DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ULMUS08-06-2011
Skąd On wie takie rzeczy dzień wcześniej ? cz.2

Piątek po południu, lecę na złamanie karku do łowiska. Jak zwykle, proces strojenia się i "rychtowania" wszystkich gratów do polowaczki zajął mi pół godziny, dłużej niż przewidywałem. Andrzej bębni telefonem co chwila: "Gdzie jesteś, człowieku, dziki nie poczekają tylko pójdą i tyle się ich naoglądamy...". Robię co mogę... nisko lecę, zwalniając w terenie zabudowanym.

Spotykamy się na działce Andrzeja. Uścisk dłoni, co tam słychać? Łażą kabanki? Są na Jaworze! Wczoraj przyszły! …Lornetki, broń, gdzie Zuźka? Jest, pędzą wokół nas jak wolny elektron. Zuźka, to Andrzejowy York Terier, który znajduje i głosi strzelonego zwierza, tropi, wyciska i aportuje ptactwo (nawet z wody!), sygnalizuje dziki podczas zasiadki i posiada tysiące innych zalet, o których nie sposób teraz pisać, ponieważ Zuźka to temat na oddzielne opowiadanie.

Pozbierane wszystko, pędzimy "co koń wyskoczy" na Jawor. Już dwudziesta prawie, późno, bardzo późno. Może zdążymy przed dzikami. W lesie jest lekki półmrok, ale majowa jasnozieloność przedłuża dzień. Andrzej poszedł na ambonę na zrębie, ja skradam się do naszej ulubionej zwyżki niedaleko młodnika. Na pamięć lawiruję między strumyczkami, kałużami, gałęziami... znam tą ścieżkę znakomicie. Nie trzaska gałązka, każdy krok wyważony, czujny, staram się do perfekcji ćwiczyć sztukę "widzenia stopami". Wychodzi coraz lepiej. "Stary a głupi" - podśmiewam się nieraz sam z siebie, "dobrze, że znajomi nie widzą, bo popękaliby ze śmiechu". Nic nie poradzę, zabawa w Sokole Oko sprawia mi nieopisaną frajdę od dzieciństwa.

Jest zwyżka. Bezszelestnie i azjatycko zwinnie wpełzam na górę. Jeszcze nie zdążyłem się dobrze "wykokosić", kiedy nagle... trzask gałązki zamienia mnie w kamień. Za plecami mam dziki, jestem pewien. Delikatnie odwracam głowę w lewo i widzę przelatka. Małego cwaniaka, który wietrzy i słucha. Nie mogę do niego celować, ponieważ stoi tak, że musiałbym się wygiąć do tyłu w "chiński paragraf". Dziczek przesuwa się w stronę zwyżki krzakami. Idzie ostrożnie, co chwilę przystaje. Wreszcie mogę się złożyć. Łapię go w krzyż. Fajny dziczek, jakiś taki uśmiechnięty... zobaczę co kombinuje, poczekam aż wylezie na czyste. W młodniku jest pewnie cała ferajna, niech mi to wszystko wypakuje się na wierzch to sobie popatrzę. Światło jeszcze jest, strzelić zawsze zdążę, mam czas. W tym momencie, dziczek, który stoi o kilka kroków od zwyżki fuka i jednym susem wraca w młodnik. Trochę trzasków, hałasów, kilka chrumknięć i cisza. Przekombinowałem, dziczek zwietrzył mój trop i nawiał w młodnik a tam naplotkował zapewne wszystkim innym dzikom jaka jest sprawa i "zacichli" jak w grobie. Przeczuwając koniec sukcesów łowieckich na dzisiaj, wyciągam herbatkę, kanapkę i oddaję się kontemplacji lasu i konsumpcji. Czekam na Andrzeja, jeszcze siedzi, może jemu coś wyjdzie.

Baaachhhh!!! Przytłumione echo strzału roznosi się po lesie. "Andrzejek strzelił kabanka" - myślę sobie. Za chwilę telefon wibruje w kieszeni. "Przychodź, weź jakiś sznurek, dzwoń do Adama..., cholera jasna jak my go stąd wyciągniemy?!" ...słyszę w telefonie radość i kłopoty. Wędruję na zrąb. Na zrębie jeszcze jasno. Półtorasta kroków od ambony leży sporawy wycin. Zuźka głosi z pasją ujadając wściekle. Andrzej zadowolony, co chwila poprawia czapkę, gorączkowo opowiada całą sytuację. Strzelony wycinek, to "profesor" który zmylił go już kilka razy, wychodził nieregularnie, zmieniał ścieżki, godziny, czekał aż wyjdą "małolaty" i dopiero po nich zaczynał żerować. Jednym słowem sztukmistrz. Ba, przyszła jego godzina dziś. Ostatni kęs, złom… nie ma dzika. Jak z człowiekiem. Dziś jest, jutro nie ma. Życie.

Tańcowaliśmy z tym dzikiem do północy. Porządnie zmęczeni usiedliśmy na koniec przy kawie. Nigdzie tak kawa nie smakuje, jak w domku myśliwskim o północy. Zaczęliśmy planować poranne wyjście. Spać mi się chciało jak diabli i mówię do Andrzeja że: "...zmachany jestem, ledwo żyję, coś bym zjadł, wstać o drugiej trzeba to właściwie nie ma sensu się kłaść… ogólnie rzecz biorąc nie idę!". Popatrzył na mnie przeciągle, uśmiechnął się wilczo i prawi: "Jak chcesz, ale jak byś rano poszedł to może strzelisz swojego życiowego dzika". "Taaak" - myślę sobie z przekąsem - "...bo on na pewno czeka tam, gdzie ja będę rano spacerował".

Dobra. Przekonał mnie. Idziemy rano.

Świt na polach za wsią jest zawsze piękny. Kłębiaste cielska mgieł podnoszą się i przetaczają konwulsyjnie. Gdzieś w dali, za horyzontem, czerwone miecze słońca wycinają drogę w chmurach. Rzepaki, zboża, jakieś krzaki, sarny, czajki, zające, wszystko się miesza, pojawia, znika, mami... cudne bałabuszki. Powietrze wilgotne, jak górski potok orzeźwia i budzi natychmiast. Dookoła burza zapachów. Złoty kurz polnej drogi uderza w nozdrza, ptaki dekorują poranek operowym trelem. Wszystkie zmysły piją jak z krynicy. Wchłaniam. Idziemy wolno, maksymalnie przedłużając chwilę.

Idziemy. Lornetki czeszą teren cal po calu. Na ambonie "Witka", trzeci kolega (też Andrzej, ten sam zresztą z poprzedniego opowiadania, który stał obok mnie na zbiorówce) czuwa od wczesnych godzin porannych. Czeka na schodzące dziki. Mój cel to zwyżka "na brzózkach", Andrzej (ten "mój" Andrzej, maestro od polowaczki) wędruje na tzw. "gruszkę" – ambonę w samym środku pól. Pomalutku wchodzę na zwyżkę. Kniejóweczka na bok. Papierosek. Herbatka. Lornetka... wooow daleko po prawej dziczek zasuwa. Piękny dzik, grzeje do lasu w świetle poranka. Schodzi prędko. Nie kombinuje nic, nie zatrzymuje się, wali prosto na ambonę "Witka". Widać go znakomicie na tle niskich, zielonych zbóż. Znika za brzózkami. Spodziewam się strzału.

Baaach! Cichy, stłumiony mgłami strzał. Cisza. Odczekuję urzędowe 20 minut, dzwonię do obu Andrzejów i schodzę ze zwyżki. Idziemy ciekawi zdarzenia. Już z daleka widać, jak Andrzej z nosem przy ziemi, tropi coś wnikliwie na łące pod amboną. Pyszczysko ma cokolwiek niewyraźne. Podchodzimy bliżej. Ewidentnie, Andrzej drepcze z miną "srającego kota". Spudlił sromotnie ale gęba mu się cieszy od ucha do ucha. Teraz już wszyscy razem sprawdzamy zestrzał, pocieszamy Andrzeja, puszczamy Zuźkę na trop. Farby nie ma. Zuźka pokazuje, że dzik zdrowy jak byk poszedł do lasu w susach. Jeszcze się tam kręcimy, tropimy, chociaż Andrzej stanowczo komunikuje, że: "pudło jak diabli, widziałem jak za dzikiem dymiło, spóźniłem, etc.". No cóż, życie. Dzik poszedł zdrowy, Andrzej miał satysfakcję że dzika widział, był strzał, emocje, krótko mówiąc - polowanie udane.

Czas wracać, dzień nadchodzi w towarzystwie lazurowego nieba. Poradziliśmy Andrzejowi (temu co prawie strzelił dzika) żeby sobie pojechał kawałek dalej za las, połaził za koziołkami, poranek cudny, może akurat coś ciekawego wypatrzy. Sami zaś, spacerowym tempem wracamy do samochodu. Wracamy polną drogą na skraju lasu i pól. Dookoła nas, w objęciach delikatnej mgiełki, ociekają świeżą zielonością wschodzące uprawy i pysznią się żółciaste łany rzepaków. Księżyc jeszcze wędruje po błękicie, słońce z drugiej strony nadciąga w majestacie kolorów... echchch... "Żywot łowiecki ma w sobie to niezrównanie rozkoszne, że jest cały stopniowym wcielaniem w życie i ziszczaniem się najczarowniejszych snów. Jawa zaś od tych snów bywa najczęściej stokroć jeszcze piękniejsza...".

"Dzik!!!" Szept Andrzeja wyrywa mnie momentalnie z błogiego, paranormalnego kontaktu z Julianem E. Daleko, około kilometra od nas, na zielonej karcie pola, ciemna bryła przesuwa się żwawo w stronę lasu. "Leć!"- krzyczy Andrzej. Jasny gwint, nie trzeba mnie zachęcać. Startuję jak arabski koń. Pędzę jak strzała z tatarskiego łuku, jak misio Yogi, jak struś pędziwiatr. Po pięciuset metrach orientuję się, że palenie jednak szkodzi zdrowiu. Sapiąc jak parowóz zwalniam. Zuźka plącze się pod nogami zdziwiona czemu ten śmigły i chyży dotąd młodzian, nagle zastopował i ledwo dycha. Nic to... jak mawiał Pan Michał, nic to... Krokiem spacerowo-marszowym, trochę truchtem, trochę powłócząc nogami, skradam się polnym traktem do dzika. Muszę zdążyć przeciąć mu drogę. Cholera nie zdążę. Ale kabanisko. Ale pruje skurczybyk. Za cholerę nie zdążę. Gazu panie myśliwiec. Jasna... pa, przysięgam że rzucę palenie.

Niespodziewanie, dzik zatrzymuje się za kępami traw na miedzy i zaczyna buchtować. Biały dzień. Czwarta. Jestem już blisko. Jeszcze chwila. Już spokojnie, już go mam, przeciąłem jego szlak do lasu. Przyklękam za brzózką. Obserwuję. Może locha? Nieee, nie locha... panisko... spory dzik. Pewniak, buchtuje w najlepsze, w ogóle nie robi sobie nic z nadciągającego dnia. Kątem oka widzę jak drogą podchodzi wolno Andrzej, jest jeszcze daleko ale dzik musi przejść między nim a mną. Zuźka milcząca i napięta jak struna czai się u moich stóp. Ona też jest na polowaniu a jej małym ciałkiem targają wielkie, łowieckie emocje. Uspokajam się. Zmniejszam krotność w lunecie, przygotowuję broń. Niech podejdzie bliżej, wiatr mam idealny... Dzik przerywa buchtowanie i zaczyna uchodzić do lasu. Kolano, krzyż, prowadzę... strzał! Dzik pada w ogniu gwałtownie, jak zdmuchnięty. Znika w niewysokim zbożu. Przeładowuję kniejówkę, zabezpieczam. Spokojnie, spokojnie, ważne żeby nie skakać z radości. Opanowanie i etykieta to podstawa. Andrzej podnosi kciuk, idę w jego stronę. "Piękny strzał, gratulacje!" – słyszę z daleka. Spotykamy się w połowie drogi, gratulacje, uściski, powraca spokój i rozluźnienie. Zuźka piszczy pod nogami, niecierpliwie czeka na hasło: "Szukaj Zuzia, szukaj dziczyska". Dla niej zaczyna się najciekawszy moment polowania. Poszukiwanie, tarmoszenie, głoszenie, etc... Zuźka pędzi w zboże, widać jej tylko pędzelki uszu. Idziemy w stronę dzika...

Dzik wstaje nagle a jego gwałtowna, choć chwiejna ucieczka, zaskakuje nas jak grom z jasnego nieba. Strzelamy błyskawicznie. Odyn przysiada na zadzie, po czym zawraca i atakuje. Andrzej jest bardzo blisko, cholernie za blisko, repetuje w oka mgnieniu i strzela z przyrzutu. Dzik dostaje w gwizd. Na chwilę pada, lecz natychmiast podnosi się i wściekle kłapie. Jest straszny, zjeżony, ranny i groźny… Przyklękam i strzelam za ucho. Odyn osuwa się bezwładnie na ziemię. Chwilę stoimy nieruchomo... Emocje opadają powoli... Cisza. Mam wrażenie, że przez chwilę nie słyszałem żadnych dźwięków i dopiero teraz zaczynają wracać jak przez mgłę. Bojowy jazgot Zuźki, jest pierwszym tonem jaki do mnie dociera. Patrzymy na siebie, na dzika, na Zuźkę. Uff... tego nie było w planie. Ale odynisko, ale wola walki, jaka siła, jaka potęga. Z podziwem i szacunkiem podchodzimy do czarnego wojownika. No, no... oręż może nie medalowy ale mielibyśmy spore problemy gdyby doszło do zwarcia. Szabliska jak się patrzy. Ładny dziczysko. Ładny i bojowy. Z podziwem i respektem przyglądamy się zwierzowi. Zuźka tryumfalnie głosi odyńca.

Księżyc blednie na tle jasnego nieba. Żurawie ogłosiły dzień.

Ładny, ładny bojowy dzik. Pierwsza moja kula poszła po piórach, bardzo blisko kręgosłupa, tuż nad łopatkami. Szable 14,5 cm. Można powiedzieć, że póki co, to mój życiowy dzik. Większego dzika, do tej pory nie strzeliłem.

Warszawa 04.06.2011




13-06-2011 07:31AdrianoooMiód malina, zarówno przygoda jak i opowiadanie. Życzę kolejnych sukcesów. Pozdrawiam DB
09-06-2011 09:46Ross 31Fabuła kol.opowiadania poprzeplatana niezłymi dawkami zdrowego humoru sprawia,że całość czyta się lekko i przyjemnie.Myślę że kolega nauczony teraz ostatnim doświadczeniem będzie teraz wiedział,że nie można za szybko cieszyć się ze strzału do dzika który pada nagle w ogniu.Gratuluję zachowania zimnej krwi i opanowania.Powinien kol.częściej zamieszczać swoje opowiadania na Łowieckim.Darz bór.
08-06-2011 14:04saimonPieknie oddany klimat wiosennego polowania.
Rzuc palenie Ulmus :) Pozdrawiam serdecznie
08-06-2011 12:09MARSBardzo zgrabne opowiadanko. Przyjemnie się czyta :)

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.