![]() |
Wtorek
22.12.2009nr 356 (1605 ) ISSN 1734-6827
Wczesny świt 25 listopada 2008 r. zaskoczył mnie dość obfitymi opadami śniegu. Było jeszcze ciemno kiedy wyjrzałem przez okno. Zaskoczony tym pięknym zjawiskiem postanowiłem ruszyć w teren. Po szybkiej toalecie, szybkim, ciężkim śniadaniu i jeszcze szybszej diabelskiej kawie spakowałem plecak i ruszyłem w teren. Zamierzenie - Wydrzy Przesmyk i Omulna, teren ostoi saren. Kiedy na skróty szedłem po torach kolejowych zaczynało świtać. Spojrzałem na wschód. Pierwsze promyki słońca niezdarnie lub nieśmiało rozświetliły teren zapowiadając mroźny poranek. Płatki suchego drobniutkiego śniegu leniwie opadały na rondo mojego kapelusza. Co rusz otrząsałem ten niemrawy puszek, zadowolony, że mam sprzymierzeńca na podchód, bo mami zwierza. Zszedłem z torów i skierowałem swoje kroki na zachód. Zmarznięty śnieg chrzęścił pod nogami. Zwolniłem tempo i tak już wolnego marszu. Wsłuchując się w ciszę powolutku brnąłem do zmurszałej staruszki ambony. W pewnym momencie, ku mojemu zdziwieniu, zobaczyłem przysypane odciski butów. Rozgarnąłem śnieg paluchami. Obrzeża odcisków były mocno zmrożone. A więc, co najmniej wczorajsze. Pobiegłem wzrokiem po tropie i... biegły wprost do ostoi saren. Ruszyłem powoli wzdłuż tropu. Nie ulegało wątpliwości, że ktoś szedł do sarniej zaciszy. Krok w krok oddalony od siebie w regularnych odstępach sugerował, że cel "nieznajomego osobnika" był z góry przewidziany. Tak się nie chodzi podglądać zwierza. Zlustrowałem "na szybko" teren. Szkła lornetki trzymanej po pachą zaparowały. Dałem sobie spokój i przekonany, że jestem sam w tym terenie ruszyłem ostrym tempem w niski sosnowy zagajnik. Nie musiałem długo szukać. Pierwsza pętla (i zarazem ostatnia) założona była między przesmykiem niskich sosenek samosiejek. Raz jeszcze dla pewności rozejrzałem się wokół siebie wsłuchując się jednocześnie w ciszę. Nie, w tym terenie jestem tylko ja. Czas działać. Spróbowałem rozplatać pętlę, nie udało się niestety. Próbowałem ją wyrwać, boleśnie zacisnęła mi się na dłoni. Zdenerwowany przedłużającym się i nieciekawym pobytem w tym miejscu postanowiłem przeciąć linkę. Zrzuciłem plecak na ziemię i wyjąłem z niego niezbędnik w którym były dość solidne kombinerki. Przeciąłem linkę i zrobiłem kilka fotek. Odcięty wnyk, swoim starym zwyczajem, postanowiłem zarzucić na drzewo. Kiedy się zamachnąłem poczułem silny chwyt za kaptur kurtki. W ułamku sekundy zobaczyłem oczami wyobraźni zarośniętą gębę kłusola który zadaje mi cios siekierą w głowę. W odruchu obrony wtuliłem głowę w ramiona i skrętem tułowia w prawo uskoczyłem w bok. I wtedy, z zarośniętego kłusownika został tylko mit. Gałąź która zaczepiła o kaptur mojej kurtki pękła niczym zapałka. Zakląłem pod nosem i drżącymi dłońmi spakowałem plecak. Czym prędzej wyniosłem się z tego miejsca. Nie szukałem innych pętli. Wybujała wyobraźnia i strach zrobiły swoje...
|