DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Duch Puszczy20-01-2010
Poimieninowy odyniec

17 stycznia, niedziela, godz. 15.50. Czwarty dzień polowania. Trzy zasiadki na ambonie po 2,5 - 3 godziny na próżno. Wczoraj były moje imieniny, a goście czekali na mój powrót z ambony! Magdalenka patrzyła na mnie co najmniej dziwnie... Ale dziki tam przychodzą!
Idę po raz czwarty, jeszcze przy świetle dziennym. Ostatnie 500 metrów do ambony staram się iść bardzo cicho i co chwila lornetuję sosnowy wysokopienny las przed sobą. Oprócz sztucera i lornetki niosę torbę myśliwską, której pokrywa jest po otwarciu ciepłą podkładką pod siedzenie (bardzo praktyczne). W torbie termos, lampa czołowa, pasy do ciągnięcia upolowanej zwierzyny, itp akcesoria. Ale przy dochodzeniu do ambony pełna czujność! Staram się iść bardzo cicho. Kiedy zostało mi do celu ok. 120 metrów słyszę ciche fuuu! Zamieram w bezruchu! Cisza absolutna! Po kilkudziesięciu sekundach przeraźliwie powoli stawiam stopę za stopą i robię tak jeszcze kilkanaście metrów, staję na palce i lornetuję dolinkę z bagienkiem za amboną. I widzę czarne grzbiety! Co najmniej kilka! W ciągłym ruchu. Nie widzą mnie. Łażą. Buchtują. Robię jeszcze kilka kroków wydeptaną ścieżką podchodową. Już zamieniłem lornetkę na sztucer. Trudno! Będę strzelał z wolnej ręki! Składam się bardzo cicho i bardzo powoli. Szukam krzyżem największej sylwetki. Między dwoma sosnami łeb dzika! Widzę oręż! Środek krzyża za ucho i delikatnie, "na dwa tempa" naciskam spust. Łeb znika. Repetuję natychmiast w przeciągłym huku strzału: trach! trach! I widzę umykające pod górę za bagienkiem czarne sylwetki. Z łomoczącym sercem podchodzę bliżej i widzę piszącego testament pojedynka. Ufff! Patrzę, jak nieruchomieje. Ogarnia mnie radość, ale i smutek jakiś dziwny... W zadumie podaję ostatni kęs...




29-01-2010 19:23DoktorŁadny prezent na imieniny Włodku. Gratuluje i pozdrawiam.
20-01-2010 13:12WekselSzkoda że takie krótkie, szkoda dlatego że opowiadanie całkiem fajne :-)

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.