![]() |
Niedziela
23.04.2017nr 113 (4284 ) ISSN 1734-6827
W sklepie na ladzie smalec i marmolada, na półkach ocet a to za mało by przeżyć, reszta artykułów na kartki a żeby je zrealizować trzeba odstać swoje w kilometrowych kolejkach. W mieście panika a na wsi spokojniutko, w chlewie świnki pokwikują, w oborze krówki porykują a na strychu wędzarnia. Na poddaszu zacier w butlach na bimberek bulgocze, my naród zaradny, a taka wojna to dla nas mały pikuś. Pije się teraz dużo więcej, nawet ci co stronili od kieliszka, teraz sami kieliszek podstawiają i pilnują by kolejki nie opuścić, jak nagoniłeś wiadro bimbru to po co ma stać i wietrzeć, trzeba go wypić. Ludziska gonią bimber w każdym domu, jedni dobry inni gorszy ale jaki by on nie był to robotę robi i w głowie mąci. Po wypiciu świat wydaje się piękniejszy, ludzie lepsi, odważniejsi, są wtedy zdolni do robienia takich rzeczy o których po trzeźwemu by nawet nie pomyśleli. Można by rzec, nie ma rzeczy niemożliwych tylko wódki brak, znaczy się bimbru. Zbudził mnie jadący po drzewo Krakowiak swoją Pragą, dzwoniącą straszliwie żelastwem. Pospałbym jeszcze choć chwilę, a tak trzeba wstawać. Jestem zmęczony trwającą od tygodni odbiórką drewna, manipulacją, bieganiem po zrębach by dopilnować wywozu dłużyc do tartaku i tak od rana do samiutkiego wieczora. Do pomocy mam dwóch moich robotników Andrzeja G, i Zbyszka K, i choć jesteśmy wszyscy trzej młodzi to i tak pod koniec dnia jesteśmy wszyscy wykończeni. Dziś jest piątek, jak nie skończymy odbiórki dziś to musimy przyjść jutro, a to żadnemu z nas się nie uśmiecha. Wstałem, rozpaliłem pod kuchnią i nastawiłem świeżą wodę na herbatę, wypuściłem i nakarmiłem kury a teraz próbuję zrobić coś do jedzenia sobie i psu, Kuba je razem ze mną, no no, nie z jednej miski. Po śniadaniu poszedłem do drewutni narąbać drewna by mieć czym palić po przyjściu z lasu. Porąbałem już kilka klocków, sięgając po następnego, kątem oka zauważyłem ruch na polu, spojrzałem w tym kierunku, widzę dwa psy, jeden duży wilczuro podobny, drugi mały. Mały idzie z kufą przy ziemi. Jestem pewien, że mały trzyma ciepły dziczy trop. Idą w kierunku mojego lasku, jest to 15-to letni zagajnik sosnowy o powierzchni jednego hektara, a w którym nigdy nic nie było robione, jest on nie do przebycia, oddalony od mego domu jakieś 400 metrów. Rzucam siekierę, biegnę do domu, chwytam dryling i ładownicę, za domem wskakuję do wyschniętego rowu, który zarośnięty jest po obu stronach trzciną. Biegnę, to nie jest jakiś tam sobie bieg, to wyścig kto dojdzie do lasku pierwszy, ja czy psy. Jeśli psy, dzik jest dla mnie stracony, polowanie jeszcze nie rozpoczęte trzeba będzie skończyć. Jestem pierwszy, wiem, bo w miocie spokój. Dzik wyjdzie na czoło, ale stanąć tam nie mogę ze względu na wiatr. Powolutku, noga za nogą posuwam się w kierunku czoła, w lufach mam kule 7x57R i śrut dwa zera na psy, strzelam dobrze kulą i śrutem. Nie wiem jaki wielki jest dzik, jeśli jest duży, będzie się bronił a jak mały to przed tymi dwoma psami będzie chciał ratować swoją dziczą skórę natychmiastową ucieczką. W zagajniku nadal cisza, nie wiem czy psy są już w miocie czy jeszcze na polu, idą one z drugiej strony miotu. Słyszę z tyłu za sobą głos człowieka, ki diabeł, jakim cudem on się tu znalazł. To mój sąsiad, jedzie rowerem i krzyczy na co poluję. Macham ręką by tu nie jechał. Stanął i patrzy. Ledwie zrobiłem krok do przodu, usłyszałem szum w zagajniku. Broń natychmiast rzuciłem do ramienia i trzymam gotową do strzału. Dzik wyskoczył dokładnie tam gdzie się go spodziewałem. Prowadzę go w lunecie, mam go na bardzo łatwy strzał do boku na jakieś 30 kroków. Nie strzelam, czekam na psy, pasy nie wychodzą, dzik się oddala, dłużej czekać nie mogę. Strzelam. Dzik znaczy przyjęcie kuli. Ja biegnę na drugą stronę zagajnika, za późno. Mały jest już za daleko nawet na strzał kulowy, dużego nie ma. Znam te psy, one zawsze polują razem. Mały jest szefem, duży bez niego do lasu nie idzie. Poluję na nich od dwóch lat ale nigdy nie miałem ich na strzał. Mały jest bardzo czujny i zaraz znika a za nim duży. Mały jest psem naszej sklepowej, kazałem jej upinać psa bo poluje, a jak go spotkam w lesie to go zastrzelę, ale moje ostrzeżenie nie robi na niej żadnego wrażenia. Babsko paskudne, morde ma jak wiadro, spasiona do granic możliwości, wiadomo sklepowa a z kobiety ma tylko to czym się sika a czego nie chciałbym widzieć nawet gdyby mi płacono. Idę w kierunku zestrzału, z daleka widzę sąsiada machającego ręką, idę więc do niego. Zaraz za drogą leży dzik, ale tam dzik, o taki raz na widelec - 35 kg. Dzika nie patroszonego powiesiliśmy na ramie roweru i prawie biegiem poszliśmy w stronę mego domu. W domu dopiero go oczyściłem, wsadziłem do papierowego worka i z dzikiem na baku mojej WSK-i pojechałem do Jurka, który codziennie rano jeździ Żukiem do Zielonej Góry by mi dzika do skupu odstawił. Od niego pojechałem prosto na zrąb. Zbyszek z Andrzejem czekali na mnie grzejąc się przy ognisku. Ruszyliśmy ostro do pracy, oni z miarą i numeratorem, ja z klupą i o 2:30 byliśmy po robocie. Ze zrębu pojechałem prosto do Jurka po kwit zdania dzika do skupu, bo z nim to różnie może być... Podjechałem pod jego dom, motor oparłem o płot, z ziemi podniosłem starą sztachetę i przez furtkę wchodzę na podwórko. Jeszcze nie zdążyłem jej za sobą zamknąć a już ze stodoły wyskoczyły trzy psy. Jednego zdzieliłem sztachetą, drugiego nie trafiłem, trzeci już łapał mnie za nogawkę ale mój kopniak w samą porę ostudził jego zamiary i tak odganiając się przed nimi dotarłem do sieni. Wszedłem do środka, z dębowej beczki stojącej w rogu wydobywał się zapach kiszonej kapusty, dalej już inny zapach drażnił nozdrza - zapach smażonego mięsa. Niech ich Bóg jedyny ma w swej opiece jak smażą mojego dzika. Wszedłem do środka, przy stole siedzi trzech rosłych facetów. Nie zwracając na nich uwagi podszedłem do kuchni. Na jej płycie stała duża brytfanka, w której skwierczało smażące się mięso. Podniosłem pokrywkę by sprawdzić z czego ono jest. To nie jest dziczyzna, to jest mięso ze świni, wyjąłem swój nóż i sprawdziłem czy jest już gotowe do jedzenia. Trzech chłopów jak dęby, po 120 kilo żywej wagi o czerwonych od wiatru nieogolonych gębach nie spuszcza ze mnie wzroku: gospodarz, jego syn Jurek i rzeźnik, szwagier gospodarza. Znam ich wszystkich bardzo dobrze, wiem co to są za ludzie i na co ich stać. - Lepiej trafić nie mogłem, świniobicie co – zagadnąłem. Wszyscy trzej wybuchli śmiechem. Nie, to nie był śmiech to był rechot. - A ty myślałeś że co, że to twój dzik? - Tak, myślałem i dobrze że to nie jest mój dzik. Syncio sięgnął pod stół i wyciągnął spod niego przed chwilą schowaną tam butelkę i ostrożnie postawił ją na stole. - Siadaj – powiedział. - Matka, podaj no tam kieliszek i talerz. Syncio nalał do kieliszków, bimber śmierdzi jak zaraza, w dodatku mętny. Wypadałoby wypić, by ich nie obrazić ale za cholerę nie mogę się zmusić do jego wypicia. - Ty na pewno masz w domciu wódkę, skoczyłbyś motorkiem i przywiózł. Dzik w skupie, problem masz z głowy. - Mam, ale tylko jedną butelkę, a co to jest na wasze litrowe gęby. - E tam, masz więcej a jak nie, to wiesz kto ma, tobie ludzie dadzą - syncio drąży, nie odpuszcza. Ja tam wcale nie zamierzam się wzbraniać, pogrzebnego tak czy inaczej trzeba wypić, a przy takiej wyżerce ho ho. - Dobra, spróbuję coś załatwić, a wy przestańcie to pić bo oślepniecie i weź pozamykaj te swoje kundle żebym ich nie pogryzł. Z domu wziąłem butelkę czystej, po drodze zajechałem do Heńcia, wziąłem od niego litrową butelkę po wodzie Grodziskiej bimbru, ale jakiego, mówię wam kryształ i tak pod 60%. Kiedy te dwie butelki kładłem na stół, radości nie było końca. Usiadłem do biesiady. Sięgnąłem po kromkę chleba, nie mając jeszcze przed sobą talerza, zagarnąłem nią prosto z rondla smażonego mięsa. Dobrze przyprawione smakowało wybornie, zagarnąłem raz jeszcze, dopiero teraz gospodyni podała mi talerz i kieliszek. Gospodarz sięgnął po rondel, zgarnął z niego na swój talerz drewnianą łychą górę mięsa. Umaczał w nim grubo ukrojoną kromę dopiero upieczonego w domowym piecu chleba. Zaczął jeść. Tłuszcz długo kapał z jego brody na stół. Kiedy skończył zgarnął tłuszcz ze stołu swoją olbrzymią dłonią wielkości łopaty i wytarł ją o spodnie. Syncio polewa. Po jakimś czasie gospodarz nalał tylko sobie i mnie, przysunął się bliżej ze swoim krzesłem i przyciszonym głosem zagaił. - Słuchaj Ziggy, dzika potrzebuję. - Czyś ty chłopie zwariował, do kryminału chcesz mnie wsadzić? - E tam, zaraz do kryminału, nikt się nie dowie, my za niecałe trzy miesiące Jadzie za mąż wydajemy. Zmieszałby to ze świnią, kiełbas by narobił. - Nawet o tym nie myśl, ja na to nie idę. A gdzie Jadzia, jeszcze z pracy nie wróciła? - Wróciła, wróciła, poszła na pole przygonić krowy, już powinna być z powrotem. - A co ty tak o Jadzie wypytujesz? - wtrąciła się gospodyni. - Nie wypytuję, tylko pytam. Mi wasza Jadzia nie w głowie, ja tam za babami nie gonie. - Idź ty, takie durnoty to komu innemu opowiadaj, już ja cię znam. - Coś się go czepiła matka, masz tam przy kuchni robotę to rób - wtrącił się gospodarz. Syncio polewa, rzeźnik - szwagier gospodarza nie podejmuje konwersacji. Przez cały ten czas powiedział tylko ,, a i dobrze mu, niech ma " wobec powyższego i ja nie czułem się w obowiązku do rozpoczynania z nim dialogu. Rozmowa więc toczy się pomiędzy mną i gospodarzem. Do kuchni weszła Jadzia. Oprócz mnie nikt więcej nie zwracał na nią uwagi. Podeszła do stołu, postawiła na nim talerz i kieliszek, stojące pod ścianą krzesło postawiła pomiędzy mną a ojcem, usiadła. Zapachniało świeżością, pachnącym mydełkiem, zapachniało kobietą. Wstała, wzięła swój talerz i nachyliła się w stronę rondla by nabrać z niego mięsa. Patrzę na ten jej zgrabny „kuferek" i jestem gotów iść o zakład, że pod tymi porciętami które ma na sobie, nic więcej nie ma. Syncio mrugnął, zacząłem więc polewać od Jadzi. Po wypiciu Jadzia próbowała złapać oddech, ja zagryzłem mięsem, Jurek obtarł tylko wierzchem dłoni swoją zarośniętą gębę. Biesiada trwa. Jest już późno, matka Jadzi poszła spać, ojciec z rzeźnikiem drzemią przy stole, w butelce jest jeszcze trochę wódki, teraz syncio polał, muszę wypić by mu się nie narazić, on kumaty wie, co się szykuje. - Idę spać - powiedziała Jadzia. Wstając uszczypnęła mnie delikatnie w nogę, pokazując skinięciem głowy na sufit. Skinąłem i ja na zgodę. Obudziło mnie szczekanie psów. O kurcze, to nie są moje psy, otwieram szybko oczy, sufit znany, musiałem już tu kiedyś być, z boku jak łania leży Jadzia jak ją Pan Bóg stworzył a stworzył ją perfekcyjnie. Buzia ładna, włosy rude bujne i to wszędzie, szyja długa jak u łabędzia, piersi, Boże co ona ma za piersi, duże a w dotyku aksamit po prostu, nogi mocne zgrabne w pęcinie cieniutkie a tył, szkoda gadać drugiego takiego długo by szukać. No to sobie zabalowałem, a niech to. Chwała Bogu że za oknem jeszcze ciemno, szybko się ubrać i jazda stąd by jej matka mnie tu nie spotkała, bo wyjdę stąd z obrażeniami a tego bym nie chciał. Rozglądam się za mundurem, leży na podłodze, koszula jest ale ma tylko dwa guziki na samej górze, widać że bardzo spieszno było nam ku sobie, czapka buty i jazda stąd. - Jadzia, gdzie jest moja torba? - W sieni w lodówce. - Jak to w lodówce. - Mama dała ci mięsa i razem z torbą włożyła do lodówki. Zszedłem z góry po schodach najciszej jak mogłem, dopadłem tej beczki z kiszoną kapustą, sciągnąłem z niej stary obrus, odsunąłem kamień i deseczkę, zacząłem pić kwas prosto z beczki by ratować swoje skacowane zdrowie. Wziąłem torbę i po cichu wyszedłem na dwór. Psów na szczęście nie było, motor zapaliłem dopiero za wsią by nie hałasować i polną drogą pojechałem do domu. W domu podsmażyłem na masełku kawał polędwicy którą zostałem obdarowany, smakowała wybornie, jedliśmy obaj, ja i Kuba, który co chwila łypał na mnie spode łba z wywalonym jęzorem. No cóż piesku, musimy sobie jakoś radzić sami w tych ciężkich wojennych czasach. Darz Bór Zygmunt Królicki
|