![]() |
Czwartek
01.01.2009nr 001 (1250 ) ISSN 1734-6827
Towarzystwo dzisiaj spokojne i stonowane, a i przestrzeń i aura dostosowuje się do tego noworocznego dnia. Na ciało spływa jakiś kojący balsam i łagodność chwili. Nawet wiatr dziś nie dokucza, a opadające wolno płatki zasnuwają przestrzeń łagodnie i nie sieką oczu. Spoglądam w kierunku odległego wału zasłaniającego Dunajec i widzę ruszające kropki naganki. Na razie ich nie słychać, przestrzeń głuszy wszelkie odgłosy, ale coś mignęło w łętach po prawej stronie. Mocniej ujmuję strzelbę i uważnie spoglądam. Od pasa wikliny po prawej kica zając. Widocznie rozstawiająca się linia myśliwych wywołała jego niepokój i chce się ukryć. Podciągam kolbę wyżej, a kot rusza ostro w moją stronę. Pierwszy strzał wybucha białym obłokiem przed nim, widzę jak trzepie słuchami, poprawiam z drugiej i już leci przez łebek sunąc w śniegu. Klepię kolbę zadowolony choć wg mnie powinien leżeć po pierwszym strzale. To pierwszy kot z tej strzelby i jeszcze nic się nie dzieje na linii. Stoję na flance i popatruję na linię widząc wychylającego się następnego Kolegę, zdziwionego tą strzelaniną, nic bowiem nie widział zasłonięty szkarpą i wikliną. Patrzę uważnie na przedpole i widzę przed linią naganki sporo ruchomych kropek zmierzających na myśliwych. Po długiej chwili na wgłębieniu prostopadłym do linii wyskakuje zając i słychać pierwsze dwa szybkie strzały. Rezultatu nie widzę ale padają następne strzały i mimo, że skutków nie widzę to jednak należy wierzyć, że ten kawałek terenu jeszcze ma tę zwierzynę. Jakby na potwierdzenie w lukę którą zastawiam sadzi kolejny zając na ogromnym gazie wzbijając białą kurzawę. Muszę go puścić w nieckę i trawę bowiem strzał byłby w kierunku linii i choć odległość jest spora, licho nie śpi. Wpada w nieckę i idzie w moją prawą stronę. Złota muszka wykwita przed łebkiem i nie wiem kiedy pada strzał, widzę jedynie sunącego w śniegu kota, który obracając się na bok wywija skokami potężne hołubce i nieruchomieje. Trochę się zapatrzyłem i nie zmieniłem naboju, lekko się skręcam w kierunku pola i popod same nogi wypada kolejny. Mam tylko jeden nabój, puszczam kota za siebie i widząc pod lufami kolebiące się słuchy ciągnę spust. Opada w nawiany przed szkarpą śnieg, który tłumi i prędkość i bezwładne ciało, kot utyka jak w ogromnej poduszce. Teraz gwałtownie łamię broń i szukam naboi, w samą porę. W lukę wpada dwa koty. Przymierzam do pierwszego i ciągnę spust, drugi odbija w lewo i ciągnie wzdłuż drogi. Słychać dwa szybkie strzały – to Janek. Kot znika. „Mój’ grzebie się w śniegu więc strzelam z drugiej lufy, kot nieruchomieje.... to czwarty . Ukradkiem głaskam kolbę nowej broni, obawiałem się, że mogę mieć kłopoty z trafieniem. Jak na razie …. Kończymy ten miot i teraz muszę pozbierać swoje łupy co przy olbrzymim nawianym śniegi sprawia spore kłopoty. Biorę po dwa zające w każdą dłoń i usiłuję wydostać się na asfalt drogi. Ląduję w śniegu po pas i utykam zupełnie kopiąc się beznadziejnie. Z opresji ratuje mnie pomocna dłoń kilku kolegów, którzy widząc te konwulsyjne ruchy, zeszli z drogi i wyciągają mnie razem z zającami. Towarzyszy temu ‘pogadywanie’ i gratulacje. W tych czasach tyle zająca na jednym stanowisku …. Zakładamy kolejny miot, tym razem linia staje na zupełnie czystym polu i zamyka spory kawał oranki między dwoma nitkami dróg. Od wsi rusza naganka, którą widać doskonale bowiem miot nie jest zbyt rozległy. Szybko się zbliżają wykrzykując donośnie. Niestety w tym kawałku zająca jest niewiele. Widzę wychodzące na flance dwa, poganiane nieskutecznymi strzałami. Na wprost mego stanowiska wystrzeliwuje kolejny i po chwili jednak odbija w kierunku flanki. Obserwuję jak drobi w skibach oranki, aby znaleźć ukrycie i znika. Sąsiad z prawej rusza się z wyraźnym żalem do losu, że mu nie pozwolił strzelać i wtedy z bruzd na wprost jego stanowiska wystrzeliwuje kolejny lokator jakiejś kotlinki i zaczyna bieg pośród olbrzymich skib. Poganiają go dwa nieskuteczne strzały nerwowego nemroda z mej prawej strony. Zając nie zmienia kierunku i wychodzi na wprost mego stanowiska w dobrej odległości. Składam się spokojnie i z mej lewej strony widzę kolejnego kolegę jak złożony i nastroszony, czeka na mój błąd. Mam cztery koty i wiedziony jakimś dziwnym podszeptem opuszczam lufy, niech idzie, ten z lewej nie ma jeszcze nic …. Patrzę w jego stronę i robię zachęcający gest dłonią. Piękny strzał do defilatora na dużej szybkości, który wywija kozła po strzale i znika za piłą skib. Sąsiad aż przytupał, a czerwona od mrozu twarz rozjarzyła się zadowoleniem. Naganka dochodzi i zbiera zające. Jest ich o wiele mniej niż w poprzednim miocie. Za to radość sąsiada wystarcza za wszystko. Kolejne mioty są jeszcze uboższe i w końcu zbiórka na zakończenie. Mój gest był ostatnim na tym polowaniu dla mnie. Popod lufy nic nie podeszło. Łamię je i ukradkiem gładząc osadę szepcę przeprosiny za ten gest, który spowodował, że więcej dziś nie przemówiła …..Różnie na polowaniu bywa a Hubert swe łaski rozdziela po Swoim uważaniu. Ja już wiem, z tą filigranową przyjaciółką będziemy żyć w zgodzie. Pola Radłowskie 2003
|