DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ANDY14-07-2006
"Miętowa" polana


Pełnia lata. Trawy zrudziały, zieleń stężała, już nie jest tak wiosennie meszkowata i matowa. Malina dojrzewa i pojawiają się pierwsze "normalne" prawdziwki. Dlatego normalne, bowiem te majowe są z reguły śliczne na zewnątrz a w środku jeden robak...

Wolno idę ścieżką w zupełnym jeszcze mroku i słucham pierwsze trele wszędobylskich jeszcze ptaszków. To ostatnie ich beztroskie bytowanie. Niebawem jakiś sygnał wygna je tysiące kilometrów od tego miejsca, w szlak długiej wędrówki najeżonej niebezpieczeństwem. Ale jeszcze są i dodają kolorytu temu zakątkowi łowiska gdzie chętnie przebywam i dostarcza mi on przeżyć wspaniałych a i czasem Patron zezwoli na wypracowany strzał. Za to jestem wdzięczny, ale czasem jakby dawkował te skarby z ociąganiem, czasem wręcz podtyka ale skutecznie chroni...

Lekko się rozjaśnia i schodzę w głęboki parów idąc jego prawą stroną. Co kawałek przystaję i lornetuję przestrzeń przed sobą. Jest coraz jaśniej, cieplutko. Przystaję pod bukiem i sprawdzam wiatr. Uspokojony zapalam papierosa i rozkoszuję się dymkiem. Popatruję spokojnie po zrębach i pilnie słucham. Z prawej strony słychać chrupnięcie i trzask. Za chwilę znów. Wciskam niedopałek w wilgotną ziemię i dokładnie zagrzebuję. W dłonie biorę strzelbę i zwracam się w kierunku tych hałasów. Nic nie widać ale po chwili widzę dwa cienie idące na skos w moją stronę. Jeszcze są daleko za zasłoną traw ale kierunek mają dobry i już wiem, że są to dwa dziczki różniące się wielkością ale niewielkie. W sam raz na strzał. Idą spokojnie, jakby po chwili wahania wybierając kierunek. Strzelba wolno wędruje do ramienia, ale czekam aż podejdą bliżej a właściwie wyjdą na czyste. W lufach wiernej Bronki mam załadowaną kulę, więc możliwy jest tylko jeden strzał. Musi być skuteczny i celny. Dziki idą wolno, jeden za drugim. Złożony, poprzez lunetę wybieram mniejszego i czekam aż będę go miał do boku a nie na kulawy sztych. Nagle dziki robią zwrot w prawo i ruszają galopem. Zdezorientowany łapię jednego w krzyż i ciągnę spust. Klap... suchy trzask. Jasna cholera, znów patrony... Łamię lufy i zza paska od zegarka wyrywam nabój noszony tam z reguły jak ostatnia deska, hm, ratunku. Niestety po przeładowaniu słyszę tylko cichnący trzask badyli i łętów... poszły zdrowo, w końcu to też jakaś pociecha.

Wolno wracam do rzeczywistości, za pasek wędruje kolejny patron. Ten ze śladem na spłonce wbijam w ziemię i obcasem wciskam głęboko. Czubkiem buta nanoszę warstewkę ziemi i maskuję. Znów sięgam do kieszeni, ale już nie po zielsko Inków a po cukierek miętowy. Mam ich całą garść, maja być substytutem i hamować nałóg. W końcu mięta to też zielsko... Arabowie nie wyobrażają sobie życia bez miętowej herbaty...

Pogodzony z Patronem postanawiam wrócić w kierunku ścieżki, która wyprowadzi mnie do drogi na której końcu ma na mnie czekać Stanisław. Dziś On jest fiakrem…

Do podejścia mam stromy kawałek i lekko gotuję wychodząc na przełączkę, która z lewej strony ma nieckowatą łączkę podzieloną resztkami rowów czy starych okopów. Na nich rosną buki ale są to nieliczne ocalałe egzemplarze, reszta już dawno padła ofiarą planów iluś tam letnich, współzawodnictwa i innych bzdetów... Te myśli nie przeszkadzają mi w uważnym popatrywaniu właśnie po tym zrębie. To się opłaca, pod bukiem ruda plama.

Wiem już co, ale nie wiem czy to dama czy jej pan. Wolno podchodzę pochylony wykorzystując ogromnego buka rosnącego między plamą a mną. Pomaga mi też fakt, że dróżka którą idę jest w obniżeniu pomiędzy dwoma ścianami parowu. Do plamy jest około 40 kroków. Stojąc w cieniu buka ostrożnie patrzę z kim mam do czynienia. Oparty bokiem o buka leży stary, siwy cap. Wysokie parostki regularnego szóstaka są już stosunkowo cienkie ale i tak warte zachodu. Cap leży i międli gębulą po nocnym czy porannym żerowaniu. Bardzo wolno podnoszę do oka broń bowiem dystans między nami jest praktycznie niewielki. Grot celownika nachodzi na szeroki kark...

Jak tego capa postawić na cewki, przecież nie łupnę do leżącego, spokojnie przeżuwającego zwierzęcia, nie jestem... no mniejsza. Zaczynam się zastanawiać jak go zmusić do powstania. Popatruję uważnie pod nogi, ale jak zwykle nic nie ma pod ręką, ani kamyczka ani patyczka. Długo to trwa a cap nie reaguje, a przynajmniej ja mam takie wrażenie. Nagle błądząca po marynarce ręka trafia na wypukłość kieszeni. Są miętówki, też podobne do kamieni. Wolno odwijam papierek aby nie zaszeleścił i ostrożnie celując w bok od kozła lekko rzucam. Za lekko i cukierek ląduje w malinach nie robiąc na capie żadnego wrażenia. Ponawiam operację, mocniej rzucając. Cukierek trafia w konar buka za którym stoję. W zębach mielę złe słowo i ponawiam. Osiągnąłem tyle, że jedna łyżka capa zmieniła położenie i dalej leży... "Repetuję" i jedyne co osiągam to po pacnięciu cukierka gęba przestaje się ruszać. Głuchy i ślepy, co u diabła. Ile tak można... do czasu, jeden ruch i cap skrętem znika za bukiem. Gorączkowo przez lunetę przeszukuję łąkę i ani śladu ruchu, capa, nic. Zły na swoją "rycerskość", klnę pod nosem i idę do legowiska. Cap leżał pod bukiem rosnącym na okopie. Wystarczył jeden ruch i znalazł się w rowie, którym zwiał w młodnik. Czy było warto się złościć i tak po prostu strzelić?

Pogodzony z losem zarzucam Bronkę na ramię. Zamiast miętówki pakuję w usta papierosa i zapalam z rozkoszą. To nie to świństwo z wiatrem w gębie udające kamyczki...

Z przeciwka widzę chudą, długą postać – Stanisław. Pada spokojne, lekko kpiące, no i co... Opowiadam z szczegółami, zwłaszcza o tym rzucaniu. Patrzy na mnie trochę jak to zwykle kpiąco, ale mruczy pod nosem coś w rodzaju, przynajmniej mamy w łowisku nową polanę – będzie "miętowa".

Modrzewie 1992




15-07-2006 17:01janiA ja się zastanawiałem, skąd "cap" może być szóstakiem. Cap to nie rogacz, to muflon lub kozica. Ale i tak niezwykła historia godna pióra! Pozdrawiam.
14-07-2006 19:57KulwapCo ja psia kapota będę robił jak Ty przestaniesz pisać? Chyba zmienię forum.....
14-07-2006 19:16wsteczniakWeszło we mnie "miętowo". Przyjemnie. Jakby rześki przeciąg z zapachem pod położny ledwie na czuprynie kapelusz się wdarł, po to tylko aby ożywić wspomnienie o rudym. Pod ambonę przydyndał by zasmakować w moich łupinach pestek ze słonecznika. Nie rzycałem. Zwalniałem jeno uścisk kciuka i wskazującego w których to trzymałem "0" do 12.
Podskoczył gdy spadła tuż obok niego. Dopiero wypracowana poprawka drugim "zerem" w kark spowodowała młyńca i czmychnięcie w podszyt.
Tak to jest "strzelać" bez dokładnego przymierzenia.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.