DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Lufa22-02-2007
Baron i Lufa na bażantach - riposta.

Nadszedł dzień rewanżu Andrzeja. Lufa jakby wiedziała, co się stanie - od rana energicznie buszowała po mieszkaniu, a na dodatek widząc jak szykuję broń i amunicję coraz mocniej dawała mi do zrozumienia, że i tak się guzdram a ona już gotowa do wyprawy. Dzień zgodnie z zapowiedziami zwiastował wspaniałą pogodę. Pomyślałem sobie, że odrobina śniegu byłaby pełnią szczęścia.

Zgodnie z umową, dzisiaj znacznie wcześniej niż ubiegłej niedzieli zameldowałem się u Andrzeja. Brama otwarta na podwórze a gospodarz z Baronem, pięknym wyżłem, stali już przed domem. Dzisiejsze przywitanie Barona z Lufą jest znacznie inne, niż za pierwszym razem - nie ma warknięć, tylko od razu pełne kumplostwo. Jak u starych znajomych. Patrząc na oba psy, aż chciałoby się powiedzieć, że wychowały się w jednym kojcu. Przyszedł Artur - kolega Andrzeja (po sąsiedzku), zasiedliśmy w mieszkaniu przy kawie, omawiając plan polowania, a Baron z Lufą zaczęli dawać popis zażyłej zabawy. Mała Lufa (jamniczka szorstkowłosa o dziczym umaszczeniu) nie mogąc sięgnąć do kufy Barona nadskakiwała w pocieszny sposób, chcąc pokazać, że chociaż mniejsza, jest taka wielka. Trwało to parę minut zanim się psy nabawiły. Zdążyliśmy wszystko omówić i po wypiciu kawy - do wozu i w pole.

Andrzej ruszył autem a Baron jadąc w bagażniku zaczął od razu swoje śpiewy - bo to on chciałby od razu pędzić przy samochodzie. Andrzej jednak przezornie przewidział chyba, że będzie dzisiaj bardziej zmęczony niż w poprzednią niedzielę, gdyż poprzedniego dnia był z nim w łowisku, gdzie remontował ambonę i pies się sporo wybiegał. Jak się potem okazywało, Baron co jakiś czas przysiadał na chwilę, gdy my dochodziliśmy. Nic dodać, nic ująć. Nie przeszkadzało mu to jednak zbytnio w porządnym okładaniu wskazanych przez Andrzeja zakamarków łowiska. Muszę przyznać, że przy dzisiejszej pogodzie, gdzie królują roztopy, wszędzie w każdym obniżeniu tereny stoi woda, grząski a nawet bardzo grząski fragmentami teren jest nie do przebycia. Baron jak wytrawny znawca i nie uznający przeszkód profesjonalista demonstrował wręcz swoją przewagę nad Lufą (i oczywiście nami), która starała się nadążać za nim nie zważając na to, że niejednokrotnie musiała pokonywać wodne przeszkody wpław, tam gdzie Baron robił tylko potężnego susa i już był na drugiej stronie.

Pierwsze fragmenty łowiska w poszukiwaniu kogutów nie dają rezultatu. No cóż - ptaki którymi w kole zasilono łowisko zaczęły już chadzać swoimi ścieżkami i przemieściły się tam, gdzie im odpowiada najbardziej. Przyroda i natura pokazują kolejny raz, że człowiek sobie może...

Spacer po łowisku i kolejne spostrzeżenia szczególnie dotyczące czarnych latających szkodników skraca nam czas dojścia do samochodu. Rozładowuję broń - i przejeżdżamy kilkaset metrów dalej. Fragmenty kołyszących się w lekkich podmuchach wiatru trzcin - przypominają mi opowiadania - mogę dzisiaj powiedzieć - mojego opiekuna Pana ppłk. Janusza Komorskiego /Nemroda od 1954 r./. Opowieści z dawnych lat polowań za każdym razem jak się spotykamy - są dla mnie studnią wiedzy, którą staram się zapamiętywać żeby przelać to na "papier" - znaczy przekazać następnym myśliwym w formie pisanej.
Po każdym weekendzie - zdzwaniamy się z Panem Januszem i przy odwiedzinach ja zdaję relację a Pan Janusz kwituje kolejnymi wspomnieniami o podobnych zdarzeniach ze swoich wcześniejszych wypraw myśliwskich. Od dnia w którym spotkaliśmy się w łowisku - zaprzyjaźniliśmy się i tak już nam zostało. Nie zdarzyło się jeszcze, żebyśmy nie mieli o czym pogadać - oczywiście tematy myśliwski mają absolutne pierwszeństwo...

Wracając do dzisiejszego polowania - po dojeździe do upatrzonego miejsca Andrzej zatrzymał samochód i po przygotowaniu strzelb i wypuszczeniu Barona i Lufy – ruszyliśmy. Psy ochoczo zaczęły przetrząsać krzaki. Obserwując Barona od razu zorientowaliśmy się, że
miejsce będzie obfitować w ptaki. Strychulec Barona zaczął nerwowo, albo raczej z podniecenia nie bez kozery potwierdzać obecność "pióra". Już bez komentarza zaczęliśmy szybko podchodzić do sygnalizowanych miejsc. Baron, a za nim Lufa wparowały w gęste krzaki. Głos ostrzegawczy ptaka i furkot skrzydeł - poderwała się jedna, a za nią druga kura. Asekurujące - nasze głosy - "...Kura..." zlewają się bez mała razem jak echo. Rzut oka w prawo i widzę wyciekającego w gęstych krzakach koguta z długimi piórami ogonowymi, prosto na Andrzeja. Ptak poderwał się do góry i Andrzej pięknym strzałem zdejmuje go na ziemię. Potwierdza się, że bock lepiej mu leży niż dubeltówka horyzontalna. Przed polowaniem zamieniliśmy się na "luśnie". Poprzedniej niedzieli Andrzej trochę narzekał, że niezbyt dobrze mu leży, więc już jadąc do niego - zdecydowałem o zamienieniu się strzelbami w czasie dzisiejszego polowania. No i pierwszy efekt - murowany. Po chwili Baron znowu poderwał kolejne dwie kury. No cóż - dzisiaj kury miały zdecydowaną przewagę nad kogutami.

Po powrocie do samochodu wymieniliśmy uwagi i spostrzeżenia. Dalej przejeżdżając po rozmazujących się drogach ciekawie rozglądam się po sieci gęsto rozlokowanych ambon i wysiadek. Andrzej zaś - uporczywie penetruje zakamarki łowiska, gdzie spotykał lisy (kiedyś - pomyślałem sobie), bo zdążył już ich sporo nastrzelać, a jeszcze by chciał... Pomyślałem sobie - gdyby tak wróciły czasy Pana Janusza - to by bażantów, kuropatw i zajęcy we wszystkich naszych łowiskach było bez liku... Na razie mamy bez liku - pseudo krzykaczy od ochrony, a mało takich zapaleńców jak Andrzej. Mógłby przecież poleżeć sobie brzuchem do góry - a nie szwendać się po polach i lasach za "rudzielcami" itp., jak większość z ponad stu-tysięcznej armii myśliwych. Ale co tam, każdy robi to, co mu pasuje i lubi.

Przemieściliśmy się w kolejną partię rewiru w poszukiwaniu kogutów. Obchodząc za myszkującymi psami kolejne trzcinowiska i bagienka natrafiamy na zwalone przez bobry drzewa. Ciekawostka - miejscowi ludzie - jak to Andrzej zauważył – czekają, aż bobry zrobią najcięższą robotę, a potem parę rzezów i drzewo leży. Świadczą o tym sterczące pnie do połowy obrobione przez bobry. Nagle Baron sztywnieje w klasycznej postawie. Następuje komenda - "dalej!" Pies robi dwa kroki i wyrywa do góry dwie kury. Dalej już z pełną koncentracją podążamy za psami. Lufa dużo wolniej od Barona, ale wytrwale próbuje nadążać, kąpiąc się po raz kolejny tam gdzie Baron susami przesadza kolejne przeszkody. Kolejne przywarowanie. Pada komenda Andrzeja i pies jak niezmordowany robot, wystawia kolejne ptaki. Pierwsza duża kur a po chwili kogut. Muszę przyznać, że obu nas zaskoczył i nie zobaczyliśmy tylko jego pięknego długiego ogona. Nie wszystkie muszą być upolowane - w końcu łowisko to nie kurnik w gospodarstwie domowym.

Przechodzimy przez pole wracając do samochodu, ale Baron nie daje za wygraną. Lufa już mocno zwolniła nie nadążając za nim, a on jakby wiedział, że jego pan powinien dokończyć rewanż za ubiegła niedzielę - przeczesuje wysokie trawy poprzechylane do ziemi
zeszłym już w roztopach śniegiem. To istny gąszcz kryjówek dla ptaków i nie tylko. Andrzej z lewej, ja z prawej na półwale przechodzimy wzdłuż traw i chaszczy. Baron - płoszy kolejne trzy kury. Przystaje - stójka, komenda - "dalej!" I piękny rycerzyk podrywa się do lotu. Kątem oka widzę błyskawiczny skład Andrzeja. Ptak w locie zwija się i pada w trawy. Z daleka widzę jak Baron i Lufa doskakują w to miejsce, jakby chciały potwierdzić skuteczność i od razu dalej przeczesują kolejne partie traw. Schodzę z wału i docieram dokładnie w miejsce, gdzie upadł ptak. Mała konsternacja - parę piórek a ptaka nie ma. Psy odbiegły kawałek dalej do końca przeszukując resztę chaszczy, a my we trzech z niewesołymi minami poszukujemy koguta. Co jest? - myślę i głośno komentuję - to przecież niemożliwe. To musi gdzieś w tych trawach leżeć. Przecież padł w ogniu. Stoimy obok siebie z Andrzejem. On przywołuje Barona, który po przybiegnięciu kładzie się między nami. Andrzej podaje komendę – „szukaj!”, a Baron jedynie wsadza kufę pod kępę traw, przy której stoimy i spod niej podnosi ustrzelonego ptaka, jakby chciał powiedzieć - "no i co wy byście beze mnie zrobili". Bucha śmiech - ale czy zasadny? – można by się zastanawiać – tylko, że ktoś kiedyś ustalił - "Przy polowaniu na pióro - ma być ułożony odpowiednio pies" - i basta. Gratulacje dla Andrzeja i jego towarzysza - Barona (wyżła).

Jadąc w drodze powrotnej do domu, w myślach układałem chronologię zdarzeń dzisiejszego dnia. Jest już późna godzina /22.37/, jeszcze pisząc mam przed oczami Barona i Lufę jak po przyjeździe do domu Andrzeja - oba pieski - napiły się i pojadły z jednej miski. Lufa wskoczyła mi na kolana i zwinęła się w kłębek, a Baron na zasłanym kocem przez Gospodynie /Mamę Andrzeja/ fotelu ułożył kufę na podwiniętych łapach - przysłuchiwał się naszym wieczornym rozmowom.

Rewanż Andrzeja w dzisiejszym polowaniu w ustrzelonych kogutach był nad wyraz udany.

Darz Bór.




24-02-2007 13:36LufaAd. CIENIAS
Dzięki z komentarz. W kwestii lisów - no cuż - wielu myśliwych /w tym leśników - wiem bo pracuję w tym środowisku/, dorobio się właśnie na lisach. Ale to już historia. Cena skóry lisiej sięgała 1/4 albo i wiecej -pensji leśniczego. I w minionych latach z tego powodu było ich znacznie mniej niż obecnie a zwierzyny drobnej - bez liku. Z opowieści Stargo Nemroda - ppłk. Janusza Komorskiego - pamiętam jak opowiadał - że u hrabiegi Czcińskiego - służba gajowych i polowych polegała na strzelaniu wszelkiej maści drapiwżników. Premia dla powyższych była wypłacana po sprawdzeniu przybitychna na stodole kompletów łapek i uszu zlikwidowanych szkodników łowieckich. Natomiast stada kuropatw, bażantów, cietrzewii i kaczek na stawach były liczone w setkach.
Darz Bór.
24-02-2007 11:16cieniasWydaje się, że byłem tam z Wami. Nie byłem nigdy i nadal wielkim fanem polowań na bażanty nie jestem, chociaż niegdyś sporo praktykowałem, lecz ten furkot przy poderwaniu, przyznaje, ożywia.
Bije z treści ciepły stosunek autora do psów. Jedynie w kwestii obarczania lisa za katastrofalną liczebność kuropatw i zajęcy, bo bażant to zupełnie bajka, ośmielam się mieć inne zdanie. Lufa, to Twoje opowiadanie, więc skrótowo; było tak, że były lisy, zające i kuropatwy, wydaje się oczywiste, że dwa ostatnie gatunki, zresztą wiele innych też, nie wytrzymują konfrontacji, nie z lisem, a z człowiekiem. Wydaje się, że część z nas chętnie i z ulgą, przyjmuje lansowaną mocno ostatnio, nieprawdziwą tezę o winie lisa.
Z przyjemnością czytałem I i II część i polowałem z Wami.
22-02-2007 15:45ULMUS"Bardzo lux" opowiadanko i pierwsze i to drugie.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.