DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Manek6702-10-2011
Mogłem postąpić inaczej...

Dojeżdżam do miejsca zbiórki na proszone polowanie. Jeszcze kilka kilometrów, przez roztoczańską puszczę i będę na miejscu. Wyjeżdżając z lasu oślepia mnie odblask milionów refleksów migoczący w miotłach traw wysrebrzonych listopadowym przymrozkiem. Słońce na bezchmurnym niebie rodzi podniosłą atmosferę wspaniałego polowania.

Jadąc marzę o spotkaniu z czarnym zwierzem, którego w na tym terenie w bród. Rozkłady koła sięgają 250 sztuk rocznie, co daje nadzieję na spotkanie z ulubionym moim zwierzem. Poprzednie polowanie zbiorowe zakończyło się pokotem 18 „czarnuchów”, łani, i kilku lisów. Byłem tu już kilka razy, ale Hubert nie podarzył, nie oddałem dotychczas ani jednego strzału.

Jestem na miejscu zbiórki. Większość myśliwych to już znani mi koledzy. Serdeczne i żartobliwe przywitania. „O Jonasz przyjechał” – każdy z nich już strzelił po kilka dzików w tym sezonie. „A masz dość patronów?” pyta jeden z nich. Luźna i przyjazna atmosfera. Prezes wita łowisko, gości, miejscowych Nemrodów i nagankę, przekazuje odprawę prowadzącemu. Tak się składa, że jest to zapraszający mnie kolega. Informacja o tym na co polujemy i losowanie. Mam 13-stkę – uwielbiam ten numer.

Pierwsze pędzenie, według anonsu prowadzącego, ma być długie. Linia staje po niezbyt szerokiej przecince, naganka idzie od pól. Na tyle już znam ten teren, że wiem iż w malinowych chruśniakach przy brzegach lasu lubią zalegać dziki, nadzieja jest duża. Kiedy na stanowisku obok staje Łowczy Koła – Kol. Stanisław, to rośnie jeszcze bardziej. Już wiem z własnego doświadczenia i prześmiewczych komentarzy członków koła, że jeżeli są dziki w miocie, to Łowczy będzie do nich strzelał – podobno w sezonie nie schodzi z 20 sztuk „czarnych” strzelonych na zbiorówkach. Inną rzeczą jest, że strzelcem mistrzowskiej klasy jest i podporą reprezentacji Koła. Myślę: „jest dobrze, wyjdą na Niego to może i ja coś uszczknę”.

Stanowisko trudne. Przede mną zwarta ściana młodnika jodłowego, widoczność na dwa trzy metry. Strzał możliwy tylko za linią, za którą znowuż, niby wysoki las bukowo-jodłowy, ale tak podszyty naturalnym młodnikiem, że strzał w nim bardzo trudny. Rzut i strzał za linią, to wszystko na co będzie czas. Luneta 1,5-4 jednakże daje szanse i na to. Wymieniam z Kolegami potwierdzenia zajęcia stanowiska i zastygam w nasłuchu. Oczywiście jeszcze nie czas na zwierza, ale las późną jesienią, okraszony pierwszym przymrozkiem jest sam w sobie tak piękny i rodzący nadzieję. Kilka metrów od siebie widzę idealną pajęczynę okraszoną kryształkami zastygłej rosy, którą szron wydobył z niewidzialności. Słońce świecące mi w plecy niża na niej tysiączne kryształki. Cisza, ale nie głucha, to cisza, w której tli się oczekiwanie i nadzieja. Gdzieś za mną odzywa się dzięcioł, zaczyna swoje miarowe postukiwanie, nie wiem dlaczego, ale zawsze lubię ten dźwięk. To sprzymierzeniec nas wszystkich, którzy las traktują jak swój drugi dom. Teraz sójka swoim skrzekiem daje znać, że coś ją zaniepokoiło, intensywnie i natarczywie. Często się zdarza, że jej skrzek poprzedza mykitę... za kilka minut pada pojedynczy strzał kilka stanowisk obok. „Pewnie był to żółty”, jak na przecherę mówią tutejsi myśliwi, myślę.

Kilka minut ciszy, już słychać w oddali nagankę. I oto pojawia się gon. Mają tu dobre psy, jeden z nich już mi kiedyś pomógł dojść ładnego wycinka, którego strzeliłem z zasiadki na późną komorę. Gon się zbliża, już jest nie dalej niż 300/400 metrów. Sztucer w dłoniach..., delikatne drżenie gorączki łowieckiej. Lecz oto gon się oddala, teraz odchodzi od linii..., wewnętrzne uczucie rozczarowania: „och, a już miało być tak pięknie”. Świdruję wzrokiem nieprzebity gąszcz młodnika, kątem oka obserwując sąsiadów. Nic nie wskazuje na to, aby coś przed nimi się działo. Mimo wszystko podświadomość podsuwa mi jakieś nieokreślone szmery. Walczę ze sobą tłumacząc, że to tylko gorączka łowiecka i chciejstwo rodzą w mojej głowie coś co się nie dzieje w rzeczywistości. W tym samym momencie Staszek podrzuca broń do ramienia i definitywnie się do czegoś składa.

Na linie wypada najpierw jeden, potem drugi przelatek. Bach... Bach... Znikły... nie wiem czy przyjęły kule. Staszek na ogół nie pudłuje, ale ta linia taka wąska..., a one szły w „nadźwiękowej” prędkości. Sflaczałem, „no znowu na Niego wyszły”. Co to jest, na czym to polega, że niektórzy z nas po prostu mają tego myśliwskiego farta, że zwierz po prostu na nich ciągnie. (A nie na mnie :-/) I oto wtedy... już nie wydaje mi się..., już jestem pewny, słyszę, że młodnik przede mną huczy i żyje trzaskiem sadzących dzików. Niestety nic nie widzę. Składam się w kierunku ciągnącego zwierza. Kątem oka widzę, że i sąsiad z lewej też to słyszy. W tym momencie na linię wypadają równocześnie trzy duże dziki. Przeciągam krzyż przez najbliższego i ściągam spust. Strzał pada w momencie, kiedy dzik znika w przeciwległej ścianie lasu. Wydaje mi się, że potknął się w momencie strzału. Jeszcze chwila łomotu po lesie i cisza. Niepokój, to chyba najwłaściwsze słowo, jakie określa stan myśliwego po takiej sytuacji. Niepokój i nadzieja. Pędzenie zbliża się do końca. Pokrzykiwania naganki już blisko. Stoję na stanowisku, ale całe JA woła mnie do tego aby już tam biec, aby sprawdzić zestrzał, już być tam i coś wiedzieć. W końcu po linii leci wołanie: „Koniec pędzenia”. Starając się zachować spokój, idę na trop. To był duży dzik. Na pewno koło „setki”. Dochodzę na trop, widzę wyraźnie odciśnięty w oszronionym mchu ślad tropu. Nie ma nic, zero ścinki, zero farby, czyżby pudło?!? Miałem go przecież dobrze w krzyżu, krótko, ale myślałem, że dobrze go przeciągnąłem. Fakt, że ostatni raz strzelałem do dzika w pędzeniu z sześć lat temu, ale przecież na strzelnicy nie wychodzę z „ósemki”. 10, 20, 30 metrów po tropie. NIC! Teren się troszkę obniża w kierunku płynącego w dole ruczaju, ale idę. Wtem słyszę głos z linii: „Niech kolega nie idzie w miot, ten miot będzie teraz pędzony, puści się psy na trop, naganka to sprawdzi”. W sumie racja. Muszę zgłosić strzał prowadzącemu. On zadecyduje o dalszych krokach. Wychodzę z miotu. Po drodze natykam się na znajomego kolegę (też strzelca klasy sportowej), który nie jest litościwy: „Co kolego z „pól”? Nie umie się do dzików strzelać, łatwiej do pióra, co?” Wiem, że żartuje, ale i tak boli. Dotychczas uważano mnie tu za dobrego strzelca. Nie równać mi się z nimi, ale nie miałem dotychczas u nich wpadki. Do czego strzelałem na indywidualnych, to podnosiłem, ale wiadomo: pędzony dzik to wyższa szkoła jazdy. Zgłaszam strzał prowadzącemu i chęć pójścia po tropie. Decyduje, że puści się na trop psa, a potem ewentualnie się sprawdzi.

Niestety, w następnym pędzeniu psy niczego nie zgłosiły – głuchy miot. Nie mogę powiedzieć, że kolejne dwa mioty były bez historii – padło w nim po dziku (przelatek i wycinek). Pokot o „królestwo” było już zapewniony. Ja jednak nie mogłem się uwolnić od obrazu odyńca w krzyżu i tej dręczącej niepewności, co się stało. Te same myśli nie opuszczały mnie i w ostatnim 5-ym miocie. Stanowisko piękne: w odległości 70/80metrów kończył się przede mną młodnik sosnowy, potem wysoki las, szeroka linia i za nią znowu gęsty młodnik. Nic piękniejszego nie można sobie wymarzyć. Długi okres ciszy... i zanim usłyszałem nagankę, jakieś trzaski w młodniku. Nie bardzo chciało mi się wierzyć, że jeszcze czymś Hubert chce mnie obdarzyć. W tym momencie zaczyna się kanonada strzałów na odległym skrzydle. Doliczyłem się ich 9-ciu. „Noooo, to mieli chłopcy tam zabawę” - przebiega przez głowę. Oczywiście nic innego, tylko wataha dzików mogła to sprowokować. Ehhh... W tym momencie postrzegam „oczami duszy”, że coś się dzieje przede mną. Na wysoki las wypada w pełnym „hajcu” duży dzik, „Odyniec” - przebiega mi przez głowę. Spokojnie się składam, czerwona kropka śledzi jego ruch, przeciągam, przez łopatkę i ściągam spust, nic, zero reakcji nie odejmując broni od ramienia przeładowuję, puszczam przez linię i ponownie strzelam. Wyrzucone do góry tylne biegi potwierdzają celny strzał. Słyszę łomot padającego zwierza w młodniku za linią. Ufff, pełne odprężenie. „Nooo nareszcie nie będą mogli ze mnie drzeć łacha koledzy”. Z boku, od kolegi – tego samego, co dokuczał mi po pierwszym pędzeni słyszę: „No ładnie, ładnie”. Koniec pędzenia. Dumny jak paw idę w kierunku zwierza. Oddaję mu złom, klękam i dziękując przepraszam za to, że padł z mojej ręki. Naganiacze pomagają mi wyciągnąć go z młodnika. Przystępując do patroszenia stwierdzam z zadziwieniem, że to jednak locha. Patrzymy razem na grzęzy, wygląda jakby nigdy nie prowadziła – jałowa? (po wypatroszeniu 87 kg). Czuję się dużo lepiej, zmyłem jej farbą pudło z pierwszego miotu.

Po opadnięciu emocji jednak wraca refleksja: strzał, który powalił lochę był niemalże w ucho-w nasadę karku, ale co się stało z pierwszym strzałem, który oddałem w dużo lepszych warunkach. Jeszcze raz przyglądam się tuszy i wtedy dopiero konkluduje, że serce wyglądało jak, oderwane od płuc. Za chwilę znajduję wlot i wylot kuli na wysokości komory. Wracam na trop i stwierdzam, że od miejsca przyjęcia pierwszego strzału do miejsca gdzie zwierz padł nie ma ani kropli farby, ani śladów trafienia. Z jakimś dziwnym nieokreślonym niepokojem wracam do strzału z pierwszego pędzenia.

„Niestety”, jak się okazuje, koledzy na odległym skrzydle położyli pięć dzików. Zanim cała procedura ściągania tusz się zakończyła była już ciemna noc. Nawet nie było sensu zgłaszać prowadzącemu swoich wątpliwości. Pokot był ogłaszany ciemną nocą około godziny 18-ej.

Śpię... i śni mi się ten dzik, śni mi się, że po strzale zawraca i szarżuje. Zbudziłem się długo przed świtem. NIE, tak tego nie mogę zostawić. Biorę mojego Fouska, broń i jadę z powrotem do łowiska kolegów. Koło ósmej dzwonię do Staszka i zgłaszam mu, że chcę sprawdzić jeszcze raz ten mój strzał. Oczywiście nie ma problemu, bo przecież mam u nich aktualny odstrzał.

Jestem na miejscu, nadal widzę odciśnięty trop „mojego” dzika. Wyżeł przy nodze, bo w lesie czuje się raczej niepewnie. Jednak po przejściu około 50-ciu metrów widzę, że coś się z nim dzieje. Zwalnia i zaczyna się „jeżyć”. Nigdy go nie uczyłem na farbę i dochodzenie postrzałków grubego zwierza. Nagle startuje do przodu i po chwili słyszę jego agresywny atak na coś w gęstwinie. Nie słysząc niczego innego przedzieram się do celu i oto widok... „mój” dzik leży oparty o małą jodełkę, biegi ma podwinięte pod siebie. Wygląda jakby przysnął biegnąc. Jednocześnie, dociera do mnie uczucie satysfakcji i... smrodu, jaki roztacza napuchnięta tusza. Niestety noc była jak na tą porę roku bardzo ciepła. Przymrozek z poprzedniego dnia zamienił się na +10 na dzisiejszą noc. Już wiem, że tusza jest zmarnowana. Opada mnie cała gama sprzecznych uczuć i emocji: „Mogłeś przecież pójść 40 metrów dalej, mogłeś zażądać bardziej stanowczo od prowadzącego prawa do dochodzenia, mogłeś, mogłeś...”.

Piękny odyńczyk leży u mych stóp. Oręż świeci się w tabakierze (wg mojej oceny 96/98 pkt.). No fakt, że nie medalowy, ale pierwszy taki strzelony na zbiorowym polowaniu. Strzał w pełnym biegu, co jest według mnie najwyższą szkołą jazdy myśliwskiej (kula roztrzaskała na pół serce i wyszła między żebrami, duże otłuszczenie tuszy spowodowało natychmiastowe „zamknięcie” otworów po kuli. Satysfakcja przemieszana z uczuciem żalu i złości, na siebie, na prowadzącego, na... ten nieszczęśliwy zbieg okoliczności.

Do dziś, choć minęły już cztery miesiące, mam ten obraz przed oczyma. Wiem, że nigdy więcej nie pozwolę sobie na zaniedbanie takiego zwierza. Tylko czy Hubert mi to wybaczy...

PS. Strzeliłem już po tym dwa dziczki na zbiorówkach, więc chyba wybaczył...

Mariusz Cyran
PKŁ PONOWA




09-11-2011 16:05Manek67Dziękuje za dobre słowa. Poluję dla piękna chwili. Tamto polowanie pozostawiło w mojej duszy piętno "zaniedbania". Uważam, że to najgorsza rzecz, jaka nas może spotkać: danie strzału i nie dojście zwierza. Oczywiście są sytuacje kiedy za nic nie mamy na to wpływu - lub tak to sobie potem tłumaczymy ;-(
Na szczęście to jedyna taka sytuacja w moim życiu.
31-10-2011 10:57RemusJa na początku kariery łowieckiej też zbagatelizowałęm strzał do łani... po dwóch dniach sie znalazła. Niesmak pozostał do dzisiaj. Od tego czasu sprawdzam wszystko.
09-10-2011 17:59Ross 31Pięknie napisane opowiadanie przeplatane dużą wrażliwością autora.Cóż,. takie przypadki się zdarzają,- ważne jest wtedy byśmy wyciągneli z nich odpowiednie wnioski.Kolega to zrobił i myślę,że św.Hubert będzie koledze dalej darzył.DB.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.