![]() |
Niedziela
17.12.2006nr 351 (0504 ) ISSN 1734-6827
Stanisław poszedł w sobie wiadome miejsce a ja powędrowałem w kierunku poletka na którym był topinambur z zamiarem obejrzenia czy jakiś czarny dostojny pan nie wałęsa się po okolicy. Na poletku nic nie było, po pozbawionych liści krzakach buszował jedynie wszędobylski tutaj wiatr i podzwaniały ocalałe nieliczne listki dębów. Wyszedłem na ścieżkę i udałem się w kierunku zrębu znajdującego się za młodnikami okalającymi poletko. Wolno dochodzę do rozwidlenia ścieżek i opieram się o potężną jodłę. Przed sobą mam zrąb pokryty zrudziałą gęstą trawą i nielicznymi krzakami. Nic nie widać, za jasną rozwichrzoną trawą ciemnieje bukowa bezlistna plątanina drzew. Po prawej stronie pas jodłowych, gęstych 2-3 m młodników. Zastygam oparty o drzewo plecami. Cisza kompletna, jedynie wiatr ciągnie swą pieśń. Nagle koci wrzask. W trawie coś się dzieje, bowiem źdźbła się zaczynają poruszać i razem z narastającym w uszach wrzaskiem całość zmierza w moją stronę. I nagle wszystko ucicha. W napięciu stoję i otwieram usta, aby lepiej słyszeć. Po chwili słyszę dziwne miauczenie połączone jakby z bulgotaniem o dziwnej narastającej tonacji. Trwa to sporą chwilę, ale jak sądzę w miejscu. Powoli odrywam się od pnia i ostrożnie zaczynam iść w kierunku skąd ten dźwięk dochodzi. Zrobiłem parę kroków, gdy znów w niebo buchnął przeraźliwy koci wrzask z ogromnym łomotem w trawie. Sprawiało to wrażenie jak by jakiś zdezelowany samochód bez tłumika toczył się w moją stronę. Wylazłem z tej trawy bowiem to ‘coś’ skręciło w prawo i znalazłem się na wąskiej zarośniętej ścieżce. Przystanąłem a to ‘coś’ z błyskawiczną szybkością zbliżało się w mą stronę. I wtedy zobaczyłem… dwie zwinięte w kłębek kuny, przetaczały się przez trawę wydając z siebie przeraźliwe dźwięki. W zapamiętaniu wpadły pod moje nogi i kłębek znieruchomiał. Jedna z nich jak błyskawica szurnęła w trawę a druga ani myśli. Staje na tylnych łapach o pół metra od mojego buta i zupełnie jak kotka, prycha na mnie. Zaskoczony robię krok do tyłu, co natychmiast powoduje, że ona też robi krok do przodu... i znów prycha na mnie. Sięgam po czapkę i zrywając ją z głowy rzucam w kunę. Robi błyskawiczny zwrot i wpada w trawy. Schylam się po czapkę i wsuwam rękę do kieszeni, jakże smakuje pierwszy głęboki haust dymu. W zadumie kończę papierosa, nad głową wisi ołowiane niebo, chyba spadnie śnieg... Jaworze 1987
|