DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Jump7624-07-2007
Ambona "Przy Lipie"

Ambona wybudowana wspólnie z kolegami z grupy tworzyła jedną spójną całość z rozłożystą starą Lipą. Lubię prace w łowisku, sprawia mi to przyjemność, czuję jak się spełniam... ale gdy spoglądam na moją ambonkę - widok przyprawia mnie o dumę! Jak powiada mój Ojczulek "zgrabną ambonkę zdziałaliście". Nawet stary Nemrod - emerytowany adwokat kol.Andrzej, który zawsze ma nos na kwintę, pochwalił jej smukłą sylwetkę, funkcjonalność. Z myślą o wygodzie dla starszych kolegów przy solidnej drabinie jest poręcz. Również miejsce odpowiadało oczekiwaniom kol.Andrzeja. Wkomponowana w rozłożyste konary Lipy stoi na granicy łąk i uprawy kukurydzy. Na wprost ambony w odległości około pięćdziesieciu metrów ściana lasu, gdzie za rowem w dole rozciąga się świerkowy młodnik poprzecinany maliniakami - ostoja czarnego zwierza.

Pogodny dzionek wprawił mnie w dobry nastrój. Uśmiech mam na twarzy. Zajechałem Gitarrą pod Rejon Dróg w Kętrzynie, gdzie mamy książkę ewidencji. Wpisuję się: 10 maj, obwód 34, łow. Nakomiady, od godziny 20-ej do 23-ciej. Formalności załatwione. Popołudnie minęło bardzo szybko, przyszedł czas przygotowań do łowów. Z szafy wydobywam sztucer, pakuję torbę myśliwską, nóż, etui z patronami, lornetka, latarka. Wsio jest! Zabieram jeszcze pastorał. Może się przydać. Hmmm... jeszcze kolanko kobiecie przydałoby się pogłaskać. Rozważam wszystkie "dostepne" kolanka. Niestety żadnego krągłego, aksamitnego, lśniącego kolanka nie ma w zasięgu. Wszystkie "niedostepne", jak w statusie użytkownika GG. Trudno, dziś obejdzie się bez tego obrzędu :(

Jestem na miejscu w swoim łowisku pełen wiary w łowiecki sukces. Zmierzam ku ambonie i "rozgaszczam" się w niej. Torba myśliwska na wieszak a lornetka na półeczkę. Nabijam sztucer czterema patronami - tak mi się jakoś utarło, że jeden do komory a trzy spoczywają w magazynku Mosina. Krotność lunety ustawiam na 6-stkę. Składam się na sucho, obieram granice bezpiecznego strzału. Sztucer odkładam na bok i usadawiam się wygodnie w ambonie. W nozdrza chłonę majowe rześkie powietrze a oczy upajają się urokiem wiosennej Mazurskiej Knieji.

Maj miesiąc ptasich głosów. Słonka wydając chrapliwy dźwięk ciągnie lotem tokującym nad koronami drzew. Z oddala słychać klangor żurawi. Para krzyżówek świszcząc skrzydłami zatacza krąg na niebie. Z tej wiosennej sielanki wyrywa mnie delikatny trzask łamanej gałązki. Już wyprostowany zwarty i gotowy przy oczach mam lornetkę a do uszu dobiega jeszcze jeden, drugi, trzeci trzask pękających gałązek. Jest!!! W szkłach lornetki widzę na ścianie lasu kozła, który jak waleczny rycerzyk mocuje z krzakiem leszczyny wyładowując swą wiosenną energię. Proszę, proszę, parostki uwsteczniającego się widłaka o pięknym uperleniu i dzaszkowatych różach, ale szyja jakoś wydaje mi się niezbyt gruba. Teraz już wszystko jasne - linia szyi w kolorze rdzawym a pozostała cześć tułowia od linii grzbietowej w stronę brzuszną jeszcze z przebłyskami grubej sukni zimowej, dlatego szyja wydawała mi się za "cienka" do sylwetki kozła. Osobiście staram się nie strzelać rogaczy w maju. Dla mnie miesiąc nocy świętojańskich, czyli czerwiec, otwiera sezon polowań na kozła a poza tym jest 10 maj, czyli koziołek jeszcze pod płaszczem ochronnym. Ów kozioł jakby wiedział, iż jest chroniony, bo przyszedł pod samą ambonę. Żerował na lucernie, tylko od czasu do czasu podnosił łeb i strzygł łyżkami. Nagle sprężył się, widać było jak napiął wszystkie mięśnie... szczeknął i w kilku susach dosięgnął ściany lasu. Co go spłoszyło??? Już widzę... są!!! są!!! Dziki :) Trzy duże sztuki, dwie mniejsze i cały peleton warchlaków. Wyszły z Szpryntowskiego cypla i sadzą ku mojej ambonie. Duża czarno-smolista locha prowadzi całą watahę, wyhamowują w odległości około stu metrów od ambony i zaczynają buchtować w kukurydzy. W szkłach lornetki rozpoznaję trzy duże sztuki. To prowadzące lochy, dwóch mniejszych - nie jestem pewien, czy to przelatki, czy też lochy. Pasiaki kręcą się przy tych dwóch mniejszych dzikach. Dalej prowadzę obserwacje strojąc ostrość w okularach lornetki. Dziki są na wysokości pięćdziesięciu metrów od ambony. Już teraz widzę doskonale: dwie mniejsze sztuki to też prowadzące lochy. Napięcie spada, serce zaczyna wolniej bić, emocje opadają.

Cierpliwość dobrą cechą myśliwego!!! Szczególnie wiosną ze strzałem do dzika nie należy się spieszyć. Przypomina mi się w tym miejscu opowiadanie Jerzego Oświecimskiego "Dziewieć spotkań z dzikami". Autor miał kilka spotkań z tą samą watahą dzików. Jedna sztuka zawsze trzymała się z boku, nie było widać przy niej warchlaków. Pierwsze myśli były że to pewnie wycinek, ale przy kolejnym spotkaniu już przy świetle pogodnego poranka... pozwolę sobie zacytować: "...Lecz lornetka nie kłamie - karmiąca matka. O, jakże łatwo o pomyłkę w tym maju i ile trzeba mieć zimnej krwi"!

Spoglądam na zegarek: jest kwadrans przed 22-gą. Niebo pokrywają ciemne chmury, które przysłaniają gwiazdy. Zerwał się wiatr. Kątem oka spostrzegam, iż z ściany lasu na lucernę wysuwają się dwie ciemne sylwetki. Delikatnie biorę lornetkę, stroję ostrość, bo już szarówka. Rozpoznaję... dwa dziki!!! Jedna sztuka, zdecydowanie większa, została w cieniu drzew, buchtuje w pokrzywach, natomiast mniejsza jest w odległości czterdziestu metrów od ambony i posuwa się na pole kukurydzy. Widzę już doskonale pędzel. Odkładam lornetkę, delikatnie biorę sztucer, składam się. Grot lunety spoczywa w miejscu za słuchem dzika... Powoli ściągam spust. Pada strzał, przerywając ciszę majowego wieczoru. W okularze lunety widzę słup ognia z Mosinowej lufy. Odrzut broni przejmuje dołek strzelecki. Oj kopie ten mój Mosin. Dzik pada w ogniu!!! Trzęsę się z emocji... Ostatni kęs otrzymał na polu kukurydzy z gałązki starej rozłożystej Lipy, która była niemym świadkiem moich przeżyć w ten majowy wieczór a jednocześnie Matką Chrzestną mojej ambonki, bo to pierwszy zwierz strzelony z ambony "Przy Lipie".

Klęcząc przy dziku już w zupełnych ciemnościach nocy dziękowałem św. Hubertowi, że mnie obdarzył swoimi łaskami. Podczas trzebienia dzika niebo w jednym momencie pojaśniało i grzmot pioruna przeszył powietrze. Rozpadało się ciepłym majowym deszczem...




25-03-2008 19:02błażejOba opowiadania bardzo ciekawe ^_^

Darz Bór!
14-09-2007 13:38jandrusbGratuluje, piękne łowy wspaniale opisane.
14-09-2007 07:54DominikaFajowe;) Gratuluje:)
26-07-2007 00:14ULMUSSuper
24-07-2007 12:11cieniasTchnęło optymizmem. Gratuluję

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.