DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Zubel24-06-2006
Chmara


Był koniec lutego. Po krótkiej odwilży tęgi mróz na powrót powiązał śniegi, pościnał nieco odtajane wody i tak oto pierwsze oznaki przedwiośnia bez echa przepadły.

Po cichu tęskniąc do ciepłych dni, jednego popołudnia postanowiłem wybrać się na bezkrwawy podchód danieli. Dobrze wiedziałem, że dość liczna chmara trzymała się okolicznych ozimin przylegających do mieszanego drzewostanu pomiędzy Kłębowcem, Karsiborem i Omólnem, toteż rewir podchodu był oczywisty.

Tego dnia jednak, ku mojemu zdziwieniu, przyleśne pola okazały się puste - z wyjątkiem może paru kruków, które nieopodal – pewnie nad jakimś padłem – skłębiły się w miejscu. Sprawdziłem wiatr i ruszyłem miedzą z wolna wzdłuż ściany drzew. Jednakże wciąż głęboki i zbity wcześniejszą odwilżą śnieg z każdym krokiem skrzypiał tak zdradliwie, iż zaraz poczułem jak ogarnia mnie zrezygnowanie. Moje szanse na spotkanie danieli zostały poważnie zachwiane, tym bardziej, że na białej stopie żadne ich świeże przejścia nie były widoczne. Postanowiłem tedy udać się na zasiadkę, na róg starodrzewu, gdzie oparta o sosnę i zwrócona na pole stała zwyżka. Pamiętam, że nie spieszyłem się, co pewien czas przystając dla bacznej obserwacji terenu dookoła. Tak też w końcu znalazłem się u stóp prowizorki. Lecz gdy tylko zdążyłem się zatrzymać, w odległości dwudziestu, może trzydziestu kroków ode mnie w osłoniętej wcześniej ścianą lasu wąskiej drągowinie strzeliła nagle gałąź, po niej druga, trzecia i niespodziewanie młody jeleń-byk, jakby ruszony, wybiegł spomiędzy drzew. W jednej chwili zatrzymałem się. Patrzę, słucham, a tu już wyszedł drugi, za nim następny, następny i jeszcze następny. Cała chmara. Właściwie nie było końca, kiedy tak kolejne byki, przeróżnego formatu wybiegały bez większego pośpiechu na pole, jakby nie zupełnie pewne obecności człowieka. Ja tymczasem wtopiony w ścianę rosłych sosen stałem nieporuszony. Policzyłem trzykrotnie. Jak na dłoni miałem przed sobą dwadzieścia sześć sztuk jelenia. Przepełniała minie radość, tym większa, że byki wyraźnie oszołomione otwartą przestrzenią przystanęły. W lornetce dokładnie obejrzałem poroża większości. Kilka byków nosiło naprawdę okazałe wieńce powyżej dwunastaka. Pozostałe były zaś przeciętnymi selektami, a niektóre spośród tych miały wyjątkowo niskie tyczki w formie widłaków lub szóstaków. Jelenie mieszały się wewnątrz chmary, zaniepokojone rozglądały się strzygąc przy tym na boki łyżkami, ale stały. Czasami głośny trzask rozchodził się we wszystkie strony i wracał odbity echem gdzieś z wnętrza lasu – wtedy bez walki brały się na poroża, a ja czekałem spokojnie i przyglądałem wszystkiemu, bo widok był zaiste niezwykły.

W końcu jednak jakiś młody byczek – być może ten sam, który wyprowadził wcześniej chmarę z lasu – wysunął się na czoło i ruszył spokojnym kłusem ciągnąc resztę za sobą. Poczułem prawdziwe emocje, a nogi zmiękły mi wyraźnie, kiedy zrozumiałem, że wszystkie byki szły naraz w moim kierunku. Nie byłem pewien czy wycofać się pomiędzy drzewa czy pozostać w miejscu, aż do czasu kiedy linia nie odbiła w prawo przechodząc zaledwie kilkanaście kroków ode mnie.
Stałem jak wryty. Nie mogłem napatrzeć się na uchodzące i kolejno znikające wśród drzew bycze tyły.

Nad pasem świeżych tropów w mroźnym powietrzu unosił się ciągle jeleni wiatr. Syciłem się nim do woli nie pamiętając już wcale o danielach, dla których to właściwie znalazłem się w łowisku. Najważniejsze były jelenie, a ja czułem się wyjątkowo dumny i szczęśliwy.

Wracając do wsi, mimo późnej szarówki, mogłem raz jeszcze zobaczyć w oddali jak jeden po drugim – niby bez końca – przecinały leśny dukt.
Kilka dni później przyniosłem im sól, biorąc w zamian miłe mi zrzuty.




24-08-2006 19:21Lasek_2005Też chciałbym spotkać taką chmarę :-), bo musi być to naprawdę niezły widok. Może kiedyś....
Darz Bór!!
27-06-2006 21:03janiSzanowny Kolego!
Miłe wspomnienie, miałem wiele takich spotkań. Też byłem niemym świadkiem eskapady licznej chmary w pole, jak i przycupnięty w krzaku dzikiego bzu spojrzałem na wieniec osiemnastaka z dwóch metrów. Przeszedł sobie spokojnie duktem. Ale powiedz, po co po raz drugi wspominasz w opowiadaniach o zrzutach? Jeszcze ktoś pomyśli, że to dla ciebie najważniejsze. To drobiazg, ale zbędny. Bez urazy, nie mówię tego złośliwie. Dobrze, by ktoś robił przed publikacją korektę. Darz bór!

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.