DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ANDY06-02-2007
Kuropatwy

1 września. Upał. Potężny i rozleniwiający. Dość późno rozpoczęliśmy dzisiejsze polowanie i teraz wleczemy się poprzez łęty w kierunku widocznego w oddali wału przeciwpowodziowego z nadzieją, że znajdziemy jakieś stadko kur. Wolno i co chwilę ocierając pot skapujący po nosie i czole podnoszę coraz bardziej oporne nogi. Nie wiem po co mi te cholerne gumiaki. W trawie nie ma nawet kropelki rosy. Niech no tylko dojdę z powrotem do samochodu – jak nimi palnę to ślad po nich zaginie...

Dochodzę do końca łąki i patrzę w lewo aby zobaczyć co robi suka. Ona też wlecze się dziś jakoś niemrawo. Nagle, to niesamowite, nagłe – frrrrr, eksplodujące pod nogami. Do końca dotrzymywały wyciekając przed nami a wlekąca się z boku suka z skośnym wiatrem ich nie czuła. Składam się wolno, bowiem są jeszcze blisko i kątem oka widzę jak robi to również mój kolega. Kury skręcają w jego stronę więc łapię na muchę skrajną z lewej i ciągnę spust. Obłoczek piór w powietrzu i opadająca w trawy sylwetka. Nie strzelam więcej bowiem ze stadka opada kolejna sztuka strzelona przez sąsiada. Suka pognała po aport i znosi kury zziajana ale z roześmianą kufą, wreszcie coś się dzieje. Troczę swoją i ocieram twarz. Znów nie mam z sobą nawet kropli wody. Nigdy mi się nie chciało nosić toreb. Teraz mam za swoje. Stadko zapada w kącie między wałem a schodzącą z niego drogą. Cholernie to daleko. Postanawiamy podejść jeszcze do łanu ogromnej kukurydzy i oddzielonego od niej poprzez jakąś uprawę potężnego ziemniaczyska. Suniemy wolno poprzez jakieś trawy i resztki uprawy i gdy tylko przechodzę obok narożnika kukurydzy znów słyszę znajome frrrr... ale tym razem nie wstrząsa mną jak zwykle. Duże stadko wachlarzykiem wypryskuje w powietrze kierując się za zbawczą kukurydzę. Widzę nad łodygami wiosłujące sylwetki i gdy jedna z nich osiada na czubku strzelby, ciągnę spust. Opada w zieloną rozwichrzoną czubkami kwiatostanu masę. Następna po strzale niesiona pędem, łukiem opada poza kukurydzę i podskakuje na trawie łąki. Tę szybko dopada pies i dławi. Zbieramy co spadło i idę jeszcze obejrzeć czy zielono białawe liście widoczne kawałek dalej kryją już pod sobą grubą soczystą gruszkę owocu karpiela. Bardzo chce mi się pić – może jakoś tym oszukam pragnienie a poza tym bardzo lubię tą pastewną roślinę. Dochodzę i rozchylam grube liście i w twarz bucha znajomy furkot. To jakaś zamyślona chyba kurka. Wzlatuje nad karpielami i trafiona wiązką śrutu z chrzęstem grzęźnie w białawo - zielonym dywanie uprawy. Pies wpada w karpiele a ja wydzieram jednego z ziemi. Jeszcze nie jest dojrzały, ale szybko ścinam grubą skórę razem z resztkami czarnej ziemi i wbijam zęby w biały chrupiący środek. Żuję soczysty i ostry w smaku kawałek, starając się wycisnąć z niego jak najwięcej soku. Zaschnięte gardło z ulgą przyjmuje cieknący i piekący sok. Żuję i popatruję jak suka obkładając liście wsadza łeb i wystawiając go z powrotem ma w pysku aport. Niestety w nagrodę nie mogę ją uraczyć sokiem z karpiela bowiem jak podsuwam jej bulwę pod wietrznik z obrzydzeniem odsuwa pysk. Ma rację, to danie raczej dla rogacizny...

Głaszczę jej łeb i obiecuję kąpiel w rozgrzanym Dunajcu w kierunku którego wolno zmierzamy. O udo obija mi się wisząc na trokach kilka szaro-brunatnych ptaszków... Łąka huczy jakimiś owadami i odurzająco pachnie. Czas dostatniego i obfitego we wszelkie owoce lata. Dopiero rozpoczął się sezon na kaczki i sierpniowe zloty na ścierniskach. Teraz kury a za kilka tygodni rozpoczną się polowania na królewskiego ptaka. Później szelest spadających złotych liści i odgłos trąbki obwieści czas na grubego zwierza...

Głęboka, zimna i wietrzna jesień. Listopad wycisnął na polach swe piętno. Nie ma żadnych upraw poza rzepą, której fioletowo-białe bulwy wystają z mokrych bruzd ziemi. Resztki jakichś niedociętych główek kapusty i jedynie widoczna w oddali ogromna pryzma buraków czekająca na transport do cukrowni, to wszystko co pozostało po nie tak dawnym obrazku zielonych soczystych upraw rozświetlonych ogromnym i ciepłym słońcem...

Podnoszę wyżej kołnierz kurtki i ciągnę na uszy kapelusz. Zimny i silny wiatr niesie z sobą maleńkie kropelki i niestety dla nas podniesione stadko kur, które wytrysnęło zza jakiejś bruzdy o 100 kroków przed nami. Już nie tak jak wczesnej jesieni można je podejść i nastąpić na ogon. Są już harde i rwą się bardzo wcześnie, ale to właśnie dodaje smaku temu polowaniu. Kury niesione wiatrem znikają na horyzoncie i chcąc, nie chcąc idziemy za nimi. Lepkie błocko lgnie do butów szybko zmieniając je w potężne kotwice. Próbuję o resztki trawy otrzeć nadmiar błota z dość mizernym skutkiem. To błoto lepiej trzyma jak klej do papieru. Dopiero jakiś patyk uwalnia mnie dość skutecznie, ale tylko na chwilę...

Dochodzimy w kilku do ogromnej kępy trawy, która stanowi coś w rodzaju wysepki na bezkresnej szarej przestrzeni. Jeśli gdzieś zapadły to raczej tu. Potwierdza to zresztą zachowanie psów, które co chwilę podnoszą kufy i oglądają się na nas niecierpliwie, ale nie pozwalamy im wejść w suche. Zachowując sporą odległość od kępy rozchodzimy się, starając się zająć stanowiska po obwodzie. Dość to humorystyczne biorąc nas paru i rozmiary tej kępy zawieszonej w przestrzeni pól. Ale na kogoś przecież wylecą, może nawet na kilku, to loteria, jak w życiu...

Nie trzeba puszczać psów, kury nie wytrzymują i z ogromnym furkotem wychodzą w powietrze i rozbijane silnym wiatrem lecą z olbrzymią prędkością. To jest właśnie sztuka aby trafić idącego z ‘drugą prędkością kosmiczną’ szarego ptaszka. Klaskają szybie strzały rozstawionych na olbrzymim okręgu łowców, tych wybrańców, którzy znaleźli się w zasięgu wylatujących z matni kur. Obłoczki szarych piórek poziomo spływają z wiatrem obijając się o skiby. Na szarym dywanie zoranego pola ląduje spadająca mała sylwetka trafiona celną wiązką śrutu. Dla tej jednej chwili, z takim trudem, myśliwskim mozołem wypracowanej, warto wystawić twarz na tnący policzek deszczem wiatr. Nie o ilość tych ślicznych szarych stworzeń chodzi a o wtapiające człowieka w ziemię... frrr... oraz obłoczek piórek otaczających idącego jak pocisk ptaszka. I radość z celnego, trudnego strzału.

Do następnego myśliwskiego roku... Darz Bór.

Pola Radłowskie




07-02-2007 21:56CYJANEKJak miło dzięki Tobie wrócić do dawnych wspomnień. Pragnienie gaszone cierpkim jabłkiem z śródpolnej remizki, koszula przyklejona do pleców, palący ból nóg po całodziennej tułaczce, o którym błyskawicznie się zapominało, gdy rozlegał się ten wspaniały furkot. Piękne to były polowania. Pozdrawiam i DB
07-02-2007 11:23BrakarzAndy, opowiadanie o kurach super, oddaje cały jego urok i piękno
wiejskiego, tak mi bliskiego z czasów dzieciństwa, krajobrazu.
06-02-2007 12:54saimonPrzepieknie oddany klimat jesiennego polowania na pioro.
Gratuluje trafnosci oddania atmosfery tegoz polowania.
Pozdrawiam serdecznie.
saimon
06-02-2007 12:19Marco1506Pięknie opisane łowy - których z przykrością stwierdzam nie było mi dane nigdy zasmakować. Gratuluję "pióra" DB

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.