DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Jozef Starski04-11-2011
Jukońskie i ontaryjskie łosie.

Jak co roku z gronem znajomych polujemy w Ontario na łosie w sezonie zarezerwowanym tylko dla tych co polują z łukiem lub kuszą. Występujemy wcześniej – jako grupa - o odstrzał byka. Na ten rok odstrzał taki wylosowała moja żona Grażyna. Zadowolona, odgrażała się, że będzie mieć wcześniej łosia niż ja, który wybieram się na olbrzymie łosie ale do Jukonu.
Tak się złożyło, że w tym samym czasie, kiedy trwa sezon polowań dla łuczników na łosie w Ontario, przylatywali do nas dwaj myśliwi z Polski, Janusz i Damian. Ja miałem lecieć z nimi na Jukon jako tłumacz i polujący tylko z kamerą filmową. Miałem nadzieję, że „upoluję” świetne ujęcia w czasie polowania na Jukonie, a po powrocie do Ontario, gdzie mieszkam, i odlocie gości do Polski, będę miał jeszcze kilka dni na dołączenie do Grażyny i zapolowanie na ontaryjskiego łosia.

Polecieliśmy z Januszem i Damianem, najpierw nad Niagarę, by z okna helikoptera rzucić okiem na słynne Wodospady Niagary. Ten lot helikopterem nad wodospadami, był początkiem naszego podróżowania po Kanadzie, większości samolotami. Z Toronto polecieliśmy do Calgary, tylko 4 godziny lotu samolotem liniowym, by następnie przesiąść się na inny podobny samolot lecący do Whitehorse – kolejne 3 godziny lotu. Po przenocowaniu w hotelu w Whitehorse, następnego dnia wodolotem, jeszcze godzinę lotu ponad górami i dolinami. Po wylądowaniu na „wodnym lotnisku”, czyli niewielkim jeziorze o nazwie Askin, przesiedliśmy się na konie i jeszcze dwa kilometry konnej jazdy do kampu, bazy outfttter’a.

Polowaliśmy w sposób, na poły romantyczny, tradycyjny, kowbojski, czyli na koniach. Polowali oprócz gości z Polski; Damiana i Janusza, jeszcze dwaj amerykanie; John i Hank. Każdy miał przydzielonego przewodnika i do dyspozycji dwa konie, które używało się codziennie na przemian. Zawsze koń miał jednodniową przerwę na odpoczynek po ciężkim dniu wędrówek.

Polując przy użyciu koni, czuliśmy się trochę jak na prawdziwym „westernie”. Mieszkaliśmy niemal razem z końmi, piliśmy wodę z tego samego strumienia, my trochę wyżej nurtu, jednym słowem – ranczo w dolinie. Na to nasze ranczo składało się: jeden drewniany budyneczek służący za kuchnię i jadłodajnię, a także miejsce spotkań, zebrań oraz „drewniane namioty”. Nasze kwatery jak i przewodników, to nic innego jak szopki obciągnięte płótnem namiotowym, a z wierzchu przykryte nieprzemakalną tkaniną. W dachach specjalne dziury, na rury od kominów żelaznych piecyków na drewno. Nawet było komfortowo, kiedy się zapaliło w takim piecyku. Na drewnianych pryczach rozłożone były gąbki, na które rozwinęliśmy, przywiezione ze sobą śpiwory. O zaczadzeniu się w tym „domku” nie było mowy, bo w ścianach było tyle dziur, nie wspominając już o wejściu – bramce, że nie narzekaliśmy na brak świeżego powietrza. Toaleta... aaa była taka jedna. Normalny wychodek. Prysznic... też był, przeznaczone na to specjalne pomieszczenie. Obsługa prosta, należało nabrać do wiaderka wody z potoka, zagrzać ją na piecyku i wlać do powieszonego u sufitu gumowego worka z kurkiem...

Teren, w którym polowaliśmy to rejon gór Pelly. A więc olbrzymie góry, a między nimi długie doliny porośnięte najniżej łoziną. Na samym dole zwykle wije się mała rzeczka lub strumień, albo błyszczy niewielkie jezioro. Trochę wyżej na zboczach gór porasta las iglasty i jeszcze wyżej roślinność tundrowa a całkiem wysoko, ośnieżone szczyty. Zawsze staraliśmy się wyjechać powyżej granicy lasu, by stamtąd obserwować przez lornetki okolicę w dole. To jest typowy i najbardziej popularny sposób polowania na łosie w Jukonie. Konie pomagają wielce w pokonywaniu trudnego terenu, i tych niesamowitych odległości pustkowia.

Już pierwszego dnia po przylocie, na zboczu góry w pobliżu kampu zauważyliśmy dużego byka łosia, ale cóż, nie mogliśmy polować, bo nie minęło jeszcze 6 godzin od wylądowania, a taki jest zapis w tutejszych przepisach. Następnego dnia, pierwszego dnia polowania, amerykanin John, z przewodnikiem Jamie, strzelił (prawdopodobnie tego byka), w odległości ok. 6 km od obozu.

Drugiego dnia pomagamy przetransportować tuszę łosia i jego poroże do kampu. Tam, gdzie padł strzelony łoś, nastąpiło zdejmowanie skóry, rozbieranie tuszy na kawałki, pakowanie ich do specjalnych siateczkowych worków, a następnie do pojemników umocowanych do boków jucznych koni. Kiedy ujrzałem tego jucznego konia z olbrzymim porożem na jego grzebiecie, to od razu nazwałem go „Pegaz”.

Trzeciego dnia wybieramy się w piątkę tj. Mac Watson, przewodnik, a zarazem właściciel firmy „Yukon Stone Outfitter’s”, jego wrangler Clayton opiekujący się końmi, Damian, Janusz i ja. Jedziemy na koniach (czasem z nich zsiadając) ok. 12 km po niesamowitych wertepach, tam gdzie dnia poprzedniego widzieliśmy łosie. Wypatrzyliśmy je dość późno po południu i na sąsiednim stoku góry, do którego było bardzo daleko. Po kilku godzinach jazdy zrobiliśmy przerwę na południowy posiłek. Przywiązaliśmy konie do ostatnich drzew alpejskiego lasu, a sami udaliśmy się trochę wyżej by spałaszować przygotowane przez kucharkę i zapakowane w torebki – kanapki. Koniec lunch’u, pora na lustrację terenu. Dobre lornetki są w cenie, a takie mieli polscy myśliwy. Już po chwili Damian przez swego Zeiss’a wypatrzył byka łosia. Okazuje się, że byk z klępą lub klępami jest poniżej nas, ale około 900 metrów. Krótka narada i decyzja przewodnika. Zostawiamy konie, a sami przechodzimy ścieżką ponad lasem na dalszą stronę zbocza, tak aby do podchodu mieć sprzyjający wiatr. To przemieszczanie się kosodrzewiną zajęło nam trochę czasu, którego nikt nie liczył. Co pewien czas, w lukach leśnych sprawdzaliśmy sytuację w dole. Łosie trzymały się okolicy małej kępy drzew iglastych. Idziemy jeszcze trochę dalej, poczym schodzimy w dół i pod wiatr. Na kilkaset metrów przed tą kępą jodły górskiej rozstajemy się z podchodzącymi, czyli Damianem i Mac’kiem. Ja, Janusz i Clayton pozostajemy w „odwodzie”, czekając wśród łozin na ewentualnych „uchodźców”.

Myśliwy i przewodnik podchodząc bliżej tych łosi, co chwilę sprawdzają okolicę lornetkami. Już zauważyli w odległości ok. 150 metrów byka łosia, dużego ale o porożu trochę ciemniejszym. Byk spokojnie oddalał się od nich. Chwila konsternacji i po chwili decyzja Damiana. Machnął ręką na tego drugiego byka i wskazał przewodnikowi, że będą podchodzić dalej tego pierwszego byka. Mac zawabił głosem klępy, a po chwili, kiedy znaleźli się w pobliżu kępy drzew, zawabił jeszcze raz, ale tym razem głosem byka-konkurenta. To zdenerwowało wyraźnie byka, bo zaniepokojony wyjrzał z krzaków, ale zaraz się przekonał, że dał się nabrać. Rzucił się do ucieczki ale już dosięgła go kula z Damianowego sztucera. Damian by oddać skuteczny strzał wskoczył na pobliski półmetrowy pagórek, bo łoziny prawie w całości przesłaniały łosia. Oddając strzał widział tylko górną część byka. Kolejny strzał z odległości ok. 60 metrów dopełnił reszty. Tak to wyglądało w późniejszej relacji strzelającego. Ale jego pierwsza relacja... była inna.
Minęło ok. pół godziny od tych strzałów i już widzimy wspinających się w górę i do nas zgrzanych i na wpół rozebranych kolegów. Damian na nasze niecierpliwe pytania tylko macha niechętnie ręką i oznajmia, że to był wypadek przy pracy, strzelił pomyłkowo klępę. Potwierdza to Mac. Ogarnęło mnie przerażenie. Przypomniało mi się podobne wydarzenie sprzed kilkunastu lat, kiedy to w północnym Quebec, jeden z moich pechowych gości z Polski, nie mógł strzelić byka karibu, a tylko „znęcał się nad krowami”. Caribou –cow, to dosłownie krowa.

Ale zaraz szybka refleksja, już trochę poznałem Damiana i wiem, że to doświadczony myśliwy, świetnie strzelający i mający „międzynarodowe” doświadczenie na tym polu. Więc błagalnym głosem pytam jeszcze raz, do czego strzelał. Ten... zlitował się nade mną i powiedział prawdę – do dużego byka. Zarobił ode mnie – odruchowo - kopniaka w d....upę i ...niedźwiedzi uścisk radości. Lubię Damiana, za jego poczucie humoru i spokój ducha. Wspaniały człowiek i takiż myśliwy. Skubańce, nawet beze mnie tłumacza, dogadali się jakoś i mieli dobry ubaw. A byk był piękny, poroże jeszcze większe od tego byka z pierwszego dnia. Rozłoga 148 cm. Fachowcy do wyceny poroża biorą pod uwagę nie tylko rozłogę ale także i inne elementy, jak np. masę, a to poroże wyglądało imponująco.

Bierzemy się za rozbiór tuszy, której kawałki pozostawiamy na miejscu, na kosodrzewinie z nadzieją, że wilki jej nie odnajdą. Nie możemy jej zabrać, bo nie mamy jucznych koni. Zmęczeni jak nieboskie stworzenia, docieramy do uwiązanych do drzew naszych „chodzących siodeł”. Janusz po zajęciu komfortowego miejsca w siodle na koniu – głośno oznajmia, że jak tylko wróci do Polski, to od razu wyrzuci fotel sprzed telewizora, a na jego miejsce wstawi ... końskie siodło.

Późną nocą docieramy do kampu. Zadziwiające, konie bez trudności odnajdują drogę do bazy w ciemnościach. Żartuje się, że koń w wielu przypadkach jest lepszy od GPS-u. Nie potrzebuje baterii, a tylko trochę owsa...

Czwartego dnia Damian z tą samą ekipą oraz kucharką Jody i sznurkiem jucznych koni udaje się po resztki pozostawionej tuszy. Dosłownie, były resztki, bo w nocy jednak wilki odnalazły to miejsce i miały świetną ucztę. Przerwał ją nadchodzący konwój jucznych koni i Damian, który nawet zdołał strzelić do zmykających wilków. Beskutecznie. A ten czarny wilk, jeszcze na drugiej stronie doliny spoglądał wyzywająco na Damiana, przez co doczekał się kolejnego świstu kuli. John z przewodnikiem Jamie – strzela ładnego byka karibu. Mac z Januszem polują w innym, dalekim miejscu, ale bezskutecznie.

Piątego dnia, przewodnik Jamie i jego klient John wybierają się po tuszę strzelonego karibu. Janusz, Clayton i ja, dołączamy do nich. Ładowanie części tuszy karibu na juczne konie. Jamie z John’em wracają z konwojem jucznych koni do kampu, a my polujemy dalej na łosia. Przenosimy się kilometr dalej, na ośnieżoną górską przełęcz. Spotykamy wędrujące stado karibu. Byk, ciekawski, zawrócił nawet i długo się nam przyglądał. Trochę mniejszy od tego, którego strzelił John, wiec Janusz nie chciał do niego strzelać.

Po południu pogoda nagle poczęła się psuć, zmieniać na zimową. Zaczął padać gęsty śnieg, widoczność spadła niemal do zera. Decyzja – wracamy do kampu. Przewodnik Skyler i myśliwy Hank – widzieli tego dnia łosia byka, ale nie mogli go podejść.

Szóstego dnia pozostaję w kampie. Ból w moim kolanie nie pozwala mi na jazdę konną, wielce ją utrudnia, szczególnie wtedy, kiedy jest mokra pogoda. Skyler i 71-letni Hank pojechali na swoje miejsce, tam gdzie poprzedniego dnia widzieli łosie. Mac i Janusz pojechali w jeszcze inną, daleką dolinę z nadzieją, że spotkają tam łosia, a Damian z Clayton’em, w to miejsce, gdzie John strzelił karibu. Mają nadzieję, że przyłapią na gorącym uczynku żerowania na resztkach tuszy karibu – może niedźwiedzia grizzly, a może wilka. Reszta załogi kampu; Jody, Jamie i John transportują trofea oraz wystudzone kawałki tusz zwierzęcych na pobliskie lotnisko, czyli jezioro Askin. Ma po nie przylecieć z Whitehorse wodolot. Samolot przyleciał z kilkugodzinnym opóźnieniem, a to ze względu na złą pogodę. Przywiózł; zaopatrzenie dla ludzi i zaopatrzenie (obrok) dla 20-stu koni, jakie mamy w kampie. Mięso strzelonych zwierząt przewozi się samolotem do Whitethorse, gdzie jest rozdawane ludziom potrzebującym oraz do osady Rose River, gdzie korzystają z niego tubylcy (Indianie), na których terenach polujemy.

Damian, na znanej przełęczy, nacieszył wzrok stadem karibu, liczącym 46 sztuk, by w końcu pomniejszyć to stado o jedną sztukę. Strzelił byka o bardzo ładnie rozwiniętym porożu.
Rano, siódmego dnia, wrangler Clayton i kucharka Jody (była kiedyś wrangler’em, następnie przewodnikiem, a teraz jest świetną kucharką obozowa, zresztą kontynuuje tradycje w tej dziedzinie od trzeciego pokolenia, oprócz tego pięknie śpiewa, gra na gitarze muzykę z rodzaju blue grass, występuje na koncertach pod pseudonimem Miss Quincy, wydany ma swój CD, koncertowała wieczorami w swojej kuchni również dla nas) – jadą po tuszę i trofeum strzelonego przez Damiana karibu. Zabierają trzy juczne konie.

Mac, Janusz, Damian i ja wyruszamy w okolice jeziora Askin ale na jego drugą stronę, gdzie dnia poprzedniego, późnym wieczorem – Janusz zauważył byka łosia. Po godzinie wspinaczki na wiernych człapakach (konie robią za nas wspinaczkę, a my im tylko współczujemy), zjeżdżamy trochę w dół, gdzie parowem przemykamy się nad wspomniane jezioro. Konie pozostawiamy przywiązane do drzew w kotlinie, a sami wdrapujemy się na niewielkie wzgórze. Z niego lustrujemy okolicę. Po chwili dobiega mnie wołanie byka łosia, rodzaj bekania. Podchodzę do kolegów i wskazuję kierunek, w którym jest byk. Nasłuchujemy i po chwili Mac wabi głosem klępy. Widzimy, że stojący na dalekim zboczu byk zareagował na to miłosne nawoływanie. Powoli, pobekując, począł schodzić w dół w naszym kierunku. Jeszcze kilka nawoływań i Janusz podchodzi na skraj wzgórza. Zajmuje strzelecką pozycję i ...byk z jakiegoś powodu nagle zawraca z obranego kierunku. Pewnie poczuł stojące w dolinie konie. Nie ma na co czekać – trzeba strzelać. Do kanonady przyłączył się Damian i byk już leży. Stary byk, o olbrzymim łbie, ale o średniej jakości łopat. Pasynki ma już niewielkie, ledwo zauważalne, a więc ten byk już był u schyłku swojego żywota. Jakim cudem dożył późnej starości, kiedy tu tyle wilków poluje, i paru myśliwych. No ale tutaj są, zdawać by się mogło, bezkresne obszary.

Wracamy do kampu. Jedziemy za przewodnikiem, na skróty, bezdrożami. Koń przewodnika zapada się po brzuch w bagienku, mój, bardzo mądry człapak, chodzi swoimi ścieżkami, omija spokojnie niebezpieczne, niepewne miejsca. W zasadzie nie muszę wcale nim kierować. Czasem go tylko przepycham...wtedy, kiedy przechodzi zbyt blisko jakiegoś drzewa. Raz zrobił mnie w konia, kiedy to otarł się o drzewko, a ja, a raczej moja noga mało co nie została na tym drzewku... wyrwana. Teraz, kiedy zbliżam się do takiej przeszkody, to wcześniej wychylam się, chwytam drzewo i odpycham się razem z koniem na bezpieczny dystans. Raz koniem zachwiałem...

Dzień ósmy (ostatni dzień polowania), środa, 28 września 2011. Janusz, Damian i Clayton pojechali na przełęcz by zapolować na karibu. Nie udało się im strzelić karibu. Ja zabawiłem się w wędkarza. Udałem się nad jezioro Askin, znalazłem na brzegu jakąś prymitywną wędkę z obrotowym malutkim Meps’em na końcu. Rzuciłem z pomostu raz i drugi. Wyciągnąłem po kilkunastu minutach osiem Artic Grayling (mała ryba z rodziny łososi). Wyfiletowałem i wręczyłem Jody. Przygotowała wspaniałą kolację z tych filetów. Były problemy co wybrać, czy smaczne filety z tych ryb, czy pieczeń z łosia. Tutaj przekonaliśmy się, ze mięso z łosia jest trochę lepsze niż mięso z karibu, chociaż oba i tak świetne.
W czasie tych ośmiu dni polowania, strzelono trzy byki łosie i dwa karibu. Jedynie Hank nic nie strzelił ale nie rozpaczał z tego powodu, bo wie, że to jest polowanie, ryzykowny biznes. Mówił, że tu jeszcze powróci.

Dnia następnego opuszczamy kamp na jeziorem Askin. Jeszcze z wodolotu pożegnalny rzut oka na pozostający w dole kamp i już ponad górami lecimy do Whitehorse. Nazwa Whitehorse – nie ma nic wspólnego z „białym koniem”, a odnosi się do bystrzyn na rzece Jukon, które przypominały białe grzywy koni, a które pokonywali poszukiwacze złota, tracąc nieraz cały dobytek, a nawet zdarzało się i życie. Tutaj na tych „białych grzywach” Jack London jednego lata zarobił ok. $ 3000 pracując jako przewodnik i wioślarz. Whitehorse jest ośrodkiem administracyjnym terytorium ale także centrum zaopatrzenia dla różnego rodzaju kopalń rozsianych po całym terytorium. Infrastruktura turystyczna odgrywa coraz większą rolę w ekonomi tego miasta. Ostatnio Whitehorse oferuje latem bezpośrednie połączenie lotnicze ze Szwajcarią i Niemcami. Dużo turystów z tych krajów przylatuje do Jukon, więc stąd te znaki na budynkach oferujących różne usługi „Wir Sprechen Deutsch”. My stanowimy dowód, że przyjeżdżają tu również turyści z Polski.

Terytorium Jukon położone jest w północno-zachodniej Kanadzie. Jego obszar o powierzchni 486 tysięcy km kwadratowych (półtora razy większy od powierzchni Polski) zamieszkuje tylko 34 000 mieszkańców, z czego 25 000 mieszka w Whitehorse – stolicy tego terytorium. Jedną czwartą ludności terytorium stanowią tubylcy – z 14 plemion ze szczepu Athabasca.
Yukon, znaczy wielka rzeka. Nazwa Yukon (po polsku pisana jako Jukon) wywodzi się z języka tubylców. Pierwotnie odnosiła się do największej rzeki w tym rejonie – Yukon o długości 3680 km., a dziś jest to również nazwa jednostki administracyjnej, rzędu terytorium. Kanada składa się z trzech terytoriów i dziesięciu prowincji.

W południowo-zachodniej części terytorium Jukon, w paśmie górskim St.Elias, znajduje się największy kanadyjski szczyt, Góra Logan o wysokości prawie 6 tysięcy metrów. Pozostała część Jukonu, to trochę mniejsze pasma górskie, rozliczne wzgórza, a między nimi długie i wąskie doliny oraz jeziora i rzeki. Na południu Jukonu, aż do północnego koła podbiegunowego porasta las borealny, tajga. Powyżej koła – występuje tundra. Ocenia się, że w Jukonie jest ok. 160 000 karibu, ok. 50 000 łosi, 10 000 czarnych niedźwiedzi, 7 000 grizzly, 22 000 dzikich owiec górskich oraz ok. 4 500 wilków. Zdecydowanie więcej zwierząt niż ludzi (34 tys.). Raj dla zwierząt oraz dla ludzi...

Na terytorium Jukonu występują zasobne złoża złota oraz innych minerałów. W czasie gorączki złota w Klondike, w latach 1896 – 98, napłynęła do Jukon fala 40 000 ludzi, ogarnięta tą gorączką. Dawson City, w pobliżu tych złóż, stało się z dnia na dzień głównym ośrodkiem, później przez pewien czas, było nawet stolicą terytorium.

Najsłynniejsze w Jukonie są łosie - największe na świecie. Olbrzymie, rekordowe poroża tych łosi, są magnesem ściągającym myśliwych-turystów z całego świata. Współcześni myśliwi „globetroterzy” są prawdziwymi turystami, w pełni znaczeniu tego słowa. To oni mają odwagę i dobrą wolę by dogłębnie zanurzyć się w realia danego kraju, terytorium czy regionu. Pomieszkać tam chwilę z miejscowymi ludźmi, popróbować wspólnego życia, często w bardzo prymitywnych warunkach, ale za to w jakże przepięknej naturze, jak to miało miejsce w naszym przypadku. My tu jeszcze wrócimy – odgrażali się Janusz i Damian. I ja też!

Wracam do domu, a tu niespodzianka. Grażyna zamiast polować w północnym Ontario, jest w domu... Okazało się, że przechodziła operację wyrostka robaczkowego. Współtowarzysze z nią polujący nad Indian Lake zawieźli ją do miejscowego szpitala (do którego nawet kiedyś zaglądał niedźwiedź, o czym pisałem parę lat temu w Braci Łowieckiej). Następnie została przetransportowana 100 km karetką do większego szpitala w Timmins. W tym mieście większość ludzi na co dzień posługuje się językiem francuskim, ale gdy zajdzie potrzeba, mówią również po angielsku. Operacja operacją, ale te... przekręty językowe. Po polsku... znaleźli w szpitalu młodego człowieka, który co prawda urodził się w Kanadzie, ale że w polskiej rodzinie, to trochę mówił po polsku. Na pielęgniarki mówił kelnerki. Grażyna wyjaśniła mu, że te osoby w białych strojach, nie nazywają się kelnerki, a pielęgniarki...
Taka jedna pielęgniarka spytała się Krzyśka po angielsku, który przyjechał odwiedzić Grażynę, (a który opiekował się też naszym psem), czy widział się z lekarzem czyli doc (wymawia się „dok”, brzmi to trochę podobnie do określenia psa – dog). Doc. to skrót od doctor. Krzysiek odpowiada po angielsku - tak, nakarmiłem go, dałem mu wody i zamknąłem w klatce...

Przed operacją, różne białe „kelnerki” podchodzą do pacjentki i próbują ją pocieszać. Jedna mówi, wiesz ja zna dwa słowa po polsku – „daj d...upy”...

Myśmy też dali d...upy, bo nie strzeliliśmy w Ontario żadnego łosia w tym roku, o co można obwiniać tylko... nieporozumienia językowe, ale za to Damian i Janusz byli najszczęśliwszymi ludźmi pod jukońskim słońcem.

Zapraszam na film z tej wyprawy.

Jozef Starski





14-02-2013 23:16Jozef Starski"Wojciechus" - najlepszym sposobem jest zabrać ze sobą tuszę, ale niekiedy jest to niemożliwe. Zabiera sie tyle ile może, a resztę pozostawia i zabiera na drugi dzień. W jednym przypadku, wilki w ogóle nie odkryły tuszy strzelonego łosia, więc kiedyśmy przybyli po nią w dniu następnym, zabraliśmy ją w całości (w kawałkach) na juczne konie. Czasem amatorem takiej darmowej kuchni jest miś, misiaczek, taki jak na zdjęciu - grizzly lub rosomak. One też muszą coś jeść, więc...Każdy z tych myśliwych miał w kieszeni odstrzał na grizzli i wilki, więc kiedy zbliżali się do pozostawionego mięsa...nadzieja i palec na spuście.
14-02-2013 22:20WojciechusPanie Jozefie, pytanko natury technicznej: jakie sztuczki - poza wieszaniem miecha na kosodrzewinie - stosuja mysliwi w tamtych stronach coby nie slyszec noca mlaskania drapieznikow? Pozdrawiam.
14-02-2013 00:31Jozef Starski„wini” – ta „muza”, to nie tylko świetna artystka (koncertuje nawet po Europie – zerknij na jej portal; http://www.missquincy.net/fr_music.cfm, ale także wspaniała kucharka. Przygotowywała świetne potrawy na bardzo prymitywnym, żelaznym piecyku na drewno. Fakt, miała super surowce w postaci m.innymi, mięsa łosia, karibu czy ryb „pstrągowato-łososiowych”. Myśmy podziwiali ją również za jej zaangażowanie w czasie tego polowania. To ona – jako szef kuchni – nie wychodziła do sklepu na zakupy mięsa - a tylko bez wahania wsiadała na konia, brała jeszcze parę jucznych i z pomocnikami udawała się po strzelonego zwierza, ładowała na konie i przywoziła do kampu. Następnie obierała, czyściła, marynowała, piekła i podawała do stołu. Po kolacji, umyciu naczyń z naszą pomocą, siadała na stołeczku z gitarą i umilała nam tak jak mogła - tam pobyt. Skromna i wspaniała. Koledzy „odgrażali” się, że zaproszą ją do Mrągowa na festiwal.
13-02-2013 00:12winiMuza grana na gitarze - wspaniała,
Wspomnienia -reportaż - cudo.
Mam nadzieję , że będzie mnie stać na takie polowanie - co jest moim marzeniem.
Pozdrawiam
DB
27-01-2012 17:08Jozef Starski"SZUNAJ74" - Piszesz ..."wyprawa moich marzeń"...Może kiedyś pomogę Ci zrealizować te marzenia...a wtedy podobny reportaż z polowania będzie się zaczynał od tej właśnie, wymiany między nami, zdań na "łowieckim".
Darz Bór - polski i kanadyjski!
25-01-2012 08:52KociskoCo tu gadać/pisać? Bajka!! Superw yprawa, cudowne przygody! Pióro autora-bardzo naturalne i przez to przyjemne w czytaniu.
09-11-2011 12:29SZUNAJ74Wspaniałe opowiadanie,wspaniała przygoda,tylko pozazdrościć.Gratuluję sukcesów.Wyprawa moich marzeń.D.B.
08-11-2011 09:20Lasek_2005Gratuluję wyjazdu, wspaniałej przygody i przede wszystkim pięknych trofeów!!! Autorowi oczywiście też gratuluję opisu i zdjęć ;-) W sobotę na zbiorówce dopytam o szczegóły i jestem ciekawy jak trofea będą się prezentowały na żywo. Z myśliwskim pozdrowieniem Darz Bór!!! Michał
07-11-2011 12:20KrzysiekWitaj Joe!
gratulacje z udanego polowania i niesamowitej przygody! Z niecierpliwością czekamy na opis w postaci kolejnej książki. Zrobiłeś też przepiękne zdjęcia. Aż zapierają dech w piersiach. Wydawało się, że "tylko" Jim Shockey ma monopol na takie łosie i takie przygody. Tym bardziej ucieszyło na że to właśnie Ty zorganizowałeś tak wspaniałe polowanie i to dla gości z Polski.

Pozdrowienia dla Grażynki. Mamy nadzieję, że wszystko OK.

Darz Bór
Ania i Krzysiek
04-11-2011 16:27Jozef Starskijani...samorodek złota o wartości ok. $ 40 000 trzymałem w ręku ale tylko w sklepie jubilerskim w Whitehorse. Inny jubiler na sąsiedniej ulicy pokazywał nam samorodek o wartości ponad $ 80 000 (tego jednak bał się nam dać do ręki). W Jukonie jest jeszcze wielu ludzi, którzy posiadają złoto...jeszcze z czasów i rejonów Klondike oraz Bonaza Creek, czy też innych Creeks.
04-11-2011 16:18janiJoe! Mój przyjacielu! Piszesz jak London, brakuje mi tylko wiadomości, że znalazłeś samorodek złota o wadze, no niech będzie niewiele, ale tak na oko... 10 uncji!!! Ale byłoby za to whisky! Pozdrawiam, a Gra życzę zdrowia i byka!
04-11-2011 15:18azil IICzytając to opowiadanie na chwile zapomniałem, że istnieją działacze PZŁ. Warto było! Pozazdrościć tych przeżyć! Gratulacje!

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.