DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ANDY05-06-2007
Iga

Jest bardzo wcześnie. Wolno idziemy poprzez olbrzymią trawę pozostawiając za sobą ciemne pasy po otrząśniętej rosie. Podchodzimy do stojącej na skraju ścieżki i uprawy solidnej ambony. Wskazuję Córce stopnie i gestem zachęcam aby weszła pierwsza. Wychodzi i staje na podeście. Ja po chwili dołączam. Niesamowita sceneria pogrążonej w liliowym oparze olbrzymiej niecki, która na horyzoncie wznosi się w spiętrzenie wzgórz obramowujących granicę obwodu od wschodniej strony. Po lewej stronie mamy dolinę w której znajdują się zabudowania wsi, teraz tonące w oparze. Powietrze jest zupełnie spokojne, nie drgnie żaden listek czy źdźbło trawy. Czerwiec rozpościera przed nami olbrzymie kobierce zboża, które kwitnie o tej porze i zapach aż kręci w nosie. Mocno naciskam kciukiem czubek nosa aby nie kichnąć. Wolniutko otwieram drzwi ambony tak, aby nie skrzypiały i wchodzimy. Córka wciska się w kącik a ja zajmuję drugi. O belkę stoi oparta, załadowana strzelba. Sprawdzam czy jest zabezpieczona wystarczająco przed upadkiem i z szyi zdejmuję lornetkę kładąc ją tak aby Iga miała ją również w zasięgu ręki. Ciekawie popatruję jak wbija wzrok w otoczenie i całym swym jestestwem chłonie w siebie ten niesamowity świat. Ten cały gwar wydawany przez niezliczone i ogromnie trudne do zidentyfikowania ptaki. Kręci głową oczarowana i ogromnie szczęśliwa. Ona, która nie znosi żadnych głośnych dźwięków, której jak się z Żoną śmieliśmy, nawet opadająca na dywan szpilka sprawiała ból, teraz ma cudownie rozjaśnioną twarz. Pomimo, że spaliśmy lub raczej trwaliśmy w letargu tylko godzinę lub dwie tej najkrótszej nocy, nie widać po Niej zmęczenia. Podpiera twarz na dłoniach opartych na obramowaniu okna i nagle mówi cichutko – czemu ptaki przestały śpiewać?

Podnoszę i wyciągam swoją dłoń, równocześnie palcem wskazuję na horyzont. Zza ciemnego, widocznego na horyzoncie zbocza rozbłyskuje oślepiający promień. Wstaje słońce. Mówię do Niej – to szabas – natura oddaje cześć wschodzącemu słońcu i kornie chyli łeb przed mocarzem. Patrzy na mnie przez sekundę jakby z niedowierzaniem, ale Jej ogromna wiedza o przyrodzie i niesamowita chęć poznawania wstrzymuje jakikolwiek komentarz. W tej samej chwili, jak za naciśnięciem ukrytego guzika w niebo bucha olbrzymi śpiew ptasiej czeredy, jakby chciały nadrobić z nawiązką te chwile ciszy. Leciutki uśmiech zrozumienia rozjaśnia Jej twarz. Bierze lornetkę do rąk i kieruje ją w ciemną jeszcze część osłoniętą wysokim drzewostanem wiekowych buków. Bardzo długo tkwi nieruchomo i patrzy w jeden punkt. Bez lornetki widzę co tam jest - to sarny. Powinien tam też być jeden niebrzydki koziołek na którego już dawno mam chrapkę i który dziwnym zrządzeniem do tej pory zawsze unikał spotkania z nieuchronnym...

Ponieważ lornetka jest zajęta, wolno kładę dłoń na broni i ostrożnie składam się w okienko z swej strony aby przez mocną lunetę obejrzeć czy ‘mój’ koziołek jeszcze jest. Jest. Opieram się wygodnie i spokojnie składam do strzału, naciągam przyśpiesznik. Na twarzy czuję spojrzenie. Ogromnie napięte oczekiwanie i cichutkie – jak trzeba to strzelaj, ja wiem...

Odległość jest spora, ale nitki precyzyjnego celownika tkwią nieruchomo na szerokim karku. Czekam aż podniesie łeb, podnosi i oczy w kierunku wsi. Obok siebie czuję napięte oczekiwanie i chyba zamknięte oczy. Lornetka leciutko stuka o parapet...

Trzask spadającego przyśpiesznika równocześnie z zabezpieczeniem. Wolno cofam broń i opieram o belkę. Nie padło żadne słowo, ale czuję jak gdzieś wyparowuje ogromne napięcie. Słyszę leciutkie sapnięcie lub westchnienie. Patrzę dyskretnie i widzę jak Jej policzek barwi plama odchodzącego napięcia a drobną twarz rozjaśnia zadowolenie i ulga. Znów ma spojrzenie rozświetlone i jest jakby lekko nieobecna, skoncentrowana na otoczeniu i obrazie. Mamy dużo czasu...
Jakże się myliłem...




14-09-2007 07:58DominikaSuperowe:) jak wszystkie zreszta:)Pozdrawiam I Darz Bór
15-06-2007 14:33Kebas84WOW aż brak słów :)
09-06-2007 21:39SzelestSuper !!!
05-06-2007 22:28ULMUSMistrzu Andy ... czytam Twoje opowiadania dzieciakom. Z niecierpliwością czekamy na kolejne.
pozdrawiam
DB
05-06-2007 13:53BrakarzRadość i smutek, pojęcia jakże nam znane. Czas zawsze z nami gra, raz dając, raz biorąc, pozostają niezatarte chwile i wspomnienia. Piękne i wzruszające opowiadanie, dzięki ANDY.
Pozdrawiam, DB - wybrakowany

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.