DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: msol508-11-2010
Pierwszy skuteczny strzał

Zacząłem swoją myśliwską przygodę cztery miesiące temu. Tak naprawdę zacząłem ją już wcześniej gdy przemierzałem jako stażysta w nagance 8-10 km prawie co tydzień, gdy lata wstecz czytałem Łowca Polskiego, gdy po rewolucji informatycznej mogłem sięgnąć do internetu i zgłębiać wirtualnie tajniki myślistwa. Wyrobiłem sobie zdanie na wiele tematów, dylematów, obiecałem sobie, że pierwszy zwierz będzie miał "darowane"..., ot takie postanowienie. Wiele czasu poświęciłem na wybór broni, bardzo miło wspominam ten czas, wizyty w sklepach, internet, znów sklepy, rozmowy z kolegami etc. Czas spędzony na strzelnicy nie był zmarnowany, szło mi coraz lepiej, broń się sprawdzała. W międzyczasie dostałem odstrzał min. na dwa warchlaki, dwa przelatki. Pomyślałem co będę robił przez cały sezon? Przecież tak dobrze strzelam a tu tylko cztery, cóż, wrócę do włóczęgi po lesie, polach, poznam łowiska, będę pożyteczny dla koła.

Nadszedł TEN dzień - moja pierwsza zbiorówka, zauważyłem niepewność niektórych kolegów, szczególnie na sąsiednich stanowiskach, ale to zrozumiałe. Polujemy na lisy, dziki w kukurydzy, mam szczęście w tym ogólnie kiepskim dniu, z prawej strony wybiega lisek oddalając się ode mnie, strzał oddaję na granicznej odległości, pudło. Za tydzień znów zbiorówka, znów lis, nie ma strzału, nie odbezpieczyłem broni.

W następnym tygodniu, nadarza się się okazja, mogę zajechać do łowiska [150km] na indywidualne, moje pierwsze, na pewno będzie lepiej, nie będę się denerwował, oddam tylko pewny strzał, aby tylko wyszły dziki. Pogoda extra, pełnia, przez lornetkę, celownik doskonała widoczność, pod amboną spotkały się dwie kozy z koźlakami, małe bawią się jak dwa psiaki, widać nie raz się spotykały. Wprawdzie mam też odstrzał na sarnę i koźlaka, ale czekam na czarnego. Coś zaczyna się dziać, z prawej za olszyną jakieś hałasy, skąd tam dziki? Lepiej je słyszy syn, który został przy samochodzie, na wszelki wypadek chowa się do środka, może będą szarżować... Z leżącej na przeciw olszyny, ok 180-200 m, wysypuje się jak czarne paciorki wataha dzików, biegają żwawo, chyba się bawią, może trochę przekomarzają, wesoła gromadka, niektóre buchtują, powoli przesuwają się w moją stronę, ale trochę na ukos w prawo. Obserwuję je przez lunetę, jeden stając na sztych, patrzy przez chwilę na sarny pod amboną, widzę sterczące frędzle włosów na słuchach, jak na niektórych zdjęciach oglądanych wcześniej a przecież jest noc. Niezły kontrast ma moja luneta, pomyślałem. Wataha nieuchronnie kryje się za drzewami z prawej strony, zostaje ostania sztuka średniej wielkości, pewnie przelatek, wiem, że odległość to ok 120-130 m, strzelając na strzelnicy na 100 m trafiałem w punkt, więc muszę trafić, jestem pewien, jestem zdecydowany, pada strzał, ale głośno!!, nie spodziewałem się takiego huku [na strzelnicy miałem zabezpieczenie] i ten błysk, echo też jest nowością. Chwila ciszy, mój dzik stoi, przez sekundę myślę, że trafiłem, wydawało mi się, że słyszałem uderzenie jak w tekturę, może tak słychać przyjęcie kuli przez zwierza o czym wiele razy czytałem, ale cóż się dzieje, cała wataha jak stado bizonów pełnym galopem [co za tentent], wraca do olszyny na przeciw, mój dzik osiąga cel jako pierwszy, chyba nawet zwiększył dystans do swoich pobratymców. Św. Hubert poskromił moją pychę, wszak obiecałem sobie, że pierwszy pójdzie wolnym, nie dotrzymałem słowa, czy ta trzęsiawka która mnie dopadła to też kara? Żebym tylko nie dostał zawału, wszak mam 54 lata. Na miejscu strzału żadnej ścinki, żadnej farby.

Przez następne tygodnie regularnie przyjeżdżam na indywidualne, dzików nie ma, jeden raz wyszły identycznie jak za pierwszym razem, już się tak nie denerwowałem, ale nie strzelałem, uznałem że za daleko, zresztą nie było tak dobrej widoczności.

Zbliżał się długi weekend , zaplanowałem dłuższy wyjazd do obwodu łowieckiego, o świcie zasadzę się na powracające z pól dziki, potem przez cały dzień poznawanie i penetracja łowiska, wieczorem znów zasiadka może już na nowej "mojej" ambonie. Rano oczywiście puchy, ale zapowiada się piękny dzień i taki naprawdę był, nie pamiętam takiej pogody pod koniec października. Wielogodzinna włóczęga dała mi nieźle w kość, próbowałem podchodzić sarny, tak dla wprawy, wszystkie były sprytniejsze. Po godzinnej drzemce w samochodzie udałem się na ambonę, nie miałem już siły i ochoty chodzić. Na łące w zasadzie pusto, daleko jakiś myszołów, 300 m dalej z lewej sarny, za amboną w drzewach maleńkie ptaszki takie kuleczki z ogonkiem uwijają się wśród drobnych gałązek, nie mogę sobie przypomnieć jak się nazywają, chyba raniuszki, przemili goście z północy. Moje zdziwienie wzbudza babie lato nad łąką. Jest cudownie, bajka. Nagle z prawej strony słyszę biegnące zwierzę, jest sarna, wykonując długie skoki prezentuje swoją doskonałą kondycję, ale dlaczego się ogląda i to co chwila? Już wiem, biegnie druga, ale mniejsza, chyba koźlę, nie jest tak pewna jak ta pierwsza, chyba bardziej zmęczona, nie wykonuje takich skoków. Stają obie ok 300 m z lewej na skraju lasu, obie oczą za siebie. Mija ok 30-45 sek, oczom nie wierzę, z prawej pojawia się duży pies, biegnie zakosami pod wiatr, ma chyba niezły węch, czasami idzie dolnym, czasami górnym wiatrem, okłada pole jak wyszkolony wyżeł. Jest potężnym okazem owczarka niemieckiego, trochę przerośnięty, jako rasowy pies ma także inne wady, prawdopodobnie nie jest hodowlany, ale za to pięknie umaszczony, kiedyś takie były tylko z importu i to raczej z zachodnich Niemiec. W służbie policyjnej lubili takie okazy, jeśli był twardy i miał dobry węch. Galopuje zmęczony, ubłocony, lekko kuleje, pewnie stąd ten galop a nie kłus, generalnie jest w niezłej kondycji. Ten pościg musi trwać już dość długo. Prowadzę go w lunecie, celuję z wolnej reki, gorączka myśli, co powiedzą córki, czy ja to potem zaakceptuję, może strzelić, przecież na pewno spudłuję, jest ok 70 m, wilk i owca będą całe. Nie strzelam. Oddala się w lewo, jest już za późno na strzał, nagle stracił wiatr, wraca się, znów biegnie zygzakiem pod wiatr, znów jest na strzał, wydaję głośny świst, nie umiem gwizdać bez palców, ale jest skutek, pies się zatrzymuje, krzyż na komorze, automatyczny strzał..., krótki skowyt, raczej szczek z nutą agresji... wiec tak wygląda skuteczny strzał... już wiem.

W domu jako pierwsze witają mnie merdając, nasze "duża" i "mała", tak naprawdę obie bardzo dorodne i z prawego łoża. Duża jak zwykle patrzy na mnie z pełnym zaufaniem jak na Boga, ja czuję się jak "pies", nie mogę odwzajemnić spojrzenia. Za tydzień Hubertowiny, może dojdę do siebie.




07-01-2011 20:21cezetka527Jesteś odważny pisząc o tym i trzeba Ci to przyznać. Sam miałem kilkadziesiąt podobnych sytuacji lecz nie powiem jak się zakończyły. Tu gdzie mieszkam pełno burków biega po lesie kłusując, zwierzyna jest tak przeganiana z miejsca na miejsce że szkoda gadać a jeszcze do niedawna był tu taki spokój. Raz za ruski rok jakiś ćwok wyrzucił z auta pieska do lasu bo mu się znudził i tyle, ale teraz? teraz to jest już normalna plaga. Według mnie dobrze zrobiłeś ale ..... no właśnie zawsze jest to ale. Patrząc na to z boku zawsze jest inaczej, teraz przynajmniej wiesz jak się czuje człowiek po czymś takim, postaraj się teraz wczuć w rolę wielu takich co to mają takie problemy na co dzień i wyobraź sobie jak oni się muszą czuć, taka osoba stale przezywa takie spotkania i boryka się na co dzień z takimi problemami. Pozdrawiam i życzę samych celnych strzałów.
Darz Bór
19-11-2010 16:55AdrianoooCiekawe opowiadanie, w dodatku bardzo odważne. Kiedyś miałem takie zdarzenie - w polu ze stogu słomy wyszedł bernardyn, spory wilczór i jamnik. Wyraźnie zaniedbane, zdziczałe. Postawiły się na mnie, zaczęły szykować się do ataku. Zabrakło mi odwagi, strzeliłem na postrach. Wielokrotnie o tym myślałem. Dziecko na rowerze czy nawet dorosła osoba na spacerze raczej broni ze sobą nie mają... Dziś bym starał się położyć wszystkie trzy. Gratuluję słusznej decyzji, Darz Bór.
11-11-2010 11:10CYJANEKMyślę, że Twoja "Duża" i "Mała" postąpiłyby w ten sam sposób gdyby na spacerze weszły na ciepły trop sarny. Pobiegłyby kilkadziesiąt metrów i zawróciły.Oczywiście jeśli są dobrze ułożone. Dlatego gdy jestem w lesie na spacerze ze swoim psiakiem i on, przede mną, wychodzi na krzyżówkę leśną,to zawsze mam obawy czy za rogiem nie stoi, w gorącej wodzie kąpany, myśliwy. Jestem przekonany, że Twoja przygoda spowoduje, że nie będziesz "zginał palec" z taką łatwością.
Pozdrawiam
08-11-2010 14:15ULMUSDopisz koniecznie,dla swojego bezpieczeństwa, że pies był ubłocony, umorusany, zaniedbany, wychudzony, suknia matowa i zmierzwiona, nosił ślady licznych walk, wykazywał wrogośc i agresję oraz nieufność do człowieka i oznaki zdziczenia. Powyżej opisane zdarzenie widziałeś już conajmniej cztery razy a w pobliżu za każdym razem znajdowałeś zagryzione sarny . Wielkorotnie byłeś przez tego psa atakowany i bałeś się o zdrowie i życie dziecka, które czekało przy samochodzie. Może nie poniesiesz konsekwencji.
Osobiście składam Ci najserdeczniejsze gratulacje i Darz Bór, aczkolwiek w dobie powszechnego zidiocenia, politycznej poprawnośc i i kultu "świętych psów" nie odważyłbym się napisać takiego opowidania.
08-11-2010 13:48EsiekKolego msol5

Mam wrażenie, że w Twoim opowiadaniu jest wszystko, wszystkie emocje jakie przydażają się myśliwemu.Odbierając te emocje wprost, w mojej ocenie jesteś porządnym, normalnym człowiekiem - myśliwym. Wedle mojego uznania taki strzał zawsze powinien powodować mieszane odczucia. Jednego jestem pewien - gdybyś nie strzelił a za pare minut usłyszał ostatnie, przeraźliwe odgłosy koźlęcia - czułbyś się zdecydowanie gorzej.
Niech Ci św. Hubert wynagrodzi
Esiek

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.