DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: tomsnieg13-04-2010
Duch dżungli

Każdy z Nas ma swoje ulubione miejsce w łowisku, gdzie spędza długie godziny rozkoszując się otaczającą go przyrodą, czeka na swoje kilka sekund, kiedy Święty Hubert podprowadzi wspaniałego byka lub okazałego odyńca. Moja dżungla to bagnisty teren ciągnący się na granicy obwodu, latem jest nie do przebycia - półtorametrowe pokrzywy, olchy, trzcinowiska, kolczaste jeżyny, krzaki nietknięte ręką ludzką i miliardy komarów niekwestionowanych władców mokradeł. Jest to dżungla, która szerokim klinem wciska się w pas łąk i pól, zazwyczaj obsianych kukurydzą.
Na skraju tego dziewiczego terenu stoi moja zwyżka, która jest wtulona w koronę wysokiego drzewa. Mam ogromny sentyment do tego miejsca - to tutaj pierwszy raz w życiu, z upoważnieniem na indywidualny odstrzał dzika, zasiadłem na niej. Może po 2 minutach oczekiwania wyszedł mój wymarzony przelatek, a ja nie mogłem oddać strzału! Nawet nie zdążyłem załadować broni, więc tylko pomachał mi pędzlem przed nosem i pomaszerował w kukurydzę. Wydawało mi się wtedy, że już nigdy tak blisko czarnego zwierza nie będę, ale jak to w życiu bywa "nigdy nie mów nigdy!".

W sierpniowy wieczór łowczy zawiadomił mnie o szkodach, jakie wyrządziły dziki w kukurydzy w okolicach mojej czatowni. Szybko się zebrałem, 20 minut i jestem. Obchodzę kukurydze - są tropy, jest młodzież - 4 warchlaki z mamusią. Po chwili tropy kolejnej rodzinki, warchlaki są większe, około 20 kg i to właśnie na nie zapoluję. Zasiadam na zwyżce i powoli wtapiam się w otoczenie. Czerwone słonce dotyka horyzontu, spokój i cisza wprowadza mnie w hipnotyczny trans. Odrywam się od rzeczywistości, niczym wygłodniały wilk instynktownie wyczekuję trzasku gałęzi, najmniejszego ruchu. Jestem wilkiem gotowym zabić w mgnieniu oka.

Dżungla powoli ożywa, z każdą chwilą zapadająca ciemność wyzwala coraz silniejsze emocje - zamykam oczy, pochłaniam dźwięki, słyszę delikatne trzaski pękających gałązek przesuwających się za moimi plecami. Analizuję - to taka moja gra - po pierwsze co, po drugie jeden osobnik czy więcej. Sarna, może dwie, są na granicy dżungli. Weryfikacja celu - koza z koźlakiem z wolna przesuwają się w kierunku kukurydzy.

Oczy przyzwyczajają się z każdą chwilą do ciemności, kiedy rusza pociąg, bezpardonowy trzask łamanych gałęzi. Pędzi po szynach i wydaje się, że nic nie jest w stanie go zatrzymać, gdy mamusia pociąga za ręczny hamulec i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki cały skład zatrzymuje się 20 m ode mnie. Słysze oddech każdego z nich, są zmęczone, a maluchy jak dzieci, tylko im zabawa w głowie.

Jestem gotów! Zmysły wyostrzone, palec na bezpieczniku - no ruszaj mamuśka! Stół zastawiony - 50 m po łące i szaleństwo do rana. Chyba moje perfumy się nie spodobały... Cała wstecz! - nie posłuchałaś mnie, jak nie dzisiaj, to jutro przyjdę z wizytą i będę czekał. Adrenalina opada, mieszkańcy dżungli zamilkli - pociąg niewątpliwie wywarł na nich wrażenie, teraz wszyscy nasłuchują. Niczym wąż wtulam się w konar drzewa i zamieram w bezruchu. Mijają minuty, godziny, jest już późno, a tu gdzieś daleko, z prawej strony słyszę wyraźny trzask. Później następny, cisza, znowu trzask, jak zabawka po wymianie baterii, znowu we mnie płynie prąd - pełna gotowość. Dzik jest bardzo ostrożny - zatrzymuje się i zasysa powietrze. Jest naprawdę duży i tak jak mamuśka zatrzymał się. Czekam 5, 10, 20, minut. Nie ma go, rozpłynął się w ciemnościach jak duch. Aż tu nagle pojawia się z prawej strony. Skręcam się na maxa, ale nie jestem w stanie uchwycić go w lunecie. Brakuje 2 metrów - dzik z wolna przesuwa się i to co lubię najbardziej - serce zaczyna szybko walić. Próbuje nad tym zapanować. Uf 1 m, 0,5 m - gwizd w lunecie i szok - moja komórka rozegrała się w najlepsze, duch jednym susem jest już w dżungli i jest bezpieczny, a operator sieci poinformował mnie o dodanym bonusie...

Dzień drugi - pogoda niespecjalna. Wieje, ołowiane chmury wolno przesuwają się, co pewien czas skrapiając dżungle, oby tylko nie lało. Szum liści, ocierające się gałęzie budzą we mnie niepokój. Dobrze, że jestem 5 m nad ziemią. Nagle 20 metrów za mną słyszę znajomy oddech. Stoi już od 30 minut w bezruchu, co jakiś czas włączając odkurzacz, przesuwa się, jest pod zwyżką. Gdybym strzelił sobie w prawą stopę to dostałby w chyb - pozostaje tylko czekać. Zmniejszam powiększenie na 3 - może uda się złapać go w szkło jak wyjdzie. Oczyma wyobraźni przesuwam go do przodu, słyszę huk łamanych gałęzi i na pełnym pędzie duch pokonuje łąkę, wpada w kukurydzę - duch to duch.

Dzień trzeci - postanowiłem zejść na ziemię, pastorał wbijam na rogu kukurydzy na wprost zwyżki, jeszcze tylko siedzisko i czekam. Księżyc powoli rozświetla łąkę. Ziemia zaczyna parować, mgła snuje się nad ziemią, robi się coraz gęstsza - to inny bajkowy świat, więc napawam się tym widokiem, ale gdy rozchodzi się trzask już wiem, że duch rozpoczął podchód, tym razem będę oczekiwał go na stołówce. Scenariusz się powtarza; jest już pod zwyżką. Unoszę broń, opieram na pastorale, nic tylko mgła ,wiem że tam stoi. Lekkie podmuchy rozrywają mgłę - są prześwity. Spoglądam na zegarek - to już 20 minut. Jest przede mną, słyszę go jak dyszy, stoi na łące 30/40m. Mgła nie pozwala go namierzyć. "Cholera! A jak ruszy na mnie?!"- pomyślałem. Oj poczułem się nieswojo. Przecież to tylko dzik, a nie tygrys, a jak go postrzelę, to może być nieciekawie. Sam się wprosiłem na kolację, a może wyjść po angielsku? - myśli kłębiły się w głowie. Rusza! Pełen poziom adrenaliny - unoszę broń z pastorału, to będzie strzał z kilku metrów face to face, a może trochę potupać by zaczął wracać, a jutro usiądę 100 m dalej. Duch mnie wysłuchał - zawraca. Wolno i majestatycznie dochodzi do dżungli. Mam go!- entuzjastycznie pomyślałem. Kropka świeci na szynkach, ręka drży. W ostatniej chwili zatrzymuję się, odwraca się ku tyłowi, jakby chciał spojrzeć ostatni raz na to. Coś, trzęsące się w kukurydzy. Czerwona kropka wędruje za ucho, naciskam spust, błysk, huk, cisza. Przeładowuję broń. Odczekuję chwilę, latarka wędruje na czoło. Przesuwam się, jest, czy go nie ma? Jestem 5 m od brzegu dżungli, widzę leży, ale coś jest nie tak, cały drży. Nie widzę wejścia kuli, żadnego krwawienia, mruga do mnie, klatka miarowo unosi się. Duch żyje - odsuwam się kilka metrów i mierzę w głowę. Strzał, huk. Duch przeobraża się w bestię, czuję,że chce mojej krwi. Z przeraźliwym wyciem zrywa się na równe nogi, szarżuje, nie mogę się ruszyć. Jestem sparaliżowany - to na pewno nie było świadome, ale odruchowo przeładowałem broń. Uderzenie dzika, błysk ognia, połączyło się w całość. Leżę, czuję ciepło na prawej nodze - to duch mnie trzyma, próbuję uwolnić nogę. Komórka zaczyna wibrować w kieszeni, odbieram - to kolega polujący w sąsiednim obwodzie. Dzwoni by spytać czy wszytko w porządku. 3 strzały w 5 minut o 2 w nocy to już wojna, wykrztusiłem - "przyjedz, nie wiem". Kolega osłupiał na mój widok "**rwa mać" - skwitował jakże wieloznacznym zdaniem. "Dzwonię po pogotowie!" - z przerażeniem stwierdził. A co zobaczył - prawa noga cała we krwi, twarz zbryzgana krwią, z resztkami mózgu. Obok 160 kg dzik, bez mózgoczaszki z odstrzeloną żuchwą - "pokaż się!!" - krzyknął zaniepokojony. Nogi całe, ręce, głowa - ok. W światłach samochodu dostrzega białą plamę na prawej łopatce dzika - to Edek, jaki Edek? nasz Edek! Gościnne występy jak widać śmiertelnie mu zaszkodziły, a w zeszłym roku w trzcinowiskach załatwił naganiacza na 5 szwów! Natomiast Edka Gawrońskiago przewiózł na chybie spory kawałek.

Powoli dochodzę do siebie, odcinam gałąź olchy, ostatni kęs, pieczęć. Jaki z Ciebie Edek? Ty duchu jesteś - duchu z mojej dżungli...




14-04-2010 09:30CYJANEKDobre, gratuluję ! :)))) D.B.
Ad. Alus ; bo przelatek zapowiadał się na dobrego odyńca :)
14-04-2010 01:03TrapperSwietne. Gratuluje. DB
13-04-2010 15:11ULMUSwooow ! dobre , "sceny batalistyczne" jak u Grzędowicza, naprawdę brało :)) ... Gratuluję Edka !
13-04-2010 14:39AlusBardzo zgrabne opowiadanko. Gratuluję. Rozbawił mnie ten 1-szy w życiu przelatek, co to "machał pędzlem". Pozdrowionka & DB

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.