DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ANDY20-03-2007
Wiosenne kaczory

Rozlany szeroko Dunajec wartko toczy swoje wody nabrzmiałe topniejącym śniegiem. Pachnie mułem i gnijącymi zeszłorocznymi roślinami. Pachnie też ziemią, która jeszcze nieśmiało otwiera swe trzewia aby umożliwić pierwszym roślinom wędrówkę ku słońcu. To słońce najmocniej pozwala uwierzyć, że wiosny już nie można zatrzymać. Ogromne i mocne śle swe promienie w parującą ziemię i ślizga się po patykach wikliny ozdobionych już zieloną śniedzią młodych liści i baziek na których uwijają się gorliwe pracownice z pokrytych brunatnym kożuszkiem odwłokiem. Na ich łapkach ogromne ładunki pyłku, który powędruje do ula na ucztę dla zastępów ich młodych następców i... trutni... też potrzebnych w swoim czasie...

Widać już pierwsze kwiaty i mocno zielone pióra trawy, poprzetykane tu i ówdzie jadowitymi liśćmi pokrzywy. Na krawędzi wału kępa ogromnej tarniny obsypana już białym kwiatem. Z daleka wygląda to jak obłoczki na zielonym dywanie. To znak, że jeszcze zimno może zwyciężyć na kilka dni. Może sypnąć śniegiem a już na pewno zdarzyć się porankiem z kilkoma stopniami mrozu. Póki co jest cudowna i ciepła aura, która ogromnie rozleniwia i tępi zmysły, a te winny być mocno wyostrzone. Przecież przybyłem tutaj wiedziony odwiecznym atawistycznym instynktem łowcy. Małe, nabrzmiałe wodą oczka wśród wikliny kryją kaczorki i piżmaka. Ta zwierzyna jest magnesem, który ciągnie w rozmiękłe od nadmiaru wilgoci kępy nadrzecznych rozlewisk, rozedrgane całe ptasim świergotem i kumkaniem zwyczajnej żaby, tak nostalgicznie opisywanej przez Zacnego Pana Melchiora – fosa z rzęsą, skrzekiem i żabą.

Coś jest w tym wiosennym pejzażu, coś co sprawia, że war obejmuje głowę i obezwładnia myśli. Zmusza do sięgnięcia po wierną strzelbę, coś co przywołuje do nogi czworonożnego przyjaciela, coś co sprawia, że chciałbyś cały świat przytulić i chciałbyś aby pozostał takim jak w tej chwili na wieki. To takie ulotne a zarazem trwałe. Kruche i delikatne jak płatki pierwszych kwiatów czy omszałych liści. Basowy głos wydawany przez ogromnego trzmiela, który szuka miejsca na gniazdo i piekielny łomot rozszalałej pierzastej czeredy, która już jest po zalotach i ‘po słowie’ a teraz krząta się i spieszy aby uwić to, co stanowi nieprzerwany łańcuch odradzającego się rokrocznie życia – gniazdo. Wszystko to zaaferowane i skupione na tym jednym, jedynym celu - dania nowego życia, kontynuacji.

Na ogromnej, dunajcowej główce pod zawisłymi krzakami wikliny znajduję zamaskowaną przystań. Naginam patyki wikliny tworząc wygodne siedzisko i łamię broń wsuwając do komór śrutowe ładunki. Naciągam niżej zielony baldachim witek aby wtopić się w otoczenie. Wsłuchuję się pilnie w różne odgłosy i szukam tego charakterystycznego – kwa... kwa... Długo nic się nie dzieje, gdy nagle z prądem widzę spływającą z góry szarą postać krzyżówki. Ogromny prąd rzeki skręca w tym miejscu na okno olbrzymiej tamy, gdzie woda się uspokaja a charakterystyczna naniesiona na środku olbrzymia góra piachu tworzy wypłacenie i możliwość żerowania. Kaczka staje na głowie i widać jedynie czerwone wiosła w górze. Długo i chyba skutecznie powtarza ten proceder, bo coś jak zadowolenie bije z jej co chwilę otrzepującej się postaci. Mam ją zupełnie blisko od siebie i widzę jak na prześlicznym rysunku jaki tworzą jej brunatno-biało-brązowe piórka spływają drobne kropelki wody i podświetlone ogromnym słońcem tworzą coś w rodzaju drogocennej kolii, jak zausznice dla wybranki...

Nagle nad tamą słyszę odgłos ciętego skrzydłem powietrza, ostrożnie zerkam w górę i widzę jak z nieboskłonu planuje rozkrzyżowana sylwetka. Biało – brunatna pierś i malachitowy hełm nie pozostawiają wątpliwości. To kaczorek. Plusnął w żółtawą wodę i pozornie obojętnie spływa w kierunku wybranki. Ta spokojnie dalej ‘dłubie’ w wodzie nie zwracając uwagi na amanta. Ten jak żywa motorówka opływa wybrankę i stara się zwrócić na siebie uwagę wdzięcząc się i prześlicznie kręcąc łebkiem. Trzepie skrzydłami rozpryskując kropelki pędzącej rzeki, zakłada łebek na plecy i w ogóle zachowuje się jak, no jak to można nazwać, wiosennym zadurzeniem...

Siedzę bez ruchu i popatruję na ten spektakl zupełnie nie mając ochoty dźwignąć z kolan wiernej 16 –stki a tym bardziej zgiąć palca na spuście. Ten czas i te zaloty spuszczają z człowieka całą parę. Jakoś dysonansem w ten czas brzmi strzał pozbawiający zwierzę życia. Kochać i zabijać - ktoś napisał. Gorączkowo ‘przeglądam’ pamięć usiłując sobie przypomnieć, kto? Widać podobnie jak ja odczuwał atmosferę tego czasu i podobnie jak ja miał wątpliwości. Wiem, że dawne czasy nie wrócą, a musiał to pisać wcześniej niż ja się urodziłem. W czas obfitych darów przyrody, ale... ja czuję to samo.

Ogromny plusk i łomot na wodzie. Jest drugi amant. Ogromnie napuszony i łypiący oczkiem w kierunku kaczki. Ale w jego stronę skośnie, jakby odgradzając sunie pierwszy kaczorek. Dopada przybysza i zaczynają się tłuc aż pluska woda. Najdziwniejsze jest to, że ta o którą idzie pozornie zupełnie nie zwraca na to uwagi. Dalej wsadza łebek w wodę i w powietrzu widać jedynie wiosła. Olbrzymie – kwa... kwa... oznajmia kolejnego absztyfikanta. Nie za dużo tych grzybków w barszczu, pardon sic!, chciałem powiedzieć w wiosennej wodzie. Kaczorki są na wyciągnięcie ręki a ponieważ wiosenne łozy mają mizerne listki, na tle nieba któryś zobaczył moją sylwetkę lub ja się nieopatrznie poruszyłem...

Olbrzymie, wrzaskliwe wykrzykiwane oburzenie w połączeniu z idącymi w niebo kuprami. Działam instynktownie jak zwierzę i podnoszę się z siedziska równocześnie się składając. Nad lufami widzę kolorową sylwetkę jednego z amantów i podwinięte na kuprze metalicznie połyskujące piórka. Ciągnę lufy w górę jednocześnie z palcem na spuście. O taflę ‘brudnej’ rzeki pluska rozwichrzona sylwetka. W niebieskiej przestrzeni wiszą jeszcze opadające drobne piórka... Opuszczam lufy, choć w drugiej mam ładunek a dwie ciemnobiałe sylwetki są jeszcze zupełnie blisko. W niebo idzie też szara sylwetka tej, która zwabiła tutaj tych amantów. Jeden z nich wolno kręci ostatnią pętlę na spiesznej wodzie tamy...




01-06-2008 23:13KociskoSuper, gratuluję!! Dokładnie jak napisał kebas: widać i czuć to co opisujesz. Im dłużej poluję tym częściej przychodzą mi do głowy podobne myśli do Twoich-takich jak te w opowiadaniu.
A wiosenne kaczory??? Super polowaczka ale tylko dla "czujących" przyrodę.Podobnie jak wiosenne słonki i piżmaki. Mięsiarza tam nie spotkasz.
Pozdrawiam.
16-07-2007 23:07Kebas84Opowiadanie niesemowite. Jak by się tam samemu było :)
Mam nadzieje że i mi kiedyś przyjdzie tak zapolować jak ty Andy.
Pozdrawiam serdecznie i DB

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.