DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: krzysiek7715-03-2012
Zagłębie "myłkusowe"

Sezon „rogaczowy” to dla mnie najbardziej oczekiwany okres w roku łowieckim. Rozpoczynam go już wczesną wiosną na przełomie marca i kwietnia, gdy obserwując rozpadające się rudle, wypatruję ciekawych kozłów.

Obwód 177 dzierżawiony przez moje Koło jest podzielony na łowiska, podporządkowane poszczególnym Myśliwym. Ja swój rewir dzielę z Kolegą Mariuszem. Teren który został mi przydzielony jest bardzo malowniczy, położony na granicy naszego obwodu w administracyjnych granicach sołectwa Bestwinka, mozaika pól poprzecinana kilkuarowymi zagajnikami, a środkiem rozcięty doliną z kilkunastoma stawami hodowlanymi.

Mimo swojego niewielkiego doświadczenia (członkiem Polskiego Związku Łowieckiego jestem od marca 2002 roku, a selekcjonerem od maja 2006 roku) udało mi się pozyskać kilka ciekawych capów. W pierwszym sezonie „selekcjonerskim” ze względu na brak czasu nie udało mi się pozyskać kozła, w 2008 roku pozyskałem pierwszego, upragnionego kozła i od razu ośmioletniego myłkusa. Szacunek i podejście do trofeów w szczególności do parostków kozłów a zarazem selekcji sarny zaszczepił we mnie mój serdeczny Kolega a zarazem obecny Łowczy Koła.

W kolejnym sezonie pozyskałem trzy kozły w tym dwa myłkusy wyjątkowej urody, trzeci „najcenniejszy” gdyż przywabiony na dopiero co kupiony wabik, polowanie na wabia to jest najwspanialsza forma łowów bo daje myśliwemu ogromną frajdę i możliwość włączenia się w ten wspaniały okres z życia sarny.

Z pełnią optymizmu wszedłem w sezon 2010/11. Już przed majem upatrzyłem sobie wspaniałego mocnego myłkusa który siał postrach w łowisku. W pierwszych dniach bawił się ze mną w chowanego ale za trzecim wyjściem udało mi się go przechytrzyć. Drugi rogacz to również myłkus, słaby selekt w trzecim porożu. Tego osobnika nie miałem okazji wcześniej obserwować i strzeliłem go po kilkunastominutowej obserwacji, kolejnego kozła nie było mi dane strzelić gdyż tego roku kozły zostały wykonane jeszcze przed rują.

Lotem błyskawicy nadszedł sezon 2011/12 który okazał się najbardziej obfitym w myłkusy.
Tradycyjnie już wiosną w łowisku wypatrywałem ciekawych, selekcyjnych rogaczy. Podczas jednej z zasiadek na oziminie jakieś dwieście metrów od zwyżki spostrzegłem zalegającego kozła którego parostki na tle nieba od razu wzbudzały zainteresowanie ale ze względu na odległość nie dały się jednoznacznie ocenić. Z pomocą przyszedł mi jakiś przygodny sportowiec, trekingowiec który ruszył rogacza wprost pod moje stanowisko obserwacyjne. Oczy przecierałem ze zdziwienia jak zobaczyłem go z dostatecznej odległości, jednego czego żałowałem to tego, że nie miałem aparatu. Szczęśliwy na myśl o nadchodzącym sezonie, patrzyłem co będzie działo się dalej. Kozioł spłoszony wszedł do zagajnika po mojej lewej ręce ale po kilku sekundach wyskoczył jak oparzony - pomyślałem że jakiś mocniejszy konkurent dał mu do zrozumienia że wchodzi na jego teren. Odszedł spokojnie a za parę minut z lasku, kilka metrów od drabiny wyszedł rogacz, którego oceniłem na co najmniej sześć lat. Jego daszkowate róże dawały przekonanie że konkurent miał podstawy do obaw. Po dłuższej obserwacji zauważam że prawy parostek w formie widłaka jest jakoś niesymetrycznie wygięty względem drugiego, w formie szóstaka - czyżby drugi myłkus tego popołudnia... Po kilku sekundach jestem już pewien swojej oceny. Do rozpoczęcia sezonu już niespełna miesiąc a ja mam już dwa myłkusy rozpoznane i to w takich okolicznościach i w okolicy jednej zwyżki. Pełen optymizmu jadę do domu.

Nadchodzi upragniony jedenasty maj, pora ruszać w teren. Decyduje, że moje rozpoznane kozły będę próbował podchodzić na uprawie gdzie je widziałem w kwietniu. Drugiego dnia sezonu jest mi dane pozyskać tego „mniej ciekawego”, starszego rogacza. W czasie patroszenia na jego tylnej, lewej cewce zauważyłem zgrubienie tuż nad raciczką, spowodowane nastąpieniem na gumowy okrągły pierścień. Powodowało to że kozioł nie stawał na tą cewkę i raciczki były przerośnięte, gdyż ich nie ścierał, ale nie dało się tego zauważyć przy naszym pierwszym spotkaniu.
Szczęśliwy z sukcesu, ruszyłem w kolejnych dniach na spotkanie z tym "ciekawszym" ale kozioł zapadł się pod ziemię. Nie dawałem za wygraną, trzydziestego maja idąc przez łowisko, tuż po przejściu burzy, za polem z dość wysokim zbożem zauważam kozła z niezbyt pokaźnym trofeum. Bliższe przyjrzenie się parostkom przez szkła mojej Delty pozwalają mi stwierdzić że jest to bez wątpienia myłkus, którego wcześniej nie widziałem u siebie na terenie.

Tego dnia nie udało się go podejść na strzał gdyż sprytnie uchodził horyzontem jakby wiedział, że potrzebuję kulochwytu. Po dwóch dniach nieudanych zasiadek w rejonie naszego pierwszego spotkania, uparcie jeździłem w łowisko i trzeciego wieczoru udając się już do samochodu, wychodząc na wzniesienie na polu obsadzonym kapustą w odległości niespełna czterdziestu metrów zauważyłem żerującą sztukę. Przykucnąłem i z lornetką przy oczach czekałem aż sarna podniesie łeb. Po chwili już wiem, że to bez wątpienia kozioł który bawił się ze mną w chowanego przez ostatnie dwa dni. Decyzja jest jedna - odległość niezbyt wymagająca, strzał i drugi rogacz sezonu spisuje testament - drugi myłkus na rozkładzie. Nie pozostało mi nic innego jak cierpliwie w kolejnych wyjściach czekać na tego „ciekawszego”.

Mija miesiąc, jest już lipiec a dokładnie siódmy dzień tego pięknego letniego miesiąca. Tuż po zebraniu Członków Koła udaję się w teren. Wpis do książki i po piętnastu minutach już siedzę na zwyżce na skraju zagajnika zwanego „Brzeziną”. Mija godzina zasiadki, w międzyczasie uświadamiam sobie że data tego dnia nie jest zupełnie obojętna gdyż przed czterema laty zawarłem związek małżeński z wciąż kochającą i wyrozumiałą Anią. Wtem moje wspomnienia przerywa ruch w łanie dojrzewającego zboża - jest rogacz. Po chwilowej obserwacji i ocenie - dość wysoki widłak, wiek około pięciu lat - bez wątpienia selekt, decyzja może być jedna. Mimo niezbyt dogodnych warunków, zboże wyrośnięte, kozłowi widać łeb i tylko trochę karku, ale odległość niezbyt imponująca także przyspiesznik naciągnięty... Piękny strzał daje mi wiele radości i z dobrym humorem wracam do domu zaglądając jeszcze do kwiaciarni w wiadomym celu.

Dokładnie dwudziestego tego samego miesiąca, na dokładnie tej samej zwyżce pozyskuję kolejnego, czwartego rogacza sezonu, trzeciego myłkusa wyjątkowej urody. Kozła tego wcześniej nie spotkałem, pojawił się tak niespodziewanie że strzelałem go na dwadzieścia metrów, do oceny parostków nie była nawet potrzebna lornetka. Radość ogromna, oddaję hołd ubitemu zwierzęciu robię pamiątkową fotografię i zastanawiam się czy uda mi się jeszcze spotkać tego za którym cały czas chodzę...

Na odpowiedź na to nurtujące mnie pytanie nie muszę długo czekać, bo zaledwie tydzień. Ruja w pełni, zasiadam już w innym rejonie i po kilku chwilach moim oczom ukazuje się grzejąca się koza i nie odpuszczający jej amant - ale jaki, to ten za którym chodzę trzeci miesiąc. Sarny są tak zajęte amorami że się nawet nie zatrzymują, po chwili znikają za wzniesieniem. Szczęście jednak nadal mi dopisuje, gdyż jadący ciągnik rolniczy najprawdopodobniej rozdziela parę i na odległość dogodną do oddania strzału przybiega przestraszony sam kozioł, zatrzymuje się aby spojrzeć gdzie zgubił swoją miłość i ten czas wystarcza na ulokowanie krzyża lunety na komorze. Świeca jaką zrobił dała mi przeświadczenie o efekcie strzału, musiałem chwilę odetchnąć i z wypiekami na twarzy poszedłem w kierunku mojej zdobyczy.

Po strzeleniu tego kozła byłem już przekonany że sezon niewątpliwie się dla mnie zakończył, powoli zacząłem go podsumowywać i analizować. Jak się później okazało Święty Hubert miał inne plany wobec mnie. Ze względu na niezrealizowany jeszcze plan pozyskania rogaczy we wrześniu ruszyłem na poszukiwanie kolejnego selekta. W jednym z zakątków łowiska wiedziałem o starym rogaczu, był bardzo ostrożny i spotkania z nim były zwykle przypadkowe i w okolicznościach nie związanych z polowaniem.

Aż nadszedł szesnasty dzień września kiedy wybrałem się na polowanie. Dojeżdżając na miejsce spostrzegłem dwie sztuki saren, spłoszonych przez rolnika. Biegły w kierunku długiego ale wąskiego zagajnika. Pewnym, zdecydowanym krokiem udałem się na drugą stronę zadrzewień i czekam na rozwój sytuacji. Po jakiś piętnastu minutach z lasku wyszła pierwsza sztuka od razu widzę że rogacz, po chwilowej obserwacji jestem pewien, że jest to stary szydlarz zmieniający już suknię na zimową. Odległość znaczna, około 180 metrów, na dodatek rogacz stoi na sztych. Czas nagli, powoli zapada zmrok a rogacz ani drgnie. Zaniepokojony ujadaniem psa w niedalekim gospodarstwie, oczy i nie myśli się ruszyć. Postanawiam się położyć i przy pomocy lornetki jako podpórki, czekać aż kozioł pokaże komorę. Czas jakby stanął, szarówka coraz większa a cap jak wyprawiony ani drgnie, aż nagle odwrócił się i w ostatniej chwili umożliwił oddanie strzału. Padł w ogniu. Zbieram się pospiesznie, żeby z bliska zobaczyć tego seniora. Idąc do niego uprawionym polem liczę kroki - doliczyłem się ich aż sto dziewięćdziesiąt. Bez wątpliwości jest to mój najdalej strzelony kozioł a zarazem najstarszy i pierwszy szydlarz.

Kolega Łowczy licząc na moje szczęście wypisuje odstrzał na kolejną sztukę, siódmą tego sezonu. Już nie liczę że spotkam coś wyjątkowego, nawet nie proszę o to naszego Patrona gdyż już wystarczająco mnie docenił.

Cztery dni po strzeleniu szydlarza, rano wracając z łowiska gdzie zaopatrzyłem posypy dla bażantów, jadąc samochodem w samym środku pól z dala od zabudowań dostrzegłem kota domowego niosącego coś w pysku. Przez lornetkę dostrzegłem, że nie jest to bynajmniej pokaźnych rozmiarów szczur ani chomik polny tylko maleńki kilku godzinny zajączek. Nie jestem zwolennikiem strzelania do zwierząt domowych, ale ten widok tak mnie rozgoryczył, że chciałem od razu wykonać wyrok na kłusowniku. Stało się inaczej, kocurowi udało się dojść do pobliskiej uprawy kukurydzy i zniknąć. Byłem tak wściekły, że postanowiłem popołudniu sprawdzić czy był to jednorazowy wybryk „sierściucha”, czy może zwyczajnie jest to jego rewir i znowu go spotkam w tym odludnym rejonie. Siedząc w pobliżu kilku arowego pola obsianego prawie dojrzałą kukurydzą, czekałem na pojawienie się szkodnika. Gdy słońce już zaszło a pola ogarniał mrok zza uprawy wyszedł rogacz. Lornetka do oczu i... na mojej twarzy uśmiech. Bez wątpienia myłkus, nie przyglądając się mu już dłużej strzelam, nie myśląc już o wydarzeniu z rana. Podchodząc do rogacza przygotowuję aparat do zrobienia zdjęcia, ale gdzie jest moja zdobycz... W miejscu gdzie powinien leżeć, nie ma nic oprócz paru kropel farby. W głowie kotłują się już myśli. Co było nie tak, widziałem wyraźnie jak rogacz zaległ. Chowam aparat i czym prędzej przechodzę do działań. Sprawdzam zestrzał i kierunek w którym odszedł rogacz, ślady prowadzą do kukurydzy. Podchodząc do ściany uprawy już widzę zalegającą brązową sylwetkę sarny, podchodzę bliżej i klękam z wrażenia. Moim oczom ukazuje się trofeum o jakim nie śmiałem marzyć, jakiego w najpiękniejszych snach bym nie stworzył. Forma parostków robi na mnie takie wrażenie, że nie potrafię opanować emocji i zrobić zdjęcia.

Jest dwudziesty wrzesień, pozyskuję siódmego rogacza, do końca sezonu jeszcze dwanaście dni, do wykonania jeszcze trzy kozły ale ja już nie mam zamiaru jechać do Łowczego po odstrzał, zwyczajnie nie chcę „psuć” tego cudownego finału.

Nie mam najmniejszego pojęcia skąd taka ilość myłkusów w tym sezonie zagościła na moim terenie. Oprócz pierwszego kozła, którego nietypowa forma poroża była spowodowana niewątpliwie kontuzją odniesioną poprzez ten kawałek gumowego krążka. Przypuszczać tylko mogę, że poprzez znaczną urbanizację terenu, dużą sieć dróg i znaczny ruch na nich oraz duże zagęszczenie sarny zdarzają się takie ciekawe przypadki. Zwolniony teren od razu jest zajmowany przez kolejnego kozła zwykle słabszego, migrującego. Są to tylko moje przypuszczenia i nie będę miał nic przeciwko jeżeli w kolejnych sezonach nadal dane będzie mi pozyskiwać takie perełki.

Darz Bór!
Z utęsknieniem czekam na kolejny „koziołkowy sezon”.




09-10-2012 16:31cezetka527Gratulacje Krzychu oby św. Hubert dalej tak Ci darzył. Piękne opowiadanie, choć nie za bardzo lubię czytac powiem że tak mnie wciagneło że czytałem od dechy do dechy. Jeszce raz gratulacje Krzychu.
20-03-2012 23:35Lasek_2005Serdecznie gratuluję takich ciekawych trofeów i przygód!! Nie miałem okazji w sezonie spotkać myłkusa, ogólnie u mnie rzadko występują. Może w tym się uda. Życzę w nadchodzącym sezonie sukcesów rogaczowych i nie tylko!! Darz Bór!!
15-03-2012 22:30tadek123Gratulacje. Z tego co wiem to jesteśmy sąsiadami jeśli chodzi o obwód i rejon. Szkoda że jeden z tych myłkusów nie przekroczył granicy bo z mojego rejonu to one na pewno nie przyszły ha ha. Mi nasz patron podarzył tylko trzy w tym sezonie i nie tak fajne. Pozdrawiam Darz Bór
15-03-2012 17:07krzysiek77Każdy Członek ma swój teren na którym usytuowane są posypy dla bażantów, paśniki dla saren,ambony i zwyżki, jest odpowiedzialny za zaopatrzenie je w zimie oraz bieżące remonty. Przez to każdy ma lepsze rozeznanie w "swoim" rejonie. Obwód jest podzielony na dwadzieścia kilka takich obszarów. Jest to rozwiązanie moim zdaniem bardzo dobre, Myśliwi są dobrze zorientowani w podległych miejscach, co jest ułatwieniem przy polowaniach zbiorowych jak i inwentaryzacji oraz kontaktach z miejscowymi Rolnikami i mieszkańcami.
15-03-2012 13:13Pomorski ŁowcaTak z ciekawości - co to znaczy, że obwod podzielony jest na rewiry podporządkowane poszczególnym myśliwym ?

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.