DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Trapper22-01-2014
Dotknąłem jej rogów

Znowu miałem szczęście. Wylosowałem licencję na bisona, która przydarza się myśliwym średnio co 25 lat. Mimo wszystko dylemat. Jechać, nie jechać, bo tu dom w budowie i tyle pracy, rozmyślam. Bison jest symbolem dzikiej Ameryki; powinieneś jechać, przekonywał mnie mój przyjaciel Larry, z którym kiedyś sporo polowałem. Decyzja - jadę.

Pogoda psia. Mróz - 19 stopni a do tego bardzo silny wiatr powoduje, że odczuwalna temperatura jest - 39 stopni Celsjusza. Wszyscy, którzy wiedzieli że zamierzam jechać, kręcili głowami. Psa by nie wygnał, a oni tu zamierzają spać w namiocie. Jak się okazuje, to nie tylko ja jestem taki nierozsądny, bo mój kolega Larry też się pisze na wyprawę. A wiec są dwa głupki, a nie jeden, komentuje żona. Trochę mnie to pociesza, że nie odstaję zupełnie jeśli chodzi o granice zdrowego rozsądku a poza tym potwierdza to argument, jak cenna jest ta licencja na bisona.

Podróżujemy 400 km na północ, trafiając na miejsce o godzinie 22.00. Postanawiamy przespać się w samochodzie aby wyruszyć rano na skidoo. O świcie wyruszamy z całym ekwipunkiem, ciągnąc za każdym skidoo tobogany. Istnieje możliwość, że będziemy mogli spać w domku myśliwskim ale na wszelki wypadek zabieramy duży, płócienny namiot, gdyby jednak domek myśliwski był zajęty. Około godziny 14.00 docieramy do domku myśliwskiego po 20 km jazdy na skidoo. Domek jest pusty. Zostawiamy tobogany i jedziemy wzdłuż jeziora gdzie na bagnach porośniętych turzycami powinny być bisony.

Na końcu jeziora jest 7 bisonów. Puszczam psa. Po kilku minutach głosi niskim tonem Sobol, obwieszczając że znalazł grubego zwierza. Wiem na pewno, że to gruby zwierz ponieważ Sobol inaczej szczeka na wiewiórki. Próbuję dotrzeć do miejsca gdzie słychać szczekanie Sobola ale po chwili szczekanie oddala się. Teraz wiem, że Sobol znalazł stado, gdyż jeśli byłaby to pojedyncza sztuka (byk) lub krowa z cielakiem wtedy na pewno byłby w stanie osaczyć. Stado uchodzi stopniowo w głąb lasu tak, że nie udaje mi się do nich dotrzeć ponieważ robi się ciemno.

Larry komentuje, że pies spłoszył bisony i że jest mało przydatny. Wracamy do domku myśliwskiego. Psa nadal nie ma. Wyglądam kilka razy ale nadal go nie ma. Wreszcie po 3 godzinach wychodzę na brzeg jeziora z latarką na głowie i już z odległości ok 200 m słyszę, że Sobol szczeka coś do mnie. Kilka razy już się tak zachowywał, ilekroć wracał po gonieniu zwierza. To trochę dziwne zachowanie. Wygląda jakby mi chciał coś przekazać.

Następnego ranka w drodze do miejsca gdzie widzieliśmy bisony natrafiamy na świeży ślad bisona i świeże dochody na szlaku Skidoo. Teraz wiem dlaczego Sobol tak długo nie wracał. Niestety nie ma bisonów w okolicy. Wracamy do domku myśliwskiego aby się posilić. Około 1 km od domku myśliwskiego natrafiliśmy na świeże tropy dwóch bisonów. Krowa z cielakiem przeszła przez drogę.

Tym razem nie zabrałem Sobola ponieważ wyszliśmy z założenia, że jeden pies nie jest w stanie osaczyć stada bisonów a może je tylko spłoszyć tak jak to było wczoraj. Słońce zachodziło szybko wiec potrzebna była szybka decyzja czy wracać po psa czy nie. Wracam po psa, mimo że przesąd mówi, że nie wolno się wracać. Po dziesięciu minutach wracam z Sobolem i pies szybko podejmuje trop lecz zataczając koło znowu wraca na drogę. Wydaje się, że już po wszystkim. Nie ma bisonów. Wtem Sobol ustawia się pod wiatr i szybko daje nurka w las. Za chwilę słyszę typowe niskie tony szczekania o rożnej intensywności, w miarę jak bisony próbują odpędzić delikwenta. Takie coś małe, białe a robi tyle hałasu, pewnie myślą. Niezła akcja. Tylko czy jest w stanie przytrzymać bizony zanim tam dojdę.

Jest około 30 cm śniegu, wiec nie jest źle, tylko te zarośla wierzbowe utrudniają przedzieranie się do celu. Po około 100 m zarośla wierzbowe się kończą i otwiera się kilkuhektarowa polana, kompletnie stratowana przez bisony. Sądząc po odchodach i legowiskach widać było, że spędziły tu co najmniej jeden dzień.

Przystaję i rozglądam się dokładnie. Sobol szczeka intensywnie ale mam do niego dobre 200 m, sądząc po głosie. Robi się coraz ciemnej wiec rozważam w myślach, że może należałoby wracać, ponieważ nie będę w stanie nadążyć z przemieszczającą się akcją. Przez chwilę mam wrażenie jakby ktoś na mnie patrzył. Odwracam się i widzę ogromny czarny, majestatyczny cień, majaczący w szarości pogranicza zmierzchu i nocy. Ogromna głowa przystrojona w wielką, bujną czuprynę. Pomiędzy rogami zanikające w szarości, czarne błyski dwóch oczu.

Jaka ta natura niesprawiedliwa. Taki bison ma taka czuprynę a ja nie mam na głowie ani jednego włosa, nasuwa się refleksja. Ale skoncentrujmy się na polowaniu, myślę. Mam tylko wąską ścieżkę przez zarośla wierzbowe, gdzie mogę posłać kulę z nadzieją, że nie natrafi na gałązkę i będzie po wszystkim. Zwinny, krótki Ruger Alaskan patrzy okiem kalibru 375 na serce bisona. Pada strzał i bison wykonuje nieznaczną rakietę wyprostowując przy tym ewidentnie przednią nogę, po czym znika w zaroślach. Jestem dobrej myśli, ale w podświadomości biorę pod uwagę, że kula mogła musnąć gałązki i bison dostał tylko odłamkami. Zaznaczam miejsce z którego strzelałem czerwoną wstążką i podążam do miejsca gdzie stał zwierz. Nie ma farby. Wracam do miejsca z którego strzelałem, a w międzyczasie pojawia się Larry na swym skidoo. Jak on się tu przedarł? Widocznie stary przewodnik wie, jak nawigować w lesie.

Wracam na miejsce, z którego strzelałem a Larry szuka farby. Jest farba, i to sporo. Pewnie leży gdzieś w pobliżu, mówi Larry usypiając moja czujność. Albo jest śmiertelnie ranny i go łatwo dojdziemy, albo uszedł daleko i go nie znajdziemy bez psa, robię w myślach dalsze założenia.

Ładuję mimo wszystko nabój do komory i zabezpieczam broń. Mam drugi nabój pod zamkiem. Powinno być OK. Robi się coraz ciemniej. Z latarką na głowie, z bronią na ramieniu idę pierwszy a za mną Larry bez broni, lekko z tyłu po prawej stronie. Stopniowo, systematycznie tropimy rannego zwierza. Po ok 50 m wchodzimy miedzy drzewa i nagle coś czarnego posuwa się szybko w naszym kierunku. „Get the f.......ing gun” krzyczy Larry. Niezgrabnie chwytam szybko za bron przyklejoną do plątaniny zimowego ubrania. Mimo, że bison coraz bliżej, nadal żyje we mnie słaba nadzieja, że coś się stanie takiego, co go zatrzyma i nie będzie bezpośredniego zderzenia. Nadal próbuję odkleić broń z ramienia i potrącam przy tym Larrego, który nurkuje pod gęsty świerk, szczęśliwy pewnie że mógł się tam schować. Teraz bison widzi tylko mnie. To ty jesteś przyczyną mego bólu. Tak, to ja chcę Ci odebrać życie, odpowiadam w myślach. I znowu ta sama sytuacja. Jeden z nas może tylko przeżyć: albo on albo ja. A gdzie jest Sobol, Mr. Sobolewski? Szczekanie ucichło.

Nadal zmagam się z bronią i wtedy jak w zwolnionym filmie buchhhhhhhhhhhhhh ogromny kłąb pary bucha z nozdrzy zwierza jak z czarnego parowozu. Robi się biało dookoła. Teraz odległość jest już bliska zera. Czuję zapach oddechu zwierza i zapach stajni. To właśnie uświadamia mi, że musi być bardzo blisko. Po omacku odruchowo wyciągam ręce jakbym chciał zatrzymać nadjeżdżający pociąg. Wtedy moje ręce napotykają na śliskie rogi i miękką czuprynę. O kurcze, dotknąłem jego rogów. I tą miękką czuprynę??? Wierzyć się nie chce. Dotknięcie miękkiej czupryny powoduje chwilowe odwrócenie myśli od bezpośredniego niebezpieczeństwa, tak jakby delikatność czupryny była zaprzeczeniem niebezpieczeństwa. Wtem gwałtowne otrzeźwienie. To przecież bison, który może podrzucić cię na swych rogach a potem stanąć na tobie i nie będziesz mógł oddychać, uświadamiam sobie. Ile razy słyszałeś o tym jak zabił wilka albo niedźwiedzia, wciska mi się do głowy świadomość realnej rzeczywistości. Zaraz będziesz miał delikatność, jeśli się szybko nie opamiętasz, coraz głośniej krzyczą do mnie podświadomości. Strzelaj jak najprędzej albo będzie po tobie.

A gdzie jest strach? Nie ma. Przyzwyczajony do tego, że całe dotychczasowe życie spędziłem wśród zwierząt nie dopuszczam do swojej świadomości, że może mi się stać coś złego. Na pewno wyjdę z tego cało, upewniam się w myślach.

W tym momencie następuje bezpośredni kontakt ze zwierzem. Próbuję jak mogę mocować się z bisonem ale kończy się na tym, że bison jednym machnięciem łba podrzuca mnie do góry i ląduję na tyłku kilka metrów dalej. Nie czas na żarty, ale przypomina mi się żart: „Zimna d...a”. Tak, czuję zimno śniegu. Strzelaj, strzelaj szybkoooo; znowu krzyczy podświadomość.

Spontanicznie, jakimś cudem broń ląduje mi pod pachą. Następny cud: po omacku udaje mi się odbezpieczyć broń. W tym czasie bison wycofuje się i przygotowuje się do następnego ataku. Przez moment bison ustawia się na komorę. Błyskawicznie udaje mi się wykorzystać ten moment. Siedząc na śniegu strzelam z biodra, bliżej niż pięć metrów prosto w kręgosłup. Bison robi gwałtowny skręt prosto w moim kierunku i miękko opada. Resztkami sił wyciąga szyję, macha łbem próbując jeszcze dosięgnąć mnie rogiem. Mija moją stopę dosłownie o kilka centymetrów. Zastyga.

„That was cool” krzyczy Larry wygrzebując się spod pobliskiego świerku.
“Cool” ??? "Cool???” Peeewnie, odpowiadam.
„We were charged by a buffalo”, krzyczy dalej Larry.
Pochylamy się nad bisonem i Larry zauważa, że bison miał złamany jeden róg. Była to samica. „Cale szczęście, że uszkodziłeś jej przód i była bardzo słaba. Bardzo dobrze wiedziała jak używać swych rogów” komentuje Larry. Śliskie rogi, zapach stajni i ta miękka czupryna cały czas tkwią w mojej pamięci. Jestem bardzo blisko natury.

Wreszcie pojawia się zziajany Sobol. Siada przede mną i patrzy na mnie kręcąc głową przepraszająco jakby chciał mi wyjaśnić dlaczego nie było go przy mnie gdy go tak bardzo potrzebowałem i że miał dla mnie bisony i że biegł bardzo szybko i że robił co mógł aby zasłużyć na kawałek bisona. No dobrze już, drogi psie. Ja wiem, że ty się zawsze bardzo starasz, mówie do niego. Gdyby nie ty, nawet nie wiedzielibyśmy, że bisony są zaledwie 100 m od drogi. A jaki ty musisz być dzielny, aby za każdym razem mieć odwagę by stawać oko w oko z tymi niebezpiecznymi zwierzętami, ryzykując bezpośrednio swym życiem, mówię dalej do niego.

Wracam do domu. Witam się z żoną, która jest uradowana że wróciłem i że udało nam się upolować bisona. Opowiedz jak było: a czy było bardzo zimno? a czy mieliście wystarczającą ilość jedzenia? Tak, tak, odpowiadam. Było to bardzo fajne i ciekawe polowanie.
Cały sekret szczegółów polowania pozostawiam w lesie.




20-02-2014 15:24msol5"Zwinny, krótki Ruger Alaskan patrzy okiem kalibru 375 na serce bisona"
z przyjemnością zapamietam to zdanie. Gratuluję przygody, była naprawdę mocna. Z narastającą ciekawością przeczytałem tę opowieść, pozdrawiam, darz bór, msol5
22-01-2014 16:51sumada+++

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.