![]() |
Czwartek
12.07.2012nr 194 (2538 ) ISSN 1734-6827
Udało mi się odbyć spotkanie z nim na strzelnicy. Miałem 6 naboi śrutowych kalibru 16 oraz paczkę amunicji kulowej 8x57IR – tego tak przeze mnie 'pogardzanego' – wehrmachtowskiego kalibru. Ustawiłem tarczę i odmierzyłem 50 kroków. Z wolnej ręki, przez otwarte puściłem pierwszą kulę. Przyjaźnie pchnął mnie w ramię choć mocno, po męsku. Piasek za tarczą wybuchł obłoczkiem. Strzeliłem jeszcze 5 razy nie sprawdzając.Wolno powędrowałem do tarczy i zdumiałem się. Wszystkie pociski mieściły się w kółku standardowej tarczy. Pogłaskałem podniszczoną kolbę broni i objąłem palcami ciepłe lufy. Powróciłem ponownie na stanowisko i z ok. 35 kroków strzeliłem śrutem nr. 2 do dużego kartonu. Jeszcze nie wiedziałem, że ma w obu lufach pełne czoki. Rzut oka na karton i widzę piękne skupienie i regularne pokrycie. Strzeliłem z drugiej lufy i znów obrazek prawie bliźniaczy. Szybko aby sprawdzić spusty strzeliłem pozostałe naboje i przytuliłem twarz do bronki. To było to. Wiele lat temu ktoś wiedzący o broni wszystko stworzył cacko. Co prawda przez te lata ktoś obchodził się z nim niezbyt pieszczotliwie. Ale nabój wchodził do wylotu samym czubkiem, gwint był ostro zarysowany a po wyczyszczeniu lufy świeciły jak lustro. Nie czekałem dłużej. Nie miałem wolnego miejsca w pozwoleniu. W komis poszedł wspaniały Weatherby i wreszcie był mój... Na kolbie miał założoną gumową ładownicę zakrywającą prawie połowę drewna. Zerwałem ją pośpiesznie bowiem takie coś jest niedopuszczalne i tworzy dysonans zupełny. Pod nim jednak pobielałe, przebarwione drewno miało dziwny deseń i ściemnienia. Osłonę spustów i zakończenie uchwytu (śliczna rozetka) wykonano z bawolego rogu. Był podrapany i matowy. Na początku wcierałem codziennie po przyjściu z pracy – olej lniany – taki zakupiony w pracowni dla artystów malarzy. Odbyłem rozmowę z prawdziwym Rusznikarzem i przez parę tygodni sączyłem codzienne olej na drewno. Pił zachłannie z początku, później coraz mniej. Drewno ożyło i zaczęło pokazywać swe piękno. Po jakimś czasie gdy już prawie nie spijał oleju użyłem bardzo drobnego papieru ściernego nasączonego olejem. Kolejne kilka tygodni bardzo delikatnie ale z naciskiem polerowałem drewno. Żona dyskretnie skrywała uśmiech jak po powrocie do domu pierwsze kroki kierowałem do szafy z Nim. Trwało to długo i nie czułem paluchów ale efekt był wspaniały. Drewno ożyło i wystawiło do światła niesamowite żyłki i ściemnienia tworzące rysunek fantastycznej plątaniny. Ten kawałek drewna przywodził na myśl jakiś egzotyczny świat i niesamowity krajobraz. Za radą przyjaciela z muzeum nabyłem pumeks i stłukłem go na pył. Miałem w domu kawałki szelaku indyjskiego z czasu gdy namiętnie kręciłem muchy do połowu pstrągów. Teraz kilka bryłek trafiło do najczystszego spirytusu i długo się rozpuszczało uzyskując cudowny kolor opalizującego ciemnego bursztynu. Papką z szelakiem i pumeksem uzupełniłem wszystkie skazy i zacząłem nakładać żywicę z indyjskiego drzewa rozpuszczoną w alkoholu. To bardzo trudne i pracochłonne. Później koszmar polerowania z braku wprawy i techniki. Jednak cierpliwie dochodziłem do wprawy a On odpłacił się niesamowitym rysunkiem i przepięknym opalizującym blaskiem ożywionego drewna. Róg bawoli też został ożywiony i zaczął promieniować hebanowym matem. Znikły rysy i przebarwienia. Wracał i cieszył oczy. Założyłem oryginalną, kauczukową zregenerowaną piętkę broni z amerykańską sygnaturą firmy. Nie potrafiłem jej wyrzucić, byłoby to świętokradztwo. Lekkie otarcia luf zostały potraktowane specjalną pastą cyjankową do czernienia. Mechanizmy oczyszczone i nasmarowane. Był gotów. Po raz pierwszy wziąłem go na ambonę w polach aby po prostu posiedzieć i pocieszyć się Nim i wprowadzić w mój zielony świat. Takiej ilości zwierzyny jaką wtedy ujrzałem nie widziałem od lat. Coś jest w ‘starej’ broni, że ciągnie zwierza jak magnes i obiecuje to co w łowiectwie najpiękniejsze. Niespodziewane i oczekiwane... Darz Bór
|