem usterkę większa ilość kaczek oddaliła się już na bezpieczną odległość zataczając szerokie koła. Podbiegłem parę metrów dalej wzdłuż kanału. Składam się do pary podrywających się kaczek. Po dwóch strzałach widzę jak jedna z nich robi nagłą rakietę do góry, zawisa na moment w powietrzu i później jak kamień wali, na środek kanału. Podbiegam na wysokość tego miejsca gdzie upadła i sięgam po kolejne naboje. Lecz co to? Palce trafiają na pustkę! W pośpiechu jeszcze raz szukam gorączkowo nabojów. Kaczki wracają, przelatują nade mną pokazując lusterka raz z lewej, raz z prawej strony. Pewnie tylko po to, by sprawdzić cóż to za pocieszna istota ośmieliła się zakłócić im spokój i do nich strzelać? Szósty zmysł ich nie zawodzi. Przelatują koło mnie w ogóle nie strzelone. Nieoczekiwanie, trafiam w końcu na pojedynczy nabój w tylnej kieszeni. Wprowadzam na pamięć do lufy, zamykam, mierzę, zakładam do najbliższej i strzelam. Lecz co to?? Po strzale w powietrzu kupa pierza? O Boże... ona chyba dostała breneką! Tak, potwierdza się moje przypuszczenie. Spadła przynajmniej na tą stronę kanału po której ja byłem i to nie w wodę lecz na pole. Chwalić się jednak nie było czym, nie nadawała się raczej do zawieszenia na troku.

Patrzę za pierwszą znoszoną przez prąd coraz dalej. Zdejmuję naprędce z siebie kurtkę. Rozglądam się za psem i widzę jak umęczony wraca z powrotem. Nie daję za wygraną. Dobiegam na wysokość spływającego kaczora i szukam po drodze dłuższej gałęzi z nadzieją że być może prąd zepchnie go bliżej mojego brzegu i go wydostanę. Wyprzedzam kaczora o parę metrów i zdyszany, porozpinany, łapiąc powietrze jak ryba czekam na swojego kaczora. Dobiega do mnie również Smyk. Gdy moja zdobycz przybliża się na moją wysokość pokazuję mu kaczora i wołam: -Smyk - aport! bierz go! Lecz ten rozgląda się dookoła i udaje że w ogóle go nie widzi. Tak jakby to nie było do niego! Podnoszę kamień, rzucam go koło samego kaczora a ten dalej udaje, że nie wie o co tu w ogóle chodzi! No pięknie, myślę sobie - ot trafił mi się pomocnik! Kaczor najspokojniej spływa coraz dalej. Znowu biegnę, wyprzedzam go i czekam. Jest - spływa, ale prawie środkiem kanału. Od tego miejsca gdzie stoję będzie i tak za daleko by go sięgnąć. Chodzę to w jedną, to w drugą stronę. A może kamieniami rzucać w nadziei że roztaczające się fale przybliżą go choć trochę? Nic z tego, złudna to nadzieja. Co robić...

Trudno, rozbieram się szybko do spodenek, mimo że wiatr i ziąb jak cholera! Dochodzę do wniosku, że Smyk leniwy ale nie głupi. Bo pchać się do wody w takich warunkach to istne wariactwo! Kaczor coraz bliżej... stawiam nogę do wody... o Boże - jaka zimna! a on spływa już na moją wysokość. Chlustam wodę na ręce, na twarz i wsuwam się do wody. Parę dni zimniejszych wcześniej zrobiło swoje. Nie liczy się jednak teraz ani temperatura wody ani prąd. Liczy się tylko ON! Dopływam do niego i ręką rzucam go za siebie bliżej brzegu i tak jeszcze raz. W odległości około dziesięciu metrów od brzegu już na spokojniejszej wodzie popycham go przed sobą. Do psa dopiero teraz dotarło, że ma przecież jakiś rodowód psa myśliwskiego i nie wypada dłużej się błaźnić. Oszczekuje mnie zawzięcie z brzegu. Dopływam i kładę kaczora na skarpie. Smyk podchodzi do niego, obwąchuje. Siada koło niego i szczeka zadowolony. No tak, zwracam się do niego - zasłużyłeś na hymn pochwalny. Cóż ja bym bez ciebie zrobił? Pewnie wrócilibyśmy o pustych trokach! O kurczę, przecież tu bardziej zimno niż w wodzie! Zdjęcie zrobione w tamtej chwili pobiłoby pewnie wszystkie inne jakie do tej pory posiadałem. Mimo wszystko dzięki ci św. Hubercie za tyle rozkoszy i cudownych doznań z tego jednego polowania. A tobie - zwróciłem się do Smyka - myślę że ci ten jeden wzorowy pokaz aportowania wystarczy i nie będę musiał więcej powtarzać, co? Cholera przekrzywiasz ten łeb tak, jakbyś naprawdę zrozumiał? Przestań, bo jeszcze ci uwierzę! No już dobrze, chodź wracamy szybko do domu na wspaniałe grzane piwo. O nie, piwo jest tylko dla mnie!




28-01-2011 23:42szyperBardzo ładnie napisałeś. Uśmiałem się co niemiara. Ale tak bywa na polowaniu. Tylko czemu piesek zachował się tak nieprofesjonalnie. Stąd oczywisty wniosek, że papiery niczego nie gwarantują. Moje kundelki poszły by na bank. Jeden przed drugim i bez zachęcania.
A sam kiedyś w młodości podobnie aportowałem piżmaka z lekko zamarznietego zbiornika. Byłem bez psa, ale nawet gdyby był, nie mógłby wejść na zbyt cienki lód.
Pozdrawiam DB Szyper

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.