DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Zubel22-06-2006
Rykowisko jakiego nie znałem


Trudno dać wiarę, ale byki słyszałem najwcześniej w sierpniu. Jest takie miejsce w powiecie złotowskim, w pobliżu miasta Jastrowie, gdzie w pełni lata las rozbrzmiewa mocnym rykiem dziesiątek jeleni. Mogłem się o tym przekonać po raz pierwszy dwa lata temu.

Był wtedy środek tygodnia, jako zwyczajnie w sierpniu, dzień słoneczny i ciepły, wymarzony ze względu na żniwa. Około godziny siedemnastej zadzwonił do mnie kolega Paweł – młody myśliwy i pasjonat łowiectwa jakich mało. Po krótkiej rozmowie stało się jasne – jedziemy na Pniewo. Byłem naprawdę ciekaw tego miejsca. "Paweli" wyjątkowo często o nim opowiadał, zawsze z pewną nutą tęsknoty i młodzieńczym błyskiem w oczach.

W drodze dowiedziałem się, że dołączy do nas znajomy Pawła, Rafał – myśliwy selekcjoner i podleśniczy – niejako nasz przewodnik po tamtejszych lasach. Tak też po pewnym czasie we trzech opuściliśmy Pniewo i wjechaliśmy w bukowo – sosnowy starodrzew. Szlachetne humory utrzymywaliśmy nieustannie, zwłaszcza kiedy Rafał opowiadał o efektach pierwszych polowań, na których to podprowadzał myśliwych dewizowych pod już ryczące byki. To dodawało wiary, że pomimo schyłku sierpnia jelenie rozpoczęły swoje gody całkiem poważnie.

Długa i kręta droga wiodąca do miejsc rykowiskowych sprawiła, że dopiero po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się u progu lasu, przed olbrzymią, sięgająca niemalże po horyzont, łąką. Połać tę, otoczoną z jednej strony półkoliście borem sosnowym, z drugiej zabagnioną i gęsto zakrzaczoną olszyną porastały wysokie trawy, a na nich z kolei rozkładały się nieskończone ciągi nieco większych łóz, pomiędzy którymi w równych i niedalekich odstępach wznosiły się solidne ambony. Wziąwszy haust leśnego powietrza, spojrzałem i zaraz uświadczyłem ową niezwykle dziką naturę tego miejsca. A zanim zdążyłem pomyśleć cóż to może wróżyć, gdzieś niedaleko w olszynie zagrzmiał pierwszy, tęskny ryk jelenia-byka.
- Słyszycie? – zapytał dumnie Rafał, jakby chcąc powiedzieć przez to: "Moje byczki!".
Na twarzach błysnęła radość. Dla mnie – jakkolwiek zwyczajny był to zew, tym razem wydał się zupełnie niezwyczajny. Odległy wieczór, upał i śpiewające w najlepsze leśne ptaki – wszystko naraz dodało mu dziwnej, dotąd niedoświadczonej magii, tym bardziej, że już po chwili odzywały się na przemian i blisko siebie kolejne trzy.

Uwielbiam to przeżycie, kiedy słyszę pierwsze w roku jelenie. Jest to – swego rodzaju – ukojenie dla spragnionej myśliwskiej duszy oraz znak nadeszłych lekcji męstwa, szlachetnej sztuki wabienia czy podejścia do majestatu ryczącego zwierza. Zarzuciliśmy więc lornetki, wabiki – Rafał tubę, Paweł muszlę i w chwili gdy znów doszedł nas zew jelenia nasz "przewodnik" zasugerował odruchowo wskazując kierunek dłonią:
- Bierzemy tego?
Sprzeciwu nie było, tak też ruszyliśmy bardzo powoli, jeden za drugim, ledwie wśród traw widoczną ścieżyną, prowadzącą wprost do olszyny. Tam, o kilkaset kroków przed nami, co raz to mocniej ryczały byki, a czasami nawet hen gdzieś z łąki lub też za naszymi plecami dawały się słyszeć zupełnie inne – głównie ciołkowe, ale także te zaczepne i dumne. Zrozumiałem, że mimo dnia weszliśmy w sam środek rykowiska. Takiego, jakie przywoływał często w dawnych wspomnieniach mój łowiecki opiekun i do jakich zawsze tęskniłem.

Tuż pod olszyną z niemałym trzaskiem zerwał się i zaraz rozpłynął w trawach, mocny rogacz. Stanęliśmy jak wryci sądząc z początku, że to gruby zwierz. Po chwili jednak postąpiliśmy dalej, na torfowiska, pod osłonę olchowych i wierzbowych liści. Tam stratowane racicami miękkie podłoże od razu uświadomiło mi aktywność jeleni. Tropy przebiegały w przeróżnych kierunkach, co rusz krzyżując się lub nachodząc na siebie. Sprawdziłem wiatr, a Rafał złożył się i po raz pierwszy zaryczał. Najbliższy nas byk natychmiast dał odzew – był blisko. Przesunęliśmy się nieco do przodu, wab został powtórzony. Po kilkunastu podobnych razach, znaleźliśmy się tuż obok byka – jak się też okazało – stojącego niewidocznie w łozach, a zdradzającego bliskość mocnym rykiem i dusznym zapachem piżma, które rozchodząc się dookoła, nagle wdarło się w nozdrza, wyzwalając prawdziwe emocje.
Spojrzałem na Rafała. Ten wyraźnym gestem zachęcał nas, aby ruszyć dalej i kiedy wreszcie postąpiliśmy kilka kroków na przód w miejscu gdzie ryczał podchodzony zwierz nagle trzasnęły gałęzie i zaraz dał się słyszeć ciężki tętent racic. Byk uszedł.
Nic to jednak, bo oto przed nami ryczał następny. Tym razem jednak, po sprawnym podchodzie, mogliśmy ujrzeć łeb oraz część piersi młodego dziesiątaka i długo podziwiać kiedy tak dumnie bił porożem o grzbiet rycząc tęskno w korony olch.

Z czasem nastała szarówka. O dziwo insekty wcale nie dokuczały, a pierwszy chłód w końcu dodał prawdziwie łowieckiego nastroju. Głosy jeleni brzmiały już intensywniej niż przedtem, a i liczba ich znacznie zwielokrotniała. Byki grzmiały dosłownie bez przerwy klucząc wyraźnie po całym terenie.

Postanowiliśmy zatem zawrócić, aby sprawdzić co też działo się na łące. Wycofaliśmy się więc niezauważenie i po chwili weszliśmy na naszą ścieżkę. Spojrzawszy przed siebie, pomyślałem, że gdybym wówczas pozostał tam bez nikogo miałbym poważne problemy z odnalezieniem właściwej drogi. Olszyna była bowiem przeogromna, poprzecinana krzakami, trawami, kępami trzcin, trzęsawiskami i oczkami wodnymi, do czego z każdej strony wyglądała tak samo. Rafał jednak doskonale orientował się – w bądź co bądź – swoim rewirze i po około dwóch kwadransach w miarę swobodnego marszu na powrót weszliśmy w łąkę.

Nad horyzontem pojawił się dobierający księżyc. Słońce zaś zstąpiło poniżej koron drzew, a ponad trawy wschodziły coraz większe kłęby wieczornych mgieł. Nie umęczone nietoperze kreśliły już purpurowo - szare tło nieba, a na ziemi koncert jelenich mocarzy odbywał się w najlepsze. Dziesiątki ryczały bez ustanku na całej rozciągłości terenu – jeden przez drugiego: bliżej i dalej, mocniej i słabiej, głośniej i ciszej.

Ruszyliśmy przed siebie, w głąb łąki, do miejsca gdzie wznosiła się prowizoryczna ambona. Chcieliśmy jeszcze urządzić zasiadkę, gdy wtem, w jednej z wierzbowych kęp, znów poczęły łamać się z trzaskiem suche gałęzie. To jakiś cichy ósmak zawrócił nagle i uszedł spłoszony. Pozostałe, niewidoczne w półmroku i w gęstej mgle byki, stały samotnie lub w chmarach nieustannie wieszcząc swoją odwagę i siłę.

Po kwadransie zasiedliśmy. Było jednak zbyt ciemno dookoła, aby móc swobodnie podglądać jelenie żerujące całkiem niedaleko, gdzieś pomiędzy łozami. Czasami prócz zewów dawały się słyszeć chrząkliwe dźwięki oganiającego swój harem byka albo zderzenia rogujących się w prawie pełniowym półmroku chłystów. Byliśmy w samym sercu miłosnego spektaklu, realizowanego przez dzikie instynkty tych wspaniałych i jakże szlachetnych zwierząt.

Wszystko jednak co dobre kończy się szybko. Tak więc podług tej przykrej zasady ruszyliśmy wkrótce zroszonymi trawami do samochodu. Wracając z wolna, otoczeni przez niezwykłości jelenich godów, ze wspaniałym poczuciem dumy i spełnienia dzieliliśmy pomiędzy siebie doznania.

Tuż przed samym odjazdem, spojrzałem po raz ostatni w dal z udzielonym pragnieniem powrotu do nieskończonych i pomrocznych łanów pniewskich łąk albo raczej Dzikich Pól z nieustającym rykowiskiem, jakiego dotąd nie znałem.





Brak komentarzy do tego opowiadania

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.