![]() |
Wtorek
21.07.2009nr 202 (1451 ) ISSN 1734-6827
Przez kilka kolejnych dni, a nawet tego dnia rano ćwiczyłem z Rabą oznajmianie, podłożonej skóry z dzika, więc może będzie okazja sprawdzić tę metodę szkolenia na prawdziwym dziku? Przyznam że trening ze skórą wychodził nam różnie, a tu nadarzyła się właśnie wymarzona okazja, zwłaszcza że w słuchawce słyszę – J E S T F A R B A ! ! ! Upalne dni i ciepłe lipcowe noce, które to za sprawą rozległego wyżu nawiedziły ostatnio naszą okolicę, na pewno nie wpłyną korzystnie na zalegającą gdzieś w terenie, tuszę strzelonego zwierza. Zresztą w powietrzu wisi długo oczekiwany przez wszystkich deszcz, który może rozmyć ślady na zestarzale. Wszystkie znaki na ziemi i niebie mówią, że trzeba się śpieszyć. Raba wyczulona na moją krzątaninę, widząc co się święci już zajęła swoje miejsce w samochodzie. Widzę w lusterku jej czarny podpalany łeb z wywieszonym jęzorem, leżący na oparciu tylnego fotela. Odpalam silnik i lecimy przez pola i lasy, na spotkanie myśliwskiej przygody. W łowisku na zestarzale byłem w niecałe 20 min po telefonie. Teren dobrze mi znany - 5 km od miejsca mojego zamieszkania. Z relacji kolegi wynikało, że szukając ciekawego rogacza zauważył w owsie, przylegającym do sosnowego młodnika, watahę dzików. Podobno 12 sztuk. Trzeba przyznać że bardzo wcześnie wyszły na żerowisko, ale liczne w tej okolicy młodniki są miejscem ich dziennego zalegania, a wiec nie ma co się dziwić. Trudno im barłożyć w zaciszu krzaczastej sośniny, gdy opodal pachnie owsiane mleczko. W celu oddania skutecznego strzału Zenek postanowił podejść trochę bliżej. Jednak sztuka takiego podchodu nie jest łatwa. Dziki wyczuły zagrożenie i ruszyły w stronę sosnowego gąszczu. Myśliwy chcąc przeciąć drogę ucieczki podbiegł w kierunku granicy dzielącej uprawę od lasku i tam z kolana (pozycja strzelecka) oddał strzał do ostatniej schodzącej z pola sztuki. Po dokładnych oględzinach na miejscu zestrzału znaleźliśmy trochę rozmytej przez deszcz, raczej mięśniowej ciemnej farby, od 10-ciu minut rzęsiście padało i kilka fragmentów rozrzuconej tkanki mięśniowej. Jest pewne że dzik dostał. Trochę martwią mnie te dość liczne kawałki mięśni. Podejrzewam że mógł przyjąć rykoszetem, lekką ociekę gdzieś po szynce, ale nie chcę przesądzać o słuszności mojej hipotezy, pomimo leżących na linii strzału kilku przeciętych gałązek. Teraz leje z nieba jeszcze lepiej, po przejściu kilku rzędów młodnika wychodzimy z niego ociekając dosłownie wodą. Wracam do samochodu po Rabę. Prowadzę ją na farbę i puszczam bez otoku z komendą – Bierz dzika. Pies startuje w młodnik, ale zaraz wraca, idzie w piętę, zatacza koła. Pewnie czuje zapach innych dzików, albo śledzi receptory zapachowe farby poroznoszonej butami Zenka i jak się później okazuje jaszcze jego szwagra - mieszkańca pobliskiej wioski, który zaalarmowany, przybył pomóc rodzinie w potrzebie. W końcu Raba zniknęła w młodniku. Nikomu nie chce się nurkować za nią w mokrym igliwiu, tym bardziej że deszcz przestał już padać. Ruszyliśmy dalej leśną drogą w domniemanym kierunku ucieczki dzika. Po kilkudziesięciu metrach stajemy słuchamy i nic..., idziemy jeszcze dalej, i tylko cisza... minuty upływają. Zenek machnął z rezygnacją ręką. Chciał pójść i poszedł, trzeba dać spokój. Robimy w tył zwrot i wracamy powoli do samochodu, wysłuchując kolejny raz gorącej jeszcze historii o dzikach, przerywanej ciężkimi westchnieniami Zenka. Nagle w oddali słyszę głos Raby. Głosi spokojnie w jednym miejscu. Jej charakterystyczna gra oznacza że... coś trzyma. Teraz nie bacząc na mokre igliwie wskakujemy, niczym pod zimny prysznic w gęsty młodnik. Trącane gałęzie zrzucają na nas setki, tysiące zimnych kropel wody. Biegniemy w stronę głosu, ale ten, niebawem milknie... I co dalej? Nasłuchujemy... Cisza... Dookoła roznosi się ostry zapach mokrego igliwia... Nic się nie dzieje... Tylko mokre ubranie waży parę kilo więcej. Postanowiłem odwołać psa. Może przyjdzie, oznajmi w wyćwiczony sposób i doprowadzi nas do unieruchomionego zwierza. Przynajmniej mam nadzieję, że tak będzie. Odwołuję – jeden długi, potem dwa krótkie gwizdki... – a ona znowu głosi w tym samym miejscu. Znowu biegiem przez mokrą gęstwinę i znowu cisza... no może niezupełnie... Słyszę obok gramolenie naszego pomocnika szwagra, który przed chwilą wyrżnął „orła” w młodniku, a teraz złorzecząc i lamentując na przemian, szuka w ściółce po omacku telefonu komórkowego, prosząc Zenka by ten przyszedł mu z pomocą i zadzwonił na jego numer. Kolejny gwizdek... i ponownie Raba daje głos. Jeszcze jedna taka akcja z gwizdkiem i jestem przy niej i przy martwym dziku, którego teraz z wściekłością kąsa, warcząc i gulgocząc przy tym gardłowo. Szczęśliwie odnaleziony dzik to wycinek ok. 60 kg, strzelony na bardzo niską komorę praktycznie w sam mostek kulą, która wcześniej grzybkowała w gałęziach i jeszcze dodatkowo rykoszetowała w tuszy wyrywając z niej kawałki mięśni znad mostka. Zenek szczęśliwy ciągnie za przednie biegi wspólnie ze swoim szwagrem, (również radosnym... z powodu odzyskania, utraconego wcześniej telefonu komórkowego) pierwszego strzelonego w tym sezonie dzika. Tym bardziej szczęśliwy, że dwa takie, nie tak dawno uciekły mu spod lufy. I wtedy nawet Raba nic nie wskórała, mimo że schodziliśmy dookoła cały, możliwy do sprawdzenia teren. Tym razem i ja mam również powody do radości, a na dodatek już mi pachnie smażona dzicza wątróbka jedzona w wesołej kompanii pod Zenkową nalewkę. Nowe doświadczenie w poszukiwaniu dzika, dało mi dużo do myślenia. Po tym wszystkim zastanawiam się nad celowością stosowania, opracowanej i trenowanej dotychczas metody oznajmiania. Myśliwskie życie samo podsunęło nową koncepcję, ale jak ją utrwalić, czy jeszcze się powtórzy i sprawdzi przy następnym dziku? Nie wiadomo... Baranów 2008r.
|