DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ANDY10-02-2009
Shadow

Mam do przejścia ok. 4 km. Jest 2-ga w nocy. Śniegu jest bardzo dużo i sięga do pół kolana. Dodatkowo jest bardzo drobny i sypki co powoduje niska temperatura. Zmierzam do ambony osadzonej na granicy obwodu na wyjściu z bardzo głębokiego potoku. Sama ambona jest wkomponowana w zbocze i wsparta na swoistej półce jaką tworzy zarośnięta stara droga leśna. Ambona jest otoczona 25 letnimi jodłami, które doskonale ją maskują. Sama zresztą też już dawno straciła kolor świeżego drewna. Jest poczerniała i lekko zbutwiała. Trzeba mocno uważać na szczeble i deski podłogi. Ale to będzie później. Teraz z wielkim trudem kopię się w sypkim śniegu. Jest mi gorąco z nadmiaru ciepłej odzieży oraz ekwipunku i broni. Spory zwitek śpiwora, tzw. ‘nogi słonia’ dopełnia ciężaru. Chcę tutaj posiedzieć parę godzin i muszę mieć jakiś komfort cieplny.

Idę wolno pośród potężnych buków i dębów, których pobielone konary tworzą jakby przerwy w splątanym rysunku. Z konarów i gałęzi zsuwa się co chwilę drobniutki welon rozpylonych drobin, wspomagając opad ciągle padajacego śniegu. Nie ma żadnego podmuchu, cisza zupełna, co dla tego zakątka jest czymś niezwykłym. W tym terenie trafienie na dzień bez silnego wiatru to jak wygrana w totka. Wiecznie tutaj wieje, duje, kręci i jak tam jeszcze można określić to co wyczynia tutaj wszędobylski podmuch. Trzeba uważac idąc leśnymi dróżkami aby nie ‘zarobić’ często opadającymi zeschłymi konarami czy gałęziami. Zdarzyło mi się też uskoczyć w ostatniej chwili przed upadającym potężnym bukiem, który nie oparł się podmuchowi. Jednak jak się później okazało był podcięty w czasie wyrębu i zwyczajnie pozostawiony...

Ale to w inny czas. Teraz jest zupełnie spokojnie. Śnieg opada zupełnie pionowo i nie miecie nim. Pomimo pełnej nocy jest jasno. To chyba zasługa księżyca wiszącego za chmurami. Jest właśnie w okolicy pełni na którą liczyłem, okazuje się, że nawet opad i chmury nie przeszkodziłyby w strzale. Jestem na wysokości tzw. małego poletka i spostrzegam trzy ciemne plamy w śniegu. Nieruchomieję i sięgam po lornetkę. To sarny. Leżą w śniegu i jedyny symptom ruchu to ruszające się gębule. Mam do nich kilkadziesiąt kroków i zdziwiony jestem bardzo brakiem jakiejkolwiek reakcji. Wprawdzie wyglądam jak wielbłąd a nie łowca, ale to chyba nie jest wytłumaczenie. Ruszam zatem znów kątem oka obserwując kozy, które dalej leżą w tym samym miejscu spokojnie. Mam teraz kawałek podejścia pod niewielkie wzniesienie w którego okolicy jest usytuowana ambona. Po mej lewej ręce opuszczone zabudowania a wcześniej metalowy krzyż ustawiony w miejscu gdzie padł dowódca zgrupowania w czasie koncentracji oddziałów AK planu "Burza” w 1944 roku. Smutny a zarazem ogromnie tajemniczy to zakątek. Tutaj są weksle zwierzyny grubej. Potężnych i mocno ‘wąsatych’ odyńców oraz jeleni. Z ‘drobnicy’ jest sarna, lis i kuna. Czasem widać drobniutki trop jarząbka.

Teraz jest luty i do jego końca można próbować spotkać się z bykiem oraz odyńcem. To one ciągną mnie w ten zakątek, pomimo sporej odległości od ludzkch sadyb - a właściwie głównie dlatego. Brnę w górę kopiąc się w śniegu i całkiem ludzkie zmęczenie dopada mnie w końcu. Po mej prawej ręce ogromna szczelina potoku. Postanawiam na chwilę przysiąść na potężnej kłodzie wywróconego leśnego olbrzyma. Zrzucam śnieg i kładę zwój śpiwora moszcząc się na nim wygodnie. Na kolanach kładę broń i lornetuję ubocze potoku. Nie znać żadnego ruchu ale postanawiam chwilę odpocząć i poczekać. Do świtu jeszcze mam parę godzin. Może jakiś pojedynek akurat w tym miejscu i porze będzie się przemieszczał. Będę miał szansę... Tajemniczy i bajkowo oprószony świat wkoło mnie stoi zupełnie nieruchomo stężały od mrozu. Jest kompletna cisza przerywana lekkimi trzaskami pękajacej na mrozie kory. Takie pyk...pyk. Nie wiem ile jest tego mrozu. Nie mam termometru ale im bliżej ranka temperatura spada. Dopiero jak wrócę w ciepłą czeluść domku myśliwskiego to sprawdzę ile naciągnęło tego dobrego. Wysuwam ręce z obszernych łapawic aby sięgnąć po papierosa. Dłonie momentalnie obejmuje zimna obręcz. Aby się dostać do papierosów muszę porozpinać sporo guzików i dotrzeć do nich i zapalniczki. W końcu się udaje i wtykam w usta papierosa marząc o wonnym dymie. Niestety butan zamarzł całkowicie i kolejne potarcia wywołują tylko fontanny zimnych iskier. Trzeba ją jakoś rozgrzać. Z tkwiącym w kąciku wargi papierosem pakuję zimny prostokąt zapalniczki w dłoń i wsuwam w futrzaną otchłań łapawicy. Mam czas na kontenplację otoczenia. Jest bardzo jasno, właściwie widać jak w pochmurny szary dzień. Biorę w dłonie broń i składam się na odległą ubocz. Nitki celownika są znakomicie widoczne i precyzyjny strzał jest możliwy na dużą odległość. Niestety otacza mnie czarno-biała rzeczywistość złożona z śniegu i drzew. Nie znać żadnego ruchu. Postanawiam już nie czekać aż butan się rozgrzeje i zwijam klamoty. Znów rozrywam białą nieskalaną niczym przestrzeń. Nie spotkałem na swej drodze żadnego tropu. Nic się nie rusza, wszystko tkwi w bezruchu jak zaklęte. Kilka mninut siedzenia powoduje, że plecy otula wilgotny i zimny kompres a palce stóp zaczyna kąsać mróz. Ruszam żwawiej w nadziei rozgrzania się. Po kilku minutach widzę grupę czarnych z białym nalotem jodeł. Pomiędzy ich pniami sterczą drągi drabiny. To koniec wędrówki. Docieram do drabiny i z przyzwyczajenia badam stan szczebli. Ambonka jest niska i swobodnie sięgam do wszystkich. Nic nie budzi mego niepokoju, ale z przyzwyczajenia staram się nie stawać stóp na środku szczebla a lokuję buty w miejscu gdzie jest przybity. Staję na podeściku i ostrożnie stąpając próbuję bezszelestnie otworzyć drzwi. Niestety zmarznięty metal zawiasów wydaje przeraźliwy skrzyp aż mną wzdryga. No trudno, wchodzę do środka i sięgam na zewnątrz po klamoty. Ładuję ponownie broń i opieram o ściankę. Zrzucam śnieg z ławeczki, którego sporo nawiało tutaj. Sam otrzepuję się z śniegu i czyszczę buty aby wleźć do śpiwora. Wcześniej wydłubuję z łapawicy zapalniczkę i sięgam po papierosa. Kilkakrotnie pocieram kółeczko wydostając snop iskier ale bez rezultatu. Po którymś nerwowym szarpnięciu błyska maleńki płomyczek. Ostrożnie i długo przypalam papierosa. Głęboki haust dymu, jakże smakuje. Dym idzie do góry wolno i spokojnie. Dalej powietrze jest nieruchome. Spokojnie wypalam papierosa i wrzucam niedopałek w śnieg pod nogami aby go zgasić. Jeszcze raz otrzepuję buty i wsuwam się w śpiwór. Te kilka minut nieruchomo spowodowały, że mróz zaczyna się dobierać na serio do skóry. Właże w nogę słonia do oporu i wiążę na ramionach ramiączka śpiwora a na uszy ciągnę klapy futrzanej czapy. Parę minut błogiego ciepełka powoduje, że lekko zasypiam zmęczony brnięciem w obfitym śniegu.

Ocykam się gwałtownie. Nie osłonięte śpiworem ramiona tkwią w kleszczach mrozu. Ruch powoduje falę obrzydliwych dreszczy i narastający dygot całego ciała. Usiłuję się jeszcze głębiej wcisnąć w śpiwór i nagle słyszę cichy trzask i luz na ramieniu. Pękła jedna z szelek wyrwana z mięsistej treści śpiwora. Ze szpary rozerwania wyłażą drobne piórka wypełnienia z kaczego puchu. Przytomnieję całkowicie i już ostrożniej kokoszę się w zdemolowanym śpiworze. Spoglądam uważnie w okienka i stwierdzam, że jest zupełnie jasno. Tak długo spałem, niemożliwe. Na biało-niebieskawym śniegu majaczą delikatne cienie. Ostrożnie wychylam twarz poza okienko. Granatowe niebo rozświetla miliony gwiazd. Obrazu dopełnia zimny metalowy dysk księżyca, który pompuje przeraźliwie ostry i jasny poblask. Nie ma jednej chmurki i to powoduje tak gwałtowny spadek temperatury. Nie wydłubuję z śpiwora rąk aby sięgnąć po lornetkę. Bez niej widać wszystko jak na dłoni. Każde poruszenie wywołuje falę nieznośnych dygotek. Odmrożone kiedyś w górach palce stóp zaczynają pulsować nieznośnym bólem, bowiem staram się nimi poruszać bez przerwy. Nie zaniedbuję uważnego obserwowania zasypanych uboczy. Niesamowita sceneria fantastycznych wędrujących cieni olbrzymich drzew. Śnieg skrzy się falującym dziwnym światłem co dodatkowo na granicy cienia wywołuje fosforyzującą poświatę.
Zimny, fantastycznie bezlitosny i niepotrzebny świat jakiejś dziwnej magi.

Na przemian zapadam w lekką drzemkę i budzę się gwałtownie wstrząsany dygotem maltretowanego mrozem ciała. W świadomości tworzą się jakieś dziwne skróty. Objawia się to tym, że błyskające światłem gwiazdy widzę jako dziwne smugi, tak jak poruszają się na nieboskłonie. Już raz na morzu w czasie rejsu po mocnym sztormie stałem u steru wypluty z duszy i ciała i nie zeszedłem z kursu, chociaż jedyne co pamiętam to obraz smug gwiazd jakby roztarych na nieboskłonie i z zachowaniem pełnej drogi. Teraz dodatkowo jest piekielny mróz. Muszę coś zrobić bo jeśli zasnę na dobre... Wyrywam ramiona z śpiwora i dłońmi tłukę się po twarzy. Z oczu zaczynają ciec strużki łez wywołując pieczenie na zamarzniętych policzkach. Wsiąka to w skórę łapawic i momentalnie zamarza tworząc swoistą tarkę. Zaczynają płonąć policzki. Barwnik z skóry rękawic tworzy na policzkach swoisty kamuflaż, przekonałem się o tym po powrocie do domku. Przestraszyłem się siebie samego gdy zobaczyłem swe odbicie w lustrze. To będzie jednak później. Teraz przytomnieję zupełnie i pomimo nieznośnego dygotu jest mi jakoś cieplej. Wstaję i wykonuję gimnastykę św. Wita starając się robić jak najmniej hałasu. Przytupnąć nie mogę. Mógłbym wylecieć na zewnątrz, dechy są już bardzo słabe... Po chwili znów wciskam się w spiwór i otuliwszy jak tylko można obserwuję fantastyczną grę światła i cieni na białym ekranie śniegu. Niestety nic nie kala białej przestrzeni. Żaden zwierz nie chce marnować tej zachowanej odrobiny ciepła i nieporuszony tkwi w kryjówce...

Wszystko ma swój kres. Wolno gasną brylantowe rozbłyski. Cienie się rozmywają i wszystko otula szarość poranka. Jeszcze nie wstało słońce. Póki co blednie dysk księżyca i wolno znika. Mróz jest okrutny co słychać po potrzaskiwaniu buków. Jestem zupełnie zdrętwiały ale czekam jeszcze. Po to w końcu tutaj przyszedłem. Na spotkanie oczekiwanego i niespełnionego. Wyobraźnia podpowiada olbrzymią sylwetkę przyprószonego zamrozem pojedynka. Ten karpiowaty kształt z olbrzymimi radarami uszu przesuwający się bezszelestnie pomiędzy potężnymi pniami... Już chyba czas na mnie. Nim dojdę upłynie ponad godzina. A i natura zaczyna się upominać o swoje prawa. Na samą myśl o tym robi mi się zimno. Wolniutko wysuwam się z śpiwora. Zdrętwiałe ciało nie chce się zgiąć. Nie mogę wydobyć nóg na zewnątrz. W końcu się udaje. Nagle przez szelest tkaniny przebija się dziwny dzwięk. Coś jakby trzask. Ale ten dzwięk jest inny niż trzaskanie kory na mrozie. To idzie coś ciężkiego. Odsuwam śpiwór od siebie aby się nie zaplątać i zrzucam z rąk łapawice. Sięgam po broń która parzy dłonie. Nie zważając na to usiłuję w okienkach zlokalizować to coś. Nic nie mogę zobaczyć. Dodatkowo zupełnie nisko zwisające ośnieżone gałęzie jodeł zasłaniają górną część uboczy. Właśnie stamtąd dochodzi delikatne skrzypienie. Tam coś jest. Dźwięk przesuwa się w prawo. Dzwięk, to raczej me podświadome słyszenie niż rzeczywistość. Ja jednak jestem pewny, że to zwierzyna. Sądząc po chrupnięciu to albo dzik albo byk. Jest już dzień i byka mógłbym w końcu dostać. Jakoś nie mam do nich szczęścia. Może dzisiaj. Postanawiam wyjść z ambony na zewnątrz bowiem z niej nic nie zrobię, gęstwina jodłowych obsypanych śniegiem gałęzi jest nie do przebicia. Starając się najusilniej zachować ciszę milimetr po milimetrze przesuwam oporne drzwi. Delikatny zgrzyt zawiasów powoduje, że dżwięk na zewnątrz przyspiesza wyraźnie aby po chwili wszystko ucichło. Psiakrew. Zwiał na pewno. Co to było to sprawdzę jak będę szedł do domku. Teraz postanawiam jednak zejść z czatowni aby stanąć na ziemi. Tak mam szansę coś zobaczyć. Wolno opuszczam nogi na szczeblach. Jest ich tylko sześć, niewiele. Pomiędzy jednym a drugim szczeblem przystaję i otwierając usta, słucham. Cisza zupełna. Nic nie wierci powietrza zastygłego w mrozie. Staję w końcu na ziemi i widzę tę część uboczy której z okienka czatowni nie było widać. U samej góry biała przestrzeń jakby szarpnięta dziwną szarością. Kieruję tam szkła lornetki. To rynna w śniegu, której poszarpane krawędzie dają ten odcień szarości. Ponieważ ten dziwny dzwięk przesuwał się w prawo to ja również w prawo kieruję szkła. W kierunku granicy obwodu, którą jest wąski dukt między bukami, obecnie zasnuty śniegiem i niewidoczny a w lecie pozwalający przejechać konnym wozem. W szkłach plątanina potężnych pni z ostro się odcinającą ciemną korą. W jednym miejscu szara kora jest dziwnie innego koloru. Jasny gwint. To olbrzymi dzik. Stoi i słucha. Mam do niego dość daleko, ale gorsze jest to, że widzę tylko fragment sukni i nie potrafię powiedzieć jak stoi, która to część ciała. Rzucam lornetkę i składam się. Nic nie mogę znaleźć w okularze. Ruszył czy co. Nie mogę go zlokalizować. Gorączkowo przeszukuję przestrzeń pomiędzy bukami kierując lufy coraz bardziej w prawo. Ta część kończy się obrywem opadającego w dół zbocza. Na tle nieba potężny zad z majdającym się chwostem. Jakoś tak lekceważąco i wyzywająco zarazem. Trwa to mgnienie. Skurcz palca na spuście. Burza oszalałych myśli. Walnąć w ten zad licząc na to, że go dostanę? Nie, to by było podłe strzelać takiego zwierza w tyłek. Czerwienieję na samą myśl o zrobieniu czegoś takiego...

Do dziś mam w pamięci ten biały krajobraz z sterczącymi w niebo ośnieżonymi olbrzymami poprzeplatanymi w nocy czarownymi cieniami i odcieniami. Zatykający oddech, potężny mróz i cień zadu olbrzymiego dzika z wetkniętym weń ogonkiem. Jakby wyzwanie...

Jaworze 1984




13-03-2009 01:09ULMUSKrólu Złoty ...aaale było hej. Dzięki !
11-02-2009 08:11zygmunt_kTak jak bym tam był. Pięknie napisane. DB.

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.