DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Urtica24-10-2008
PORA NICZYJA

Prawie każdy wieczór spędzam w plenerze. W lesie, albo na polach. Coś mnie ciągnie do tej tajemnicy przyrody spowitej w ciemność. Nie mogę usiedzieć w domu. Pakuję sprzęt i w myślach wyznaczam sobie miejsce dzisiejszych, późnowieczornych odwiedzin w lesie. Wjeżdżam w znaną mi dobrze zatoczkę wśród drzew, często tu zostawiam samochód, więc trawa jest lekko położona. Gaszę światła samochodu, wyłączam silnik i staram się po cichu wyładować sprzęt. Zamknięcie drzwi zawsze sprawia mi kłopot, opuściły się na zawiasach i ciężko je domknąć bez trzaskania, nie mam czasu za to się wziąć. Tym razem się udaje, dociskam delikatnie zimną powierzchnię, przylegając do niej całą swoją niedużą osobą, żeby stłumić suchy trzask zamka i przekręcam klucz. Chwilę czekam, aż las przyzwyczai się do mnie, a ja do lasu. Dookoła czerń, żadnego światełka, nawet latarki nie biorę, bo po co i tak wzrok za chwilę się przywyknie do tych murzyńskich ciemności. Księżyc wyszedł na chwilę, ale pewnie jak zobaczył wariatkę włóczącą się po leśnych dróżkach, to ze śmiechu schował się za chmury. Tylko gwiazdy przebłyskują tu i tam między granatowymi kłębami, ale pożytku z nich niewiele bo i tak zaraz znikną. Targam lornetkę, statyw, torbę z aparatami, chociaż wiem, że teraz i tak nie zrobię żadnego zdjęcia, bo za ciemno. Od rzeki ciągnie się mleczny woal, wróży ciepłą noc. Jak na początek września i zbliżającą się jesień i tak jest miło, mogę nawet pokusić się na stwierdzenie, że jedno z wierzchnich ciuchów jest mi zupełnie zbędne: sweter, albo kurtka. Nie zdejmuję jednak z siebie nic, żeby nie wykonywać zbędnych ruchów, koło ranka pewnie uraduje mnie ta dodatkowa porcja okryć. Jak posiedzę w bezruchu, to i chłód zacznie doskwierać. Póki co, stoję przy drodze przez którą o tej porze zazwyczaj przechodzą sarny. Brak wiatru zapewnia mi anonimowość, co po chwili owocuje przemiłym spotkaniem; kilka szelestów, złamana gałązka i z ciemności młodych sosenek, kilka metrów ode mnie, wychodzi koza, niby nic, ale każde spotkanie z dziką zwierzyną przyprawia mnie o dreszcz. Zastygam. Potrafię jak nurek zatrzymać powietrze w płucach na całkiem długo, o wiele za długo, bo koza ginie w ciemności pobliskiego pola, a mi kręci się w głowie z braku tlenu... Przypomina to zachłyśnięcie się wodą, takie leśne przytopienie... Po chwili za pierwszą sarną podąża następna, potem jeszcze jedna, to chyba koziołek, ale nie widzę dokładnie, a boję się nawet sięgnąć po lornetkę, żeby nie spłoszyć tego całego towarzystwa, tyle mojego, co się napatrzę nieuzbrojonym okiem. Kiedy już nic nie widać, zbieram bezużyteczny sprzęt i powoli ciągnę w kierunku ambony, tam poczekam na świt, na lepsze światło, a póki co wsłuchuję się w odgłosy nocy. Jeśli ktoś myśli, że w nocy w lesie jest cicho, to jest w wielkim błędzie, hałasu wielkiego nie ma, ale to właśnie teraz zaczynają harcować nocne ptaki i zwierzęta; z cichym poszumem skrzydeł przemykają się puszczyki i jak wielkie, czarne kolibry miksują skrzydłami powietrze nietoperze. Nie przepadam za gackami, zawsze napawały mnie lękiem, a od czasu, kiedy jeden z nich zamieszkał u mnie pewnej zimy w piwnicy i regularnie straszył jak schodziłam po schodach na dół, to zapobiegliwie uchylam głowę, chociaż wiem, jak małe jest prawdopodobieństwo, że zrobi sobie na niej lotnisko. Nie dalej jak dwie noce temu, na tej samej, leśnej drodze "starłam się" z borsukiem; pasiasty mruk stanął jak wryty i udawał żonę Lota, było jeszcze w miarę jasno i oczywiście próbowałam podnieść przygotowany aparat, ale niestety, wystarczył delikatny ruch ręki i mogłam kolejne zdjęcie dodać do albumu fotografii nigdy nie zrobionych. No cóż, nie każdy może być modelką, nie każdemu służy obiektyw.

Latem świt przychodzi prędzej, ale i teraz, kiedy ma się ku jesieni, czas się nie dłuży, ledwo wtargałam cały majdan na górę po wątłych szczebelkach, a tu już pod amboną słychać jakiś ruch. Coś chrumka, mlaska i od czasu do czasu kwiknie, to dziki połakomiły się na resztki tego co ocalało po zaoraniu rżyska na obrzeżach pól. Buchtują zawzięcie kilka metrów pod moimi nogami i pewnie nawet nie wiedzą, że ktoś im się z góry bacznie przysłuchuje. Szkoda, że w okolicy jest mało upraw kukurydzy, bo żerujące w niej dziki, mimo, że są mniej widoczne, to wydają śmieszne odgłosy; zgryzając twarde łodygi chrupią tak, jak człowiek jedzący landrynki, a ich szorstka sierść ociera się z szelestem o suche liście roślin. Ciemność potęguje natężenie dźwięków, to co za dnia jest niesłyszalne, w nocy wydaje się być prawie hałasem. Próbuję policzyć ciemne kształty: locha, kilka warchlaków, sześć może siedem, dwa dużo większe od pozostałych, pewnie przelatki. Całkiem spora wataszka. "Żeby mi tylko ambony nie podkopały" - żartuję sobie w myślach! Mija godzina, dwie, trzy... Nad cienkim pasmem drzew na wschodzie niebo zmienia kolor, do ciemnego grafitu poranek domalował jaśniejszą kreskę. Z szarości budzącego się powoli dnia staram się wydobyć jakieś kształty, ale niestety wzrok płata mi psikusy; w lornetce zamiast oczekiwanych obrazów widzę skiby ziemi, które wydają się raz stadem wylegujących fok, a raz kiwającymi się rytmicznie małymi, kudłatymi niedźwiadkami. Zamykam na chwilę oczy, niech odpoczną, takie fatamorgany zdarzają mi się nie raz, a dają znać o sobie szczególnie wtedy, kiedy uparcie wpatruję się przez kilka godzin w szkła lornetki, albo obiektyw aparatu fotograficznego. Mija jakiś czas, chyba przysnęłam i to na dłuższą chwilę, bo nad lasem już dobrze różowieje świt. Przez pole przemknął niespiesznie szarak, a z nad pobliskiej rzeki słychać krzyki żurawi, pewnie siedzą na walizkach i niedługo odlecą. Będzie mi brakowało ich odgłosów, które rano i wieczorem z regularnością przyrodniczego zegarka oznajmiały koniec i początek dnia. Na wiosnę ich szare, długonogie postacie będą pierwszymi, jakie powitam na polach i łąkach. Przylecą razem ze skowronkami przynosząc nadzieję na słońce i wiosnę, budząc swym wrzaskiem zeskorupiałą przez zimę ziemię. Ale póki co, pożegnam z nimi lato i pogodzę się z tym, że dni będą coraz krótsze, a poranki chłodniejsze, choć o dzisiejszym jeszcze tego powiedzieć nie można, pierwsze promienie słońca zapowiadają piękny dzień. Szkoda, że jedyną sytuacją jaką mogę uwiecznić na zdjęciu, jest ciągnik, który wyjechał właśnie na pole... Nie żałuję jednak chwil spędzonych między lasem, a polem, zawsze to więcej czasu na rozmyślania.

Ustępujący nocy dzień ukazuje moim oczom długo oczekiwane obrazy; na obrzeżu lasu, tuż przy kępie żarnowca, pasie się koza z całkiem sporym już koźlakiem, a kilkadziesiąt metrów dalej, jej koleżanka z bliźniakami. W sporej odległości od tego towarzystwa, raz po raz, w trawie pochyla swój kształtny łeb kozioł - pan i władca. Niestety wszystko to dzieje się bardzo daleko, obserwuję stado przez lornetkę, ale nie mam szans złapać w obiektyw mojego aparatu nawet najbliżej pasących się kozy i koziołka. Czekam jeszcze chwilę, mam niewiele czasu, wzywają mnie obowiązki i pewnie pół dnia będę chodziła do tyłu, jak zawsze kiedy kradnę z codzienności czas dla lasu. Mój dzień zaczyna się wcześnie rano, a odnoszę wrażenie, że poprzedni jeszcze się nie skończył, taki mały leśno – domowy kołowrotek.

Zbieram powoli rzeczy i zsuwam się po chybotliwych stopniach ambony. Nie zrobiłam dziś ani jednego zdjęcia, ale mimo, że noc zamiast we własnym łóżku spędziłam na wąskiej, twardej deseczce, to nie żałuję. Z fotografowaniem jest tak jak łowiectwem: polować nie znaczy strzelać, nie zawsze zdąży się przycisnąć migawkę, nie zawsze chce się to zrobić. Kiedy wracam, promienie wschodzącego słońca wyczyniają harce wśród śpiących jeszcze drzew, otulonych po samą pierśnicę kokonem rzedniejącej, porannej mgły. Kładę torbę ze sprzętem na środku drogi, rozstawiam statyw i robię kilka zdjęć. Żeby nie było, że "na pusto" siedziałam.




01-12-2008 16:55saimonGratuluje piora.
Ad Trapper
Oj, bedziemy mieli trudny wybor :-)
31-10-2008 19:46TrapperMam nadzieje ze zacznie sie szlachetne wspolzawodnictwo z Andy.
DB
30-10-2008 23:04UrticaChciałabym wszystkim serdecznie podziękować za komentarze. To mój debiut na lowiecki i miło mi,że zostałam tak ciepło przyjęta. To bardzo ważne mieć dla kogo pisać :).
30-10-2008 22:41TrapperPiekne w kazdym calu i tresc i forma.
DB
30-10-2008 09:40discoJak miło jest przeczytać takie opowiadanie. Dziękuję i pozdrawiam.
29-10-2008 02:45desaJESTEŚ bajką, marzeniem i czarodziejką
25-10-2008 14:29femme fataleCóż mam napisać- jak zwykle mnie zaczarowałaś.
25-10-2008 10:18bzyk1odniosłem wrażenie czytając to opowiadanie , jak bym sam tam był ,
Dzięki
DB
24-10-2008 12:11ULMUShej leśniczko ... cudnie napisane.dzięki.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.