DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Manek6720-10-2009
Brązowy Dzik

Lubię "siatkówkę". Grałem amatorsko i w szkole średniej i na studiach. I jeszcze teraz raz czy dwa razy w tygodniu się zbieramy i odbijamy stare kości o parkiet :-D Toteż mimo pełni musiałem tam z naszymi dziewczynami być. Noooo i było pięknie. Po meczu wyszedłem z psem na spacer i... Co to jest? Nawet kiedy starasz się nie podnosić wzroku ponad "horyzont" krawężnika, to i tak czujesz ten zew. A jak już nieopatrznie spojrzysz w jego "twarz" to już jesteś stracony. Telefon sam się znalazł w dłoni i numer do brata nie wiem kiedy się wybrał:
- Co robisz?
- A nic, przeżywam jeszcze mecz.
- Widziałeś Łysego?
- Noooooo świeci, aż w oczy szczypie.
- Toooo cooo, za 10 minut?
- Już się ubieram!!!

Jedziemy. Łowisko blisko. No tak, w książce tłok. Nie ma gdzie się wypisać. Decydujemy się na dwie nieodległe ambony nad leśnymi haliznami. Czasami coś tam się pod nimi nęci. Brat wysiadł pierwszy i zniknął w ścianie lasu. Jadę kilometr dalej. Po wyłączeniu silnika i zgaszeniu świateł, przez otwarte okna wczuwam się w las. I zawsze to samo uczucie: wysiadając z samochodu wkraczając ze strefy "cywilizacji" w strefę natury, czuję się jakbym pokonywał jakieś wrota wymiarów, jakbym zmieniał stany świadomości, przenosił się do innej rzeczywistości. Dźwiękiem, który oddziela mnie od tego co ucywilizowane, do tego czym jest polowanie, jest trzaśnięcie zamykanych drzwi. Jakże niestosowne i brutalne w tej chwili. Zawsze zatrzymuję się po tym na kilkadziesiąt sekund - jakbym oczekiwał reprymendy otaczającego mnie boru za naruszanie zasad savoir-vivre (cholera jak się to pisze?).

Około 300 metrów duktem leśnym do ambony, to jak droga przez pole minowe. Każdy krok wydaje się postawiony w niewłaściwy sposób. Każdy wydaje się za głośny i nieporadny. Sprawdzam wiatr. Jest OK. Jak zwykle tu, od zachodu, czyli halizny do której zmierzam. Jestem już prawie u celu, kiedy jakimś nieuchwytnym zmysłem wyczuwam, że coś tam jest. Dawno tu nie byłem. Znany mi niegdyś zakątek uległ znaczącej odmianie. Las nie czeka, zachłannie i zaborczo anektuje wszystko, co w zasięgu jego nasion i korzeni. W szkłach lornetki widzę jakiś cień, jeden drugi, trzeci. Ale zwierz trzyma się w cieniu rzucanym przez okalające drzewa. Czekam. Nooo w końcu już wiem czym mnie obdarzono. To chmara. Nie całkiem jestem pewien, ale to chyba jakiś byczek, dwie łanie i ciele. Kiedy wychodzą na naświetlone przez Łysego miejsce widzę je wyraźnie. Co to za byk, to nie mam pojęcia, z tuszy widać, że jakiś chłyst, ale łańki widzę wyraźnie. Opieram się o buka, naciągam bezpiecznik, krzyż na nasadę karku, czerwona kropka ani drgnie…, prztyk!!! (Nie strzelam łań, kóz, cieląt, koźląt – nie mogę, coś się kiedyś przełamało we mnie i od tego czasu nie mogę. Łowczy burczy, że „ktoś musi plan wykonać”, ale czy to muszę być ja ? Jest tylu „młodych”, że o plan nie musimy się martwić). Czy strzał oddany z 50/60 metrów w takich warunkach mógłby być niecelny? Jelenie nawet się nie zorientowały, że właśnie wykonałem „wyrok” na jednym z nich.
Hmm... co tu robić? Wiecznie tu stać nie mogę. No trudno, ruszam dalej. Miłosierna gałązka strzela mi pod butem, a licówce wyraźnie się to nie podoba. Ostrożnie schodzi z polanki i za chwilę słyszę, jak dźwięki trzaskającego szusu oddalają się w dół potoku.

Siedzę już na ambonie. Niesamowite, co wyprawia z widzeniem i postrzeganiem taki księżyc w środku lasu. O ile haliznę widzę w miarę wyraźnie, o tyle przestrzenie między majestatycznymi 60/80 bukami pojawiają się i znikają, w zależności od tego jak chmury przesłonią srebnolicego. Cisza. Po chwili troszkę inna cisza: szur-szur, szur-szur, dokoła dywan wyschniętego listowia. Przymykam oczy i wizualizuje, jak porusza się kopyra. Właśnie tak: Dwa, trzy kicnięcia i przycupnięcie. I znowu: szur-szur, szur-szur. Nie widzę go, ale jestem pewien, że tam jest. Dziwne, tu, w środku lasu spotykam szaraka. Przymykam oczy. Pamięć przywołuje obrazy polowań na szaraki sprzed 15/20 lat. Cudne to były czasy. I chyba nawet nie w obfitości pokotu tkwi to rozrzewnienie. [Cofam się jeszcze dalej. Mam 14 lat. Ostatni miot. Po 11 miotach, dziadek miłosiernie wywołuje mnie z naganki. Ma już strzelone cztery koty. Po ruszeniu naganki podaje mi swojego cudnego Merkelka (horyzontalna, 16/70, różne bronie miałem od tamtego czasu, ale tak jak wchodził w strzał i prowadził się ten Merkel, to już żadna broń nigdy więcej). Szepcze mi do ucha: „strzelasz tylko za miot, jak sąsiad da dwa strzały”. Nagonka już blisko, „czyli jednak nic mnie w tym miocie” nie spotka. Strzelała głównie flanka. I oto gdy od „pomarańczowych „dzieli” nas jakieś 200 metrów wyrywa się gach. Tnie na sztych między nas, a sąsiada. Broń sama wędruje do ramienia. Dziadek przypomina: „Za miotem!” prowadzę kota na szynie, od strony sąsiada pada jeden strzał, drugi...]

Coś wybija mnie z rzewnego rozmarzenia. Coś się wkradło w to cichutkie stakato, jakim żyje las przy minimalnym wietrze. Zastygam w oczekiwaniu… Trzask! Jeszcze daleki, ale na tyle wyraźny, aby nie mieć wątpliwości… To coś grubego. Po kilkunastu sekundach kolejne chrupnięcie. Już bliżej. I znowu. To już niemalże pewność. Słyszę charakterystyczny szum zbliżającego się pociągu. Po kolejnej chwili słyszę już i delikatne pokwikiwania i nadzorujące fuknięcia lochy. Dźwięk dochodzi do skraju halizny i… cisza. Nooo… szacun dla twojej mądrości. Wiem co robisz. Uciszyłaś podopiecznych i nasłuchujesz niebezpieczeństwa. Oczyma wyobraźni widzę, jak wysoko podnosisz gwizd i łapiesz wiatr, jak łyżkami strzyżesz w kierunku niebezpiecznej, bo otwartej, a kuszącej nęciskiem halizny. Trwa to z 2/3 minuty. I w końcu odbój. Fuknięciem dajesz znać, że już im wolno. W światło polanki wylewa się cała hałastra. Jest z 3,4 przelatki, i kilka warchlaków. Co za widok! Całe towarzystwo zaczyna jakieś zapasy, wyścigi. Zawody i współzawodnictwo przetaczają to towarzystwo przez polankę. Tratując po drodze przysmaki na nęcisku. Starsze przelatki, a może wycinki gniewnie ofukują gówniażernię i czasem ja pogonią. Oczywiście tałatajstwo nic sobie z tego nie robi. Chłonę każdym zmysłem ten widok, dźwięk. Zdaje mi się, że czuję zapach „chlewni”, chociaż na wysokości 5 metrów, na których siedzę, to raczej niemożliwe. Cały czas nie widzę lochy. Dotychczas nie dotknąłem sztuća. Tylko lornetka i nieuzbrojone oko. Łysy daje popis swoich możliwości. Ze zdumieniem stwierdzam, że całe ciało opanował delikatny „dygot”. Niesamowite! Po prawie 20 latach polowania, taki widok potrafi mnie wprawić w gorączkę łowiecką @!@. Patrzę na broń i zaczynam się zastanawiać. Łowczy nakazał strzelać głównie warchlaki – coś tam nie tak z „strukturą wiekową”odstrzału. Ale jak to zrobić ?!? Ta dzieciarnia rozrabiająca 30/40 metrów od ambony to prawie, jak maluchy w parku na placu zabaw. Czy mam prawo przerwać życie jednego z nich?!? Noooo... ślicznie, jak tak dalej pójdzie, to zacznę myśleć i pisać posty jak forumowa Alette, reflektuję się w porę. Ta myśl mnie otrzeźwia. Już sztucer w dłoniach, zapodaje „czerwony” i wodzę lufą po polance. W lunecie dostrzegam w końcu lochę. Trzyma się nadal cienia i nie wychodzi w krąg poświaty księżyca. No koniec tego! Dwa trzy warchlaki uspokajają się na tyle, że nadążam je uchwycić w krzyżu. Ostatnia myśl przed ściągnięciem spustu: albo to będzie królewski strzał, albo pudło! Łapię gwizd jednego z nich i delikatnie przesuwam krzyż na łyżkę… strzał!

Wsłuchuję się w bicie swojego serca i łomot, jaki czyni uchodząca wataha. Za chwilę pozostaje tylko bicie serca… W lornetce widzę delikatnie piszącego testament warchlaka.

Będziesz w mojej pamięci zapisany, jako „Brązowy”. Bez tego meczu i mojego późnego wyjazdu w łowisko Twoje ścieżki nie splątałyby się z moimi. Jak zawsze proszę cię o wybaczenie i oddaję hołd twojej śmierci…

PS. Oczywiście strzał do jelenia w tych warunkach nie był regulaminowo możliwy, ale nie w tym rzecz...
Na marginesie, mam wątpliwości, co do zasadności takiego zapisu. Śmiem twierdzić, że przy księżycu, na białej stopie, jestem w stanie podjąć trafniejszą decyzję, niż w sytuacji kiedy oddaje się pośpieszny strzał do uchodzącej z pędzenia chmary :-/ A Byki na zbiorówkach w ogóle nie powinny być strzelane, bo to urąga jakiemukolwiek rozsądkowi !#$!@#%!




30-10-2009 18:00jani
Witam! Widzisz, Kolego Manek67, ma rację HubertC, kiedy pisze o krytyce: poddajesz się jej, albo nie pisz! A prawdziwa cnota, jak pisał Książę Biskup, krytyk się nie boi! Czytam wszystkie tu opowiadania, ale przestałem je komentować, by nie wzbudzać złych emocji autorów. Dlatego, że krytyka mniej polega na pochwałach, a bardziej na wytykaniu błędów: i to jest święte prawo krytyki!
Dlatego też nie pisałem o błędach HubertaC, choć jego opowiadanie było dobre! Nie pisałem też o błędach w "Brązowym dziku", sam widzisz, że łatwiej jest wytknąć coś, trudniej samemu napisać dobrze! Miałeś za złe Hubertowi, że nie napisał o rozpoznaniu rogacza! A w Twoim, Szanowny Kolego, opowiadaniu, nie napisałeś, że otworzyłeś oczy po pierwszym ich przymknięciu! Nie da się przecież przymknąć oczu, przedtem ich nie otworzywszy, wszak były już przymknięte!
Oto dwa cytaty z opowiadania:
1 "Przymykam oczy i wizualizuje, jak porusza się kopyra "
2 "Dziwne, tu, w środku lasu spotykam szaraka. Przymykam oczy."
A poza tym, jeśli nie wykraczać poza te zdania: co to znaczy 'wizualizuje'? Czy nie można napisać po polsku?
O innych błędach stylistycznych, interpunkcyjnych, gramatycznych nie będę już pisał. Życzę weny w nowych opowieściach, one dobrze się czytają!
Pozdrawiam, darz bór!
27-10-2009 10:47mariandzikManek 67 - masz bardzo zdrowe podejście i do łowiectwa i do ludzi - nie dążysz do konfliktu. A to co piszesz świadczy o tym jakim jesteś myśliwym. Oby więcej takich. Pomimo, żem młody też jestem taki i nie napiszę tu, ze tylko staram się być. Polowanie przy ojcu lub dziadku w latach mlodzieńczych uważam za sielankę łowiectwa tamtych czasów. Wiele takich opowieści słyszałem, a Ci co to opowiadali pamiętali te chwile jako jedne z tych najpiękniejszych, niezapomnianych polowań. Niestety mi nie było dane, bo w rodzie jako pierwszy poluję, ale kto wie czy mój synek tego nie uświadczy. Darzbór.
26-10-2009 14:20ULMUSZ N A K O M I T E !!!
25-10-2009 23:36Hubert CKolego Manek67. Nie żądałem od Ciebie przeprosin za krytykowanie mojego opowiadania, czy mnie samego(choć już to było dalekim posunięciem z Twojej strony), tylko za obrażenie mnie zdaniem, że moje inicjały kalają kogoś innego. Opublikowane opowiadanie wiadomo, że jest wystawione na krytykę, jak każda twórczość-jednak chyba jesteś w stanie odróżnić krytykę twórczości autora od obrażania tegoż autora. Ocenianie kogoś po krótkim opowiadaniu to zwykłe oszołomstwo i brak kultury. Wzmianka o tym, że strzeliłem szydlarza była od początku, nic nie dopisywałem. Jeśli natomiast chodzi o polowanie w nocy to zauważ, że ja nikogo za to nie krytykuję, ani się nikogo nie czepiam, to Ty sam sobie to dopowiedziałeś. Ja tylko piszę, że uważam to za złe, i że ja w ten sposób nie poluję. I bardziej niż o bezpieczeństwo, chodzi mi o danie zwierzynie spokoju w nocy. Natomiast dawanie broni na polowaniu dzieciom to od co najmniej 60 lat łamanie prawa łowieckiego i ustawy o broni, więc tutaj nie mam nic do dodania.

pozdrawiam
darzbór
25-10-2009 13:09Manek67Oczywiście poprzedni komentarz dotyczy Kol. Huberta C. i jego opowiadania "Przejazdem" :-))
25-10-2009 13:07Manek67Hm... "ja w nocy nie poluję"... hmm... strzeliłem około 30 dzików na zasiadkach lub z podchodu, przy księżycu, ŻADNEGO, ale to żadnego przy dziennym świetle czy szarówce. Takie "zwyczaje" mają czarnuchy w moich okolicach. Wychodzą późno, schodzą wcześnie i mam z tego powodu nie polować? (Opatrzność i własny rozsądek pozwoliły mi jak dotychczas nie popełnić błędu, ani co do płci, ani żaden mi nie uszedł - oczywiście drugie tyle mogłem strzelać, ale warunki rozpoznania czy inne okoliczności przemawiały przeciw, więc poszły nie strzelane.) Więc niby dlaczego Kolega stawia w gorszym świetle tych, co tak polują? Skoro, po pierwsze, jest to zgodne z regulaminem polowań, po drugie; to cudne polowanie: podejście tak czujnego zwierza na otwartym polu po ścierni, która żadnego ukrycia nie daje (nawet tropienie po białej stopie nie jest tak emocjonujące)

Żąda Kolega przeprosin? Od takiego NIC? którego komentarze po Koledze "spływają"? Trochę dziwne. A po co to Koledze ? Zdanie takiego robaka jak ja, chyba Kolegi nie obchodzi? :-D

Z użycia "łyżki"/"słucha" wytłumaczyłem się kilka dni wcześniej, więc mógł sobie KOlega darować (ale jak się nadarzyła okazja do odgryzienia to należy dać przykład wzorowej wielkoduszności ... prawda?
Errare humanum est Kolego.
Nie płaczę, poszedłem w publicity, to należy mi się krytyka za kardynalny błąd.

Co do jeleni - to jeżeli Kolega jeszcze raz przeczyta ten fragment, to chyba będzie oczywiste, że ani przez moment nie zamierzałem dać strzału. To było jak najbardziej symboliczne, spuszczenie przyśpiesznika.

"Czternastolatek z bronią ..." Echhh... Kolego, Kolego. Jeżeli Kolega jest w stanie sięgnąć do jakiejkolwiek literatury typu Ejsmond, Wańkowicz czy choćby Żeromski, lub Łowca Polskiego z dawniejszych roczników, to niewątpliwie znajdzie tam Kolega przykłady polowań wykonywanych przez "nieuprawnionych smarkaczy" Przez wiele lat było to tak "oczywistą oczywistością", że nikomu nawet nie przyszło do głowy aby to kwestionować. Tak było i przez wiele lat po wojnie. Śmiem twierdzić, że jeszcze w chwili obecnej funkcjonują Koła, gdzie danie do ręki dubeltówki synowi (który jest na "wiecznym" stażu) przez Ojca, nie budzi niczyich kontrowersji i nie skutkuje sprawą u Rzecznika. Oczywiście, wszystko tu polega na odpowiedzialności, mądrości i zaufaniu. Współczuję Koledze, że nie mógł dorastać i poznawać arkany łowiectwa w takiej atmosferze, ale zdaję sobie sprawę z tego jak wielkie miałem szczęście :-))))

NO i dochodzę do ostatniej kwestii. Na chwilę obecną widzę w tekście Kolegi zdanie, którego, dałbym głowę, nie było w momencie publikacji: "Oto leżał przede mną, jak się później okazało, dziewięcioletni szydlarz" Nooooo ..., jak to teraz przeczytałem, to mi o mało "szczena nie wypadła. Dałbym głowę, że tego zdania w tekście pierwotnym nie było, ale....nie jestem pewien... Jeżeli tak, to rzeczywiście Kolegę przepraszam, ale... mam dziwne wrażenie, że coś tu jest nie tak. Takie sytuacje, jak "niedoczytanie", czy ominięcie całego zdania mi się nie zdarzają... ale z drugiej strony... . Stary już jestem...:-/ Więc na wszelki wypadek przeproszę i będę miał spokojniejsze sumienie.

Co nie zmienia faktu , że nie zgadzam się z Kolegą co do "pryncypiów" polowania, ale o tym wątku o Kolegi opowiadaniu.

Darz Bór :-)
24-10-2009 13:12Hubert CKolego Etyku, bardzo fajne opowiadanie, tylko, że: płowej w nocy nie strzelamy(wiem napisałeś na końcu). Dzik ma słuchy, a nie łyżki. A czternastolatek ze strzelbą w ręku...? sorry, ale Twoje komentarze jeszcze bardziej po mnie spływają.

Jeśli chodzi o polowanie w nocy to ja w nocy nie poluję wcale i uważam to za zło, i wcale nie konieczne. Ale nie czepiam się kolegów, którzy tak robią. Trochę tolerancji!!! Czekam na przeprosiny w sprawie kalaia inicjałów

db
21-10-2009 10:33Manek67Mea culpa, oczywiście że "słuchy", jakoś mnie zupełnie zatumaniło ;-P PS.prawdę powiedziawszy coś mi w tym "zgrzytało" ale odparłem wytłumaczyłem sobie, że "czarny zwierz" nie może mieć byle "słuchów" jak mizerny szarak. Nie chciało mi się po Hoppego sięgnąć, a przecież stoi na półce na wyciągnięcie ręki. (posypuję głowę popiołem).
Dziękuję za korektę i Darz Bór Kolego MarianDzik :-))
20-10-2009 16:06mariandzikFajna przygoda. Czasami warchlak wejdzie duzo bardziej w pamięć niż orężny dzik. Fajnie napisane. Doczepiłbym siętylko łyżki u dzika. Uchom, słuch - tak, ale nie łyżka. Ale bez urazy proszę. Zawsze zwracam uwagę i pożądam, aby ktoś mi ją zwracał - nauka na błędach. Pozdrawiam i Darzbór.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.