DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: jani01-09-2006
Żeberka z puli

Słońce zapadło już za horyzontem, gdy Jan usiadł pod pniem olchy. Oparł się plecami o drzewo i podciągnął kolana pod brodę.
Listopadowy przymrozek warzył resztę liści. Opadały z lekkim szelestem na oszronione trawy. Było tak cicho, że słyszał pisk myszy biegających od norki do norki sobie tylko znanymi ścieżkami.
Jan wsłuchiwał się w ciszę wieczoru przez kilkanaście minut, więc nie zaskoczył go ostry dźwięk złamanej gałązki.
- Dzik... to na pewno dzik – pomyślał.
Ten pierwszy sygnał idącego zwierza usłyszał z prawej strony, nieco z tyłu.
- Czekaj, spokojnie czekaj – usiłował uspokoić przyspieszone bicie serca. Wtem trzasnęła druga gałązka i zaszeleściła sucha trawa... Nie odwrócił gwałtownie głowy wiedząc, że dzik jest kilka metrów od niego. Zastygł w bezruchu. W chwilę później już wyraźny odgłos stąpania przesunął się za nim w lewo. Kątem oka dostrzegł wyłaniający się z melioracyjnego rowu ciemny kształt.
- Jeszcze sekunda... byle mnie nie zwietrzył – ręce Jana kurczowo ściskały kolbę sztucera. Gdy gruby przelatek ruszył groblą oddalając się ukosem w prawo, Jan podniósł broń do oka. Odległość była niewielka. Krzyż lunety precyzyjnie spoczął na karku zwierza. Po strzale dzik nie zerwał się do szalonego biegu, nie uderzył z impetem w zarośla. Nie zrobił żadnego ruchu zaznaczającego trafienie. Po prostu siadł w zmarzniętych trawach, jakby kładł się do snu.
Jan szybko przeładował broń, potem bacznie obserwował strzelonego dzika. Ani śladu ruchu. Tylko z nawisłej gałęzi olchy wirując i kołysząc się, spadał kolejny liść. Gdy leciutko zaszeleścił w trawach, Jan wstał i podszedł do zdobyczy. Oparł sztucer o najbliższe drzewo i przewrócił dzika na bok. Już zamierzał sięgnąć ręką, by wymacać wlot kuli, gdy nagle znieruchomiał. Tuż za nim rozległo się ostre fuknięcie i trzask łamanych gałęzi.
- Odyniec! – przemknęło mu przez myśl.
Nie stracił ani ułamka sekundy. Rzucił ręką po broń, równocześnie obracając się w tył. Kciuk na bezpieczniku, spust, pod lunetą gwizd i małe słuchy. Strzał szarpnął ramieniem ledwie dotkniętym przez kolbę. Dzik trafiony w skoku uderzył w przeciwległą skarpę i zwalił się na dno rowu. Jan siadł na ziemi. Chciał ochłonąć i stłumić drżenie rąk. Jego spokój i opanowanie wracały powoli, pozwalając mu uświadomić sobie, co się stało i co mogło się stać. Gęstniał mrok i coraz głębsze cienie pełzały od olszyny w głąb łąki. Jan poczuł zimno. Wstał i wyjął z kieszeni nóż.
Wiadomość o niecodziennym rozkładzie rozeszła się szybko. Padały i przedtem dziki w tym obwodzie, ale rzadko i przypadkowo. Niemniej zdarzenie rozpaliło tkwiące w większości łowców pragnienie przygody. Następnego popołudnia kilku potencjalnych pogromców czarnego zwierza zjawiło się w łowisku. Dla porządku i bezpieczeństwa łowczy wyznaczył miejsca zasiadki. Janowi wypadło stanąć z dala od spodziewanych dzików. Zresztą uhonorowany przez św. Huberta wczorajszą sławą nie chciał odbierać kolegom szans na zdobycie tej sławy dziś.
- Nie co dzień świętego Jana – pomyślał idąc na swe stanowisko.
Stanął przed pojedynczą olchą ze sztucerem na pasku. Nieciekawie tu było. Dziesięć metrów przed nim zwarty gąszcz łozowych zarośli, w lewo – niewielka łączka zamknięta znów zaroślami.
- Nic tu nie wyjdzie, chyba jakaś zwariowana para – uśmiechnął się bezgłośnie do wczorajszych wspomnień. Zmierzch zapadał szybko, jak wczoraj. Te same zalegały wokół cienie, te same szelesty spadających jeszcze liści. W pewnej chwili Jan spostrzegł sznurującego wprost na niego lisa. Rudzielec nie widział nieruchomej sylwetki myśliwego, zwietrzył go dopiero z kilku metrów. Nie zatrzymał się, ale zrobił nagły zwrot i jak się pojawił, tak zniknął między trawami. Jan patrzył na drogę ucieczki lisa. Bezwiednie podniósł nieco wzrok i dopiero wtedy uświadomił sobie, że patrzy wprost na potężny, czarny łeb wystający z zarośli. Nie zauważył, kiedy ten łeb wychynął z gąszczu. Nie usłyszał żadnego chrzęstu, żadnego przedzierania się przez krzaki.
- Zjawa! – nie mógł sobie racjonalnie wytłumaczyć tak nagłego pojawienia się dzika. Ale odyniec wynurzył się już cały. W połowie łączki sięgnęła go kula Jana.
Od stojących opodal ambon nie dobiegł żaden odgłos.
Trzeciego wieczoru w łowisku był prawdziwy zlot myśliwych. Stali na moście, rozmawiając przed rozejściem się na wyznaczone stanowiska.
- Chyba poumawiałeś sobie te dziki? – próbował ktoś żartować. Jan opowiedział o spotkaniu z lisem, o dziku-zjawie i łatwym do niego strzale.
- Miałem wyjątkowe szczęście – jakby się usprawiedliwiał.
Wreszcie się rozeszli. Jan został na moście. Nie chciał zagęszczać stanowisk na ambonach, tym bardziej, że w ciągu dwóch wieczorów strzelił trzy dziki. Przyszedł tu, by raczej kibicować, choć sztucer wziął ze sobą. Żołnierz bez karabinu...
Usiadł na poręczy mostu, tyłem do rzeki, łąk i olszyny. Kilkaset metrów przed nim pole po zebranej kukurydzy przemierzał pracowicie tam i z powrotem ciągnik z pługiem. Na jednym z nawrotów Jan spostrzegł w światłach ciągnika trzy ciemne sylwetki. Dziki buchtowały pole i spychane przez traktor ku rzece znalazły się kilkadziesiąt metrów od mostu. Stanęły nad wodą niezdecydowane.
Jan czekał, spodziewając się strzału któregoś z kolegów. Choć ambony były daleko, tam też mogły wyjść dziki. Nie chciał tak łatwego sukcesu. Liczył w myśli sekundy:
- ... trzy, cztery, pięć...
Nie strzelane dziki ruszyły truchtem, oddalając się od rzeki. Strzału nie było, wyładował emocje przekleństwem.
Tymczasem ciągnik z pługiem dojechał do końca pola i zakręciwszy, błysnął światłami w trójkę dzików. Te zawróciły i powtórzyły poprzednią drogę. Jan znów liczył sekundy.
- ... dziesięć, jedenaście, dwanaście... strzału od ambon nie było.
Nie chciał czekać już dłużej, musiał wykorzystać myśliwski fart. Zdjął sztucer z ramienia. Trzy celne strzały padły w ciągu kilku sekund; przerywane tylko szczękiem ryglowanego zamka, wzbudzały narastające od lasu echa.
A potem był już tylko coraz gęstszy mrok, przecinany smugami pracującego w dali ciągnika. Z tego mroku wyłoniły się sylwetki myśliwych.
- Do czego taka kanonada? Do czego strzelałeś? – pytali jeden przez drugiego.
- No, przecież dziki... wyszły... – Jan tak jakoś niezręcznie tłumaczył się przed kolegami - ... napędził je ciągnik... nie chciałem początkowo strzelać...
- Tyle razy do dzików? – z niedowierzaniem badał łowczy.
- Ile położyłeś? – ktoś zapytał rzeczowo.
Jan przyszedł do siebie po przeżytych emocjach.
- To nie liczyliście strzałów? – odpowiedział pytaniem.
- Nie do wiary! Tryplet! – doszedł ich głos znad rzeki.

Wszystko to zdarzyło się naprawdę.
Było wtedy u nas nad Bzurą jeszcze sporo wieczornych zasiadek i nocnych czat. Ale prawdziwe zakończenie z morałem zdarzyło się w dniu, w którym łowczy, chcąc jakoś tak po równo rozłożyć myśliwskie powodzenie i zdobycze, zarządził polowanie "do puli". Sądził, że łaskę św. Huberta można darować według rozdzielnika.
Pod ambonę wyszedł mu niezły przelatek i Jan wylosował z podziału dziczą łopatkę i kawał żeberek.




23-12-2006 22:57DriadaOpowiadanie pięne, choć moment w pierwszym dniu, kiedy ustrzelił szarżującego dzika był zbyt szybki;)
Ja osobiście nie mam przekonania co do wielokrotnego strzelania. Tryplet?? O dwa za dużo...
Pan Jan miał ogromne szczęście:) Ale ja bym na jego miejscu odpuściła dwóm ostatnim chociaż...
02-09-2006 09:42krogulecOj jesiennie się zrobiło, dziczo i jesiennie. A święty Hubert ma swych wybrańców i na nic wybiegi i fortle .... ot jak mawiają na wschodzie taka "karma".Pisz Jani częściej .Pozdrawiam
01-09-2006 20:53Alej.....Może to nawet i prawda ... Ale nie psuł byś krwi ludziom! Pozdrawiam bez zbędnej zwłoki :))

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.