![]() |
Środa
30.10.2013nr 303 (3013 ) ISSN 1734-6827
Zostałem zaproszony przez Nadleśniczego pana Tomasza wraz ze Staszkiem na polowanie zbiorowe na dziki do Nadleśnictwa Strzelce. Było to pewnie też około 20 lat temu. Była piękna zima, nie było dużo myśliwych na zbiórce a Staszek wtedy wziął na polowanie dubeltówkę. Przy rozstawianiu postawiono go na przesmyku gdzie do miotu weszły dwie watahy dzików a była wtedy huczka. Znów stanowisko wypadło mi zaraz koło Staszka więc miałem możliwość widzieć co się będzie działo koło jego stanowiska, a sądząc po śladach dziki powinny wracać po swoich tropach wejściowych. Naraz w miocie zagrały psy i wszystko zaczęło się przesuwać na mojego kolegę sądząc po oszczekiwaniu psów. Widzę ruchy i nerwowy taniec kolegi i patrzę a tu czarny pociąg dzików wali prosto na jego stanowisko. Biedny Stacho zaczął się bronić strzelając koło siebie do przesuwających się dzików a było ich pewnie ze czterdzieści sztuk. Zdążył strzelić cztery razy ale nie widać efektów, nic się nie położyło. Po skończonym miocie idę do niego zobaczyć skutki jego strzelania. Brak strzelonych dzików a farby zero. Pytam się jak Ty strzelałeś przecież dziki obcierały się o Ciebie a on roztrzęsiony mówi, że nawet nie mierzył bo takie wielkie były i tak go napadły niespodziewanie, że strach go obleciał. Nigdy tak blisko dzików nie był i bał się o siebie. Koledzy złożyli mu gratulacje jako młodemu myśliwemu królowi pudlarzy co Stacho przyjął z godnością i spokojem. Później nasze drogi się troszkę rozeszły, gdyż wyjechał do Warszawy pracować, więc miał mniej czasu aby u nas zapolować. Jak przyjeżdża do mnie czasem spotyka się też z innymi kolegami z Koła którzy go lubią za te herbatki ziołowe co ich poi na domku myśliwskim Koła. Doucza ich, które zioła są dobre na potencję, które na wzrok, serce, a które na apetyt i na pęcherz. Jest miłośnikiem Walnych Zgromadzeń Koła i zawsze jak przyjedzie staram się go przenocować i ugościć, wtedy mamy więcej czasu pogadać a nie raz i jeszcze zapolować. Mocno chce, aby Jasio, najmłodszy jego syn zapisał się do myślistwa jak podrośnie. Więc stara się zabierać syna i wpajać mu zasady łowiectwa oraz wędkarstwa. Przywiózł go w sierpniu na polowanie gdzie na rozpoczęciu sezonu na kaczki jego syn Jasiek był lepszy od wyżła syna łowczego i odnalazł pierwszy jedną strzeloną kaczkę a na moim stawie Jasiek zaliczył z pomostu siatkę karasi oraz jednego karpia. Widać było, że Jasiek złapał bakcyla. Stachu był synem zachwycony, że mu zastępca rośnie i w myślistwie i w wędkarstwie. Opowiadał mi niedawno jak rozmawiał z jednym kolegą z Koła o polowaniu na koguty bażanty. Mówi mi, Krzysiek ten kolega wpierał mi, że zrobiłem kiedyś pięknego dubleta do bażantów. Ależ to nie prawda, opowiadał podekscytowany, raz mi się tylko udało strzelić przy nim koguta, dublet u mnie jest nierealny. Zawsze mnie rozbawi swoją szczerością. Wybraliśmy się kiedyś na dzika na wieczorną zasiadkę na ambonę we dwóch. Stacho miał być strzelcem ja obserwatorem i pomocnikiem. Lubi towarzystwo na ambonie i te moje porady w stosunku do zwierza na którego się polowało. Zbierając się w domu położyłem dwa ładunki amunicji na stole koło kluczy i musiałem jeszcze zabrać kurtkę z pokoju więc mówię weź sztucer i pilnuj Stachu amunicji, aby zabrać ze sobą. Ganiałem za ciuchami po pokoju zebrałem się szybko i widząc tylko klucze na stole wyskoczyłem za nim do auta i pojechaliśmy do lasu. Wysiadając z samochodu pod lasem mówię Staszek weź sztucer i amunicję i idziemy na ambonę. A on z rozbrajającą szczerością mówi, że amunicja została na stole w domu bo on położył ją na serwetce aby nie rysowały politury stołu. Widząc taką śmieszną sytuację ja za telefon i dzwonię do kolegi mieszkającego w pobliżu i pytam czy ma kaliber 30-06 a on, że tak, jest teraz w domu i mi da amunicję. Dobra, mówię Stachu idź na ambonę a ja pojadę po amunicję i zaraz wracam pora jest jeszcze dobra, do zmroku daleko. Wsiadłem w auto pędzę nim i myślę jak tu Stachu mógł nie zabrać tej amunicji ze stołu. Kot nam drogi nie przebiegł jak jechaliśmy no i baba z pustymi wiadrami bez wody też nie przechodziła nam przez drogę więc już pewnie sytuacja opanowana, wszystko będzie dobrze. W końcu wpadam do kumpla na podwórko a on stoi i się śmieje. Mówię dawaj dwa ładunki do 30-06 i spadam szybko, bo Stachu zapomniał ze stołu zabrać. On mówi, masz trzy, wystarczy wam. W tym wieku się nie dowidzi ale patrząc na amunicję mówię mu, to jest lekka amunicja i czy na pewno do 30-06 bo ja mam na ciężką w tym kalibrze przestrzelaną broń. On mi mówi, to jest średnio lekka, więc pomyślałem, chyba nowy typ amunicji wyprodukowali jak on tak twierdzi ale i z takiej się trafi jak coś wyjdzie aby w lufę weszło. Zabieram tą średnio lekką amunicję wymyśloną przez mojego kolegę i walę aż się kurzy aby Stacho nie nudził się sam na ambonie. Wchodzę na ambonę a kolega siedzi w rogu ambony i patrzy ze strachem pod dach. Co jest myślę, zamyślił się tak, czy modli, nawet mowę stracił tylko ustami porusza. Spoglądam pod dach a tu gniazdo szerszeni jak wiadro i łażą po kokonie bzykając radośnie. Mówię nie zwracaj uwagi na owady one oswojone, znają mnie od lat ładujemy sztucer i czekamy na dziki. Dziś na pewno coś strzelimy bo mam już amunicję. Amunicja weszła do magazynku ale nie chce wejść do komory nabojowej. Cóż za czort, co się dzieje, amunicja niby dobra, kolega potwierdzał, że ma ten kaliber. Wyciągamy amunicję, patrzymy na naboje, coś nie tak, jeden ślepy i drugi ślepy, nie możemy odczytać kalibru na denku ale na oko toż to chyba inny kaliber i dłuższa łuska nie wejdzie do komory. Klniemy obaj na znawcę amunicji i jego pewność co do kalibru swojej amunicji. Chłop ma broń w domu od kilku lat a nie wie z czego strzela. Święty Hubercie, co za pech, jest godzina siedemnasta z minutami ale nie ma już gdzie lecieć po amunicję. Kolega z wrażenia, że amunicja jest innego kalibru nawet o bzykających w ambonie szerszeniach zapomniał. Mówię, Stachu zaraz pewnie i odyniec wyjdzie i będziemy hodowcami. Oglądam się za siebie a tu z trzcin wyłazi czarnuch, trawy do kolana a on cały na wierzchu. Mówię, Stachu popatrz mamy w biały dzień odyńca i to jakiego a on mówi, pewnie w konia mnie ładujesz. Mówię, patrz jaki ładny czarny odyniec i jak sobie wolno idzie, pewnie wie, że dziś przyjechałeś na niego popatrzyć. Patrzy mój przyjaciel i oczom nie wierzy i mówi, pierwszy raz takiego dużego dzika widzę z ambony. Miałeś rację, że jak pech to pech a my jesteśmy przyrodnicy co oglądają zwierza. To teraz, mówi, będę miał co swojemu synowi Jasiowi opowiadać jak tato bez amunicji na dzika polował. Cóż było robić, przeczekaliśmy aż odyniec pokaże nam tylną część ciała i pójdzie swoją drogą a my do auta i do domu wspominać przygodę. I tak sobie po cichu myślę, że mój przyjaciel znów mnie kiedyś miłą przygodą zaskoczy.
|