![]() |
Środa
15.06.2011nr 166 (2145 ) ISSN 1734-6827
Pogoda nie daje złudzeń, że dziś noc spędzimy w samochodzie. W dach ambony uderzają pierwsze krople. Wiatr z każdą chwilą wzmaga się. Kurtki zapięte pod samą szyję. Zapada wieczór. Po wspólnych rozmowach jednogłośnie decydujemy się na pozostanie nie wierząc, że może coś się zmienić. Po chwili burza się cofa i przechodzi bokiem. Grzmoty i błyskawice stają się coraz słabsze. Uradowani tą zmianą kontynuujemy łowy. Radość nie trwała długo. Po około dwóch godzinach burza szła wprost na nas. Szybka wymiana zdań i znów zostajemy ufni w opiekę Świętego Huberta. Szybko okazało się, że pozostanie na ambonie stojącej w polu było najgorszym pomysłem z możliwych. Burza rozszalała się na dobre. Epicentrum burzy znajdowało się nad nami. Każdy błysk oświetlał teren jaśniej niż słońce. Każdy grzmot powodował niewyobrażalny hałas. Złapałem w ręce kluczyki. Zjechałem z drabiny, wbiegłem na tory i pobiegłem po samochód zaparkowany kilkaset metrów dalej. Co kilka sekund nade mną niebo otwierało swoją „paszcze”. W momencie gdy się potykam i upadam rozchodzi się potworny huk. Przed oczami przeleciało mi całe, krótkie życie. Pewien, że tym razem piorun trafił we mnie leżę na ziemi. Po kilku sekundach czuję na sobie krople deszczu. Dotykam twarzy, żyję! Podnoszę się z torów ile mam sił. Przebiegam przez łąkę i bezpiecznie wskakuję do samochodu. Jadąc na pamięć pokonuję kolejne metry zarośniętej drogi. Nie zważam na samochód. Najważniejszy jest w tej chwili czekający na mnie z całym sprzętem przyjaciel. Wybiegam z samochodu i biegnę z futerałem po broń. Schodzę pierwszy. Błyskawice i grzmoty wciąż szaleją nad naszymi głowami. Przed samochodem po raz kolejny upadam na ziemię z bronią. Zamykam drzwi i czuję się bezpieczny. W tej samej chwili kolejna błyskawica rozświetla nieprzeniknioną ciemność nocy, a Mateusz upada na ziemię. Kilka chwil później jedziemy z powrotem. Ściągamy mokre ciuchy. Suszymy cały sprzęt. Zmęczeni, przestraszeni decydujemy się na pozostanie. 03:00. Budzik w telefonie wzywa na łowy. Burza wciąż trwa. Grzecznie czekamy. Po trzech kwadransach maszerujemy już na ambonę. Zajęliśmy miejsca. W tle na wzgórzu widać łby jeleni pływające w kłosach zbóż. Po chwili jednak naszą uwagę zwraca wycinek przebiegający w odległości około 80 metrów od ambony. Znikł czarny zwierz, zniknęły też jelenie. Czekamy, co jeszcze dziś się wydarzy. Po kilku chwilach w górze łąki z ciemnych traw wychodzi szarak. W szkłach lornetki szarak zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w warchlaka, a ciemna kępa traw w watahę dzików. Obraz, który ujrzeliśmy wart był pędzla Fałata. Wataha składająca się z trzech loch, około 20 warchlaków i dwóch przelatków buchtowała na skoszonej łące, a w tle budził się nowy dzień. Urzeczony tym widokiem zapominam o jakimkolwiek podejściu. Po kilku minutach czarne zjawy znikają w morzu wysokiej trawy. Pełni wrażeń czekamy dalej. W miejscu zejścia dzików pojawia się lisiura. Sznuruje wzdłuż skoszonej łąki, przybliżając się do nas. Adrenalina i coraz szybsze bicie serca nasilało się z każdą sekundą. Tysiące myśli kotłują się w głowie. Czy strzelać? Jak strzelić? Za daleko? Może spudłuje? To prawie raz taka odległość jak na strzelnicy. Po dłuższej chwili mierzenia zza pleców słyszę szept: -Jesteś dupa, czy myśliwy? Strzelaj! Dwa głębsze wdechy, krzyż na „listwę” i strzał. W uszach nie słyszę nic prócz dzwoneczków. Lornetki do oczu i mykity nie ma. Pewien pudła dostrzegam jednak lisa. Szybko schodzę z ambony. Ładuję broń i zmierzam ku pierwszej zwierzynie. W odległości około 80 metrów rudy podnosi się na przednich stawkach i ucieka do lasu. Strzelam z przyrzutu kończąc pierwsze lisie życie. Radości i gratulacji nie było końca. Urzeczeni pięknymi rannymi widokami zapomnieliśmy, że kilka godzin wcześniej igraliśmy z własnym życiem, chodząc po jej krawędzi...
|