![]() |
Czwartek
09.02.2006nr 040 (0193 ) ISSN 1734-6827
Wolno, ocierając pot, wlokę się do ambony usytuowanej obok ścieżki. Zaczęła się ruja. Kozły są na biegu i wściekle szybko reagują na pisk wabika. Niestety wściekle też reaguje na nadmiar potu całe latajace i kąsające tałatajstwo. Tłukę się po twarzy i dłoniach. Niewiele to pomaga, a nawet powoduje dalsze strumienie potu, przyciągając kolejne eskadry tego obrzydlistwa. Zawsze się zastanawiałem po co Pan Bóg stworzył, gzy, komary i kleszcze... Widzę w końcu ambonę i po obejrzeniu okolicy, powoli włażę na ławeczkę. Rozgrzana, duszna, nasycona elektrycznością atmosfera i chyba miłością też. Słyszę leciutki pisk - jeden, drugi. Zastygam w oczkiwaniu. Nawet nie próbuję sięgać do kieszeni po wabik. Ten żywy jest bardzo blisko i na pewno mu nie dorównam w skuteczności. Poza tym ma jeszcze odwiatr. Ja najwyżej mogę cuchnąć potem wymieszanym z wonią kosmetyków, monopolu tytoniowego i benzyny. Kolejny pisk, znowu, i nagle widzę - jest siuta. Wolno idzie przez maliny i piska. Wybucha nagle jakieś sapanie i łomot cewek, jak spod ziemi pojawia się sylwetka kozła. Idzie z pyskiem przy ziemi jak wyżeł na tropie i sapie. Koza stoi w oczekiwaniu, widzi go, a gdy cap podchodzi, wolno i zwiewnie uchodzi parę kroków. Widać, że ucieka dla przyzwoitości, cała w miękkim i napiętym oczekiwaniu tego, co nieuchronne... Nawet nie sięgam po broń - nie mógłbym zburzyć tego misterium. Cap ma na łbie niezłą kolekcję i na pewno ok. 7 lat. Widać, że jest w szczycie swych dni. Jest pewny swego, ale widok jego pyska i zachowanie budzi we mnie dziwne skojarzenie, on też głupieje na widok spódniczki... Sarny się wyniosły zajęte swymi sprawami. Dzień się kończy, robi się coraz ciemniej. Siedzę dalej mimo, że szanse na cokolwiek coraz mniejsze, a duchota jeszcze się wzmaga. Liczę, że może jakiś czarny zwierz zdecyduje się na ziemniaki gospodarza z niedalekiej chałupy. I nagle, aż mnie wstrząsa po bliskim huu, huu! Puchacz się wybrał na łowy i straszy biedne ptaszki. Czeka, aby capnąć któregoś z nieostrożnych, gdyż one jak oszalałe ze strachu zaczynają rozbijać się w zapadającym zmroku. Słychać go w różnych partiach lasu, ale dość blisko ambony na której siedzę, mocarny głos słyszę wyraźnie. Nagle łomot na dachu ambony! Coś palnęło ze sporą siłą i zaczyna tupać na obrzeżu daszku. Na wysokości swoich oczu i końca nosa widzę ogromne szpony od spodu wciśnięte w daszek. Ptak siedzi spokojnie i nie rusza się. A ja robię coś bardzo głupiego - wystawiam dłoń i delikatnie ściskam ten szpon od dołu. Niesamowity łomot i monstrualny wrzask, tak, wrzask rozdziera powietrze! Na twarzy czuję podmuch, a z palca kapie krew. Na szczęście to tylko przecięta skóra. Gdybym złapał mocniej i w poprzek, chyba straciłbym palec. Zrobiło mi się bardzo głupio - tak wystraszyć tego mocarza. Zniesmaczony, rozładowuję broń i owijając dłoń w chusteczkę, bo krwawi mocno, zaczynam schodzić w dół... Braciejowa - Południk 1984
|