DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: Manek6717-03-2012
Dawno, dawno temu .... pierwszy dzik.

Dawno, dawno temu... (mój pierwszy dzik...)

Było to tak dawno temu i w tak odmiennych od dzisiejszych realiach, że z perspektywy tego czasu wydaje mi się to wręcz nierzeczywiste.

Wczesne lata 80-te, mam "już" 14 lat. Mój pokot drobnej sięgnął kilkudziesięciu sztuk kuropatw, kaczek, kilka lisków i szaraków (nie licząc dziesiątek gawronów, wron, srok i innego obecnie chronionego tałatajstwa). Nikogo wtedy nie bulwersowało, że "Młody" dostawał - pod opieką ojca czy dziadka - dubeltówkę do ręki, w jednym, czy drugim miocie. A na polowanie na kury, ciężko zapracowywałem. Zarówno pracą w obejściu Dziadków, jak i utrzymywaniem kilkunastu posypów w okresie jesienno - zimowym oraz trzymaniem na odległość kilku kilometrów, od terenu nad którym trzymałem pieczę, wszelkich drapieżników (i mówię o wszystkich drapieżnikach).

Oczywiście wszelkie moje sukcesy na niwie łowieckiej były "nielegalne", ale według naszego wewnątrzrodzinnego kodeksu łowieckiego zanim dostałem pierwszy raz broń do ręki musiałem się wykazać bardziej, niż na oficjalnym egzaminie łowieckim. Bez kozery przyznam się do faktu, że moja wiedza teoretyczna wówczas była chyba większa niż w chwili obecnej. No cóż, ale skoro moim "planem życiowym" było zostać zawodowym myśliwym (bez różnicy gdzie: na Syberii, czy w Kanadzie), to chyba nie dziwne, że byłem "obkuty" nawet z behawioryzmu tak egzotycznego zwierzęcia jakim jest rosomak. Życie trochę inaczej zweryfikowało moją rzeczywistość, ale to był tak piękny czas...

Jest pierwsza dekada stycznia. Świeża ponówka okryła nasze okolice białym puchem. Mimo tego, że to środek tygodnia, to siedzę z Ojcem w naszej Warszawie i szarym jeszcze świtem przebijamy się od Przemyśla w kierunku Birczy. Na drodze krajowej robimy pierwszy ślad. Dopiero teraz zdajemy sobie sprawę z tego, jak dużo tego białego puchu spadło przez noc. Mimo tego, że Karolcia (jak pieszczotliwie Ojciec nazwał starszawy już samochód) została "podrasowana" i ma założone koła od Ułaza, to pod niektóre górki musimy podjeżdżać na kilka razy. Ale, że jest to wyjazd "na" polowanie, a nie powrót z niego, nie budzi to zbyt dużego rozdrażnienia. Inne to były czasy i wszelkie przeciwności losu i trudności były wpisane w uroki życia codziennego. Kilka kilometrów za Birczą widzimy machającego intensywnie do nas "autostopowicza". Może potrzebuje pomocy? Może coś się stało? Ojciec uchyla szybę.
- Co tam? Stało się coś?
- Panowie ("panowie", to też o mnie, nagle staję się dojrzalszy i starszy, zostałem zaliczony do dorosłych) zabierzecie mnie do Lipy?
- No co Pan? Przecież Pan od Lipy idzie?
- Tak, tak, ale idę od 4-ej, żadnego autobusu, ani nic nie jechało, k...wa mnie wzięła i wracam do chałupy.
- No dobrze. My na Brzeżawę jedziemy, to po drodze.
Po zajęciu miejsca w samochodzie, nasz pasażer wykazuje się dużym zmysłem obserwacyjnym: "Panowie na polowanie?" "Hmmhmm" potwierdza Tato. "A to ja godzinę temu widziałem pod Czerterzem wielkie stado dzików. Jak przebiegały przez drogę, to jak pociąg było. Chyba z 50-siąt sztuk. Tak koło kapliczki to było". Uściśla miejsce nasz pasażer, znajome i charakterystyczne dla każdego kto zna tutejsze okolice.

Miejscowy Gajowy opowiedział mi któregoś wieczora, historię powstania tej kapliczki. Sięga ona lat 40-tych i ma związek z akcją "Wisła". To w tym miejscu jedna z sotni UPA, grasujących wtedy po okolicach, zrobiła zasadzkę na konwój polskich żołnierzy eskortujący kolejną grupę polaków, którzy byli przesiedlani "na tamtą stronę Sanu". Podobno nikt z tej grupy nie przeżył. W jakiś czas potem miejsce to stało się "nawiedzone". Po drogach poruszały się wówczas tylko pojazdy wojskowe, a okoliczna ludność docierała do oddalonej o 8 kilometrów Birczy jedynie własnymi "środkami transportu" - furmankami lub własną "dwójką" (raz-dwa, lewa-prawa). A tu zaczęły się mnożyć opowieści o słyszanych w tym miejscu dziwnych głosach, jakichś zjawach i takiej atmosferze, że włosy same jeżyły się na karku. A że miejsce nazywało się "pod Czerterzem, podobno od "diabelsko trudnych do pokonania potoków jakie przecinają zbocza tego grzbietu, to razem wszystko układało się w jedną konkluzję: "Pod Czerterzem straszy". Droga ta była jedyną pępowiną łączącą okoliczne wsie z ośrodkiem władzy, handlu i gospodarki, jakim jest Bircza, więc wszyscy musieli z niej korzystać. Uradzono więc, że miejsce trza odczarować. Tak powstała koncepcja postawienia tam kapliczki, którą poświęcał podobno sam biskup z diecezji przemyskiej. I rzeczywiście "pomogło". Zjawy przestały się pojawiać i nawet mgła jakby rzadziej zalegała w tamtym miejscu. Ot historia jakich wiele w tamtych okolicach, tak mocno poranionych tą dziwną "wojną po wojnie".

Z zamyślenia wyrwał mnie fakt, iż nasz pojazd przestał się poruszać. Po chwili staliśmy nad korytem uczynionym przez rzeczywiście dużą watahę. Obsypujące się wciąż drobinki śniegu dobitnie świadczyły o autentycznej świeżości tropu.

Wiadomo nie od dziś, że "widziane" przez gospodarzy dziki, albo sięgają rozmiarów wypasionych jałówek, albo ich ilości (szczególnie te, które żerują na ich polach) są porównywalne do stad bydła jakie zamieszkiwały okoliczne PGR-y. Aczkolwiek to w tamtych czasach widziałem chmarę jeleni składającą się z stu trzydziestu kilku sztuk, ale to była "otulina" Arłamowa, więc niespecjalnie to wówczas dziwiło. Toteż, gdy nasz pasażer stwierdził, że widział dziki, to podeszliśmy do tego z "delikatną nutą niedowierzania", a tu masz: czarno na białym stoi, że nie konfabulował (a raczej: "biało, na białym" :-D).

Widząc, nasze zainteresowanie, miejscowy z zawodem w głosie bardziej stwierdził niż zapytał: "To ja już dalej pójdę sam...?" "Nie, siadaj Pan, podwieziemy do PGR-u" uradował tubylca Ojciec. Po drodze został poinstruowany, że ma wstąpić do PGR-u i od Dyrektora zadzwonić do Gajowego Mirka z informacją gdzie jesteśmy i że będziemy później niż planowaliśmy. Na wypadek gdyby Dyrektor coś marudził, to Ojciec rzucił mu nazwisko jakiegoś miejscowego Dygnitarza z Komitetu Wojewódzkiego partii, który polował w tym Kole. A był to czas kiedy takie nazwiska działały jak czarodziejskie różdżki, które zmiękczały wszystkie "twarde serca" i otwierały każde drzwi.

Po wysadzeniu "Pana Heńka" wróciliśmy pośpiesznie na trop. Dziki poszły właśnie na Czerterz. Nigdy wcześniej tu nie byłem, ale Ojciec widocznie miał już swoje doświadczenia, toteż ułożył plan polowania. "Śniegu jest tak dużo (a było go pod kolana), że nie mogły daleko pójść. W poprzek potoków nie damy rady iść. Ja idę tropem, jedną stroną potoku, a ty drugą. Jak koryto skręci do Ciebie to mnie zawołasz i pomyślimy co dalej". Nie będąc jeszcze pewny czy spotka mnie za chwilę szczęście, niby z głupia frant zapytałem: "A co będzie, gdy wejdę na barłogi?" "No jak CO? Bierzesz "fifkę" (jak na piękną Dziadkową szestnastkę Merkla mawiał Tato). Daję słowo, że w tamtym momencie nagle zza chmur wyszło słońce, temperatura podskoczyła o 20 stopni i w styczniu zaczęły śpiewać ptaki. Oto pierwszy raz w życiu, będę samodzielnie polował na grubego zwierza. Pierwszy raz wyjdę spod "uciążliwej" opieki Ojca i z kulami w lufach będę sam tropił czarnego zwierza. (Do dziś się zastanawiam, a było to prawie 30-ści lat temu, czy to ten moment sprawił, że polowanie po świeżym tropie za czarnuszkami, należy do moich najbardziej pożądanych i ulubionych). Ojciec wręcza mi 4 breneki i w chwili kiedy wyciągnąłem dłoń upuścił je na drogę. Zdziwiony patrzę na niego, czy to nie początek jakiejś "starczej choroby", bo w oczach 14-latka, to "Ojciec jest już "stary" przecież ma ponad 40 lat!" (ależ ci młodzi są okrutni, przecież ja dziś mam 45 i wcale nie czuję się "staro"), ale na szczęście nie. Orientuję się, że to niby przypadkowe upuszczenie naboi, to jakiś element rytuału łowieckiego, który ma podnieść szczęście łowcy otrzymującego patrony. Kiedy już mamy się rozstać. Tato kładzie mi rękę na ramieniu i patrzy głęboko w oczy: "Tylko nie szalej, wiem że cię rozpiera energia, ale to są dziki, nie wiadomo jak grube. Nie będziesz pewny strzału, to nie strzelaj. Żartów nie ma. Coś nie tak, nie będziesz mnie słyszał, czy wiedział gdzie jesteś: wracaj po swoimi śladzie do samochodu". "Tak, tak oczywiście" przytakuję, a pod czaszką już mi się roi widok szablastego odyńca.

W końcu się rozstajemy. Ojciec znika za krzakami bzu i kępami olch porastających dno potoku, ja idę na swoją stronę. Już po kilkuset krokach "czuję w kościach" ile tego śniegu jest. Każdy krok to zapadanie się po kolana. Całe szczęście, że to świeżutki, miękki puch, a nie ciężka, lepka masa, jaką śnieg też być potrafi. Zaczynam podchód pod stok grzbietu. Tu śniegu jakby jeszcze więcej. Pewnie dlatego, że poruszam się oddziałem majestatycznych buków, które niewiele śniegu zatrzymały na swoich ogołoconych z liści konarach. Patrząc pod górę, kilkaset metrów przed sobą widzę, ciemniejszą gęstwinę lasu. Pocieszam się w myślach, że tam musi być jakiś oddział iglasty, więc pewnie mniej śniegu na ziemi. Cały czas widzę pod drugiej stronie potoku Ojca – dzieli nas około 300 metrów. Po sposobie poruszania się (trochę kluczy, nie idzie prosto, czasami robi jakieś zakola) upewniam się, że nadal idzie za tropem watahy. (Tak teraz na gorąco wpadła mi do głowy taka myśl: przecież w obecnym brzmieniu "regulaminu polowań" to byłoby to poważne naruszenie przepisów: "...dwóch współpracujących myśliwych, działających w porozumieniu..." Jejku, do jakichże absurdów doszliśmy. Ojciec z synem, brat z bratem, kolega z kolegą nie mogą wspólnie pójść po tropie za czarnuszkami bo narusza to przepisy?!?)

Zbliżam się do szarozielonej ściany i widzę, że są to jodły. Ogromne, strzeliste i piękne, pod nimi bardzo gęsty młodnik powstały w wyniku samosiejki. Każdy chyba przyzna, że taka lokacja budzi uzasadnione nadzieje na to, że zalegną w niej dziki. Już nie widzę Ojca i zaczynam kluczyć starając się przedrzeć przez gęsty podszyt młodych jodełek. Z każdym krokiem, te trochę wyższe obdarowują mnie pióropuszem puchu, który pokrywa mnie białym całunem. Śniegu pod nogami trochę mniej, od czasu do czasu naturalne "placki" bez młodych drzewek pozwalają orientować się gdzie jest słońce i dokąd zmierzam. Kiedy już poczułem się trochę zmęczony i moja nadzieja na spotkanie z "czarnym zwierzem" opadła, ujrzałem pod nogami upragniony widok koryta. "Wołać Ojca, czy nie?" Przemknęło przez myśl. Oczywiście tego nie zrobiłem, a "poważnych argumentów przeciw" wynalazłem co najmniej kilka. Jak gończy pies, z nisko opuszczoną głową podążyłem za tropem. Po przejściu może dwustu metrów, bardziej poczułem, niż usłyszałem, że coś się wokół mnie dzieje. Podniosłem wzrok i zamarłem: w odległości 20 metrów stał przede mną potężny odyniec. Wyraźnie widziałem długie pióra na chybie i kremowo świecący się oręż. Staliśmy tak kilka sekund. On świdrujący mnie świecami, ja przesuwając muszkę pomiędzy nasadą słuchów, a komorą. W końcu powietrze rozdarł... przeraźliwy falset, niezmutowanego gardła czternastolatka: "Tato dzikiiiiii!!!"

Zanim dotarło do mnie co zrobiłem dzik pokazał mi podniesiony obraźliwie chwost i zniknął w gęstwinie. Do dziś nie mogę zrozumieć, co tam się wtedy stało, dlaczego tak zareagowałem. Na pewno świadomie tego nie chciałem, ale widocznie moja podświadomość była "mądrzejsza" lub bardziej "tchórzliwa" ode mnie. Po tym piekielnym wrzasku las wokół ożył. Wszędzie dokoła siebie widziałem i słyszałem dziki. Jakimś cudem wlazłem chyba w sam środek zalegającej watahy. Przesuwałem lufami od jednego do drugiego kształtu, ale nadal nie oddawałem strzału. Te chwile nie trwają długo, więc lada moment dziczy festiwal mógł się skończyć. Wtedy pod same nogi, na kulawy sztych, wyjechał mi "potężny" przelatek. Strzeliłem z rzutu i dziczek skoziołkował przez gwizd. Jednak nie znieruchomiał, ale zaczął kręcić dziwnego młynka, kręcąc się wokół własnej osi, której punktem środkowym był gwizd zapadły głęboko w śnieg. Tylne biegi pracowały mocno, ale że przód nie chciał się podnieść, to dziczek kręcił "ósemki". Było to tak niespodziewane i irracjonalne, że zanim otrząsnąłem się ze stuporu i oddałem kolejny strzał minęło kilka sekund. Szczęście mnie wówczas opuściło. Gdy naciskałem spust, dzik wsunął się za kilkumetrową jodełkę i jedynym efektem mojego strzału było pochylające się i padające na ziemię drzewko. Za chwilę wszystko ucichło. Przeładowałem i puściłem się biegiem za wyraźnym tropem zabarwionym farbą. Kierunek ucieczki był odwrotny od tego gdzie znajdował się Ojciec, ale wtedy ani przez ułamek sekundy o tym nie pomyślałem. Moim imperatywem było dojść mojego pierwszego dzika. Dzika, którego powaliłem strzałem w pełnym biegu, który teraz uchodził ranny. Przecież to było moim "głównym" obowiązkiem: jak najszybsze dojście zranionego i cierpiącego zwierza. O ile to możliwe w takich warunkach, starałem się biec. Kiedy po 200-stu metrach wydostałem się z jodłowego oddziału, zobaczyłem że znowu jestem, na bukowym lesie, a kawałek dalej teren gwałtownie obniża się tworząc zapewne kolejną rozpadlinę potoku. Ślad widziałem teraz daleko przed sobą, więc postanowiłem przeciąć następny potok, trochę powyżej tropu, gdzie spodziewałem się, że nie będzie aż tak stromy i głęboki. Gdy doszedłem na brzeg zobaczyłem, że mój dziczek wdrapuje się na przeciwległy stok, wyraźnie utykając na przedni prawy bieg. Właściwie to niewiele się posuwał do przodu. Każdy sus powodował, że się potykał i zsuwał po stromych brzegach trochę niżej. Było to ode mnie z 50 metrów, więc kiedy zatrzymał się do kolejnego skoku oddałem strzał. Już w tym momencie wiedziałem, że było to czyste pudło. Popełniłem kardynalny błąd: patrzyłem na dzika nie po szynie, ale nad szyną. Wykwit fontanny śniegu z metr nad dzikiem był tego oczywistą konsekwencją. Zmieniło to sytuację o tyle, że dzik nie próbował już wspinać się do góry, ale zsunął się na dno potoku i kulejąc oddalał się ode mnie w szybkim tempie posuwając się w dół grzbietu.
Zamiast dać mi to do myślenia, zdopingowało mnie tylko do intensywniejszego pościgu. O ile to można tak nazwać, zacząłem biec, a raczej zsuwać się na tyłku w dół stoku. Teraz, gdy o tym myślę, to aż nie mogę uwierzyć, że nie skręciłem sobie karku lub przynajmniej nie złamałem czegoś – tak szaleńczy to był zjazd. Raz na pupie, raz na brzuchu głową w dół. Kiedy już stok wypłaszczył się na tyle, że mogłem normalnie iść, przedmuchałem lufy i ogarnąłem się trochę. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że została mi ostatnia kula. Rzut oka do potoku potwierdził, że dziczek nie wydostał się z parowu, ale cały czas posuwa się w dół. Jednak nadal dzieliło nas z 150 metrów. Zorientowałem się, że zmierzamy do podnóża grzbietu i na dole dziczek skręci wzdłuż przepływającego tam większego potoku, lub przekroczy go i przetnie drogę, którą przyjechaliśmy od Birczy. I tak się stało. Trop wskazywał, że przelat wybrał kierunek skąd przywędrował razem z watahą. Zanim przeciąłem drogę stwierdziłem, że zaległ on na chwilę w dole potoku, jakby zbierając siły przed "skokiem" przez otwartą przestrzeń. Wyglądało na to, że jest już bardzo wyczerpany i niedługo go dojdę. Bez wahania podążyłem za tropem. Las po drugiej stronie drogi był trochę inaczej ukształtowany niż po stronie Czerterza. Był prawie płaski, tylko co 200-300 metrów przecinały go głębokie, o stromych brzegach rozpadliny – jakby ktoś monstrualną siekierą pokiereszował powierzchnię. Trop jednak przecinał najbliższą w poprzek. Nie chciało mi się jej obchodzić – 200 metrów w każdą stronę - więc zsunąłem się w dół. I to był błąd! Wprawdzie zobaczyłem, że dzik znowu zalegał i odpoczywał (aż dziw, że tyle uszedł, bo cały czas na tropie było dużo farby), ale kiedy chciałem się wspiąć na przeciwległy brzeg okazało się to niemożliwe. Kilka minut trwały moje bezowocne wysiłki. Powiodło mi się dopiero wówczas, gdy odgarnąłem śnieg do samej ziemi i posługując się kordelasem jak czekanem wydostałem się na górę. Pokonałem zaledwie 15 metrów, a wyczerpany byłem jak po maratonie. Droga "na skróty" zajęła mi pewnie z pół godziny. Ruszyłem dalej gdy odsapnąłem. Kiedy po kolejnych kilkuset krokach zobaczyłem przed sobą następną rozpadlinę, to odechciało mi się wszystkiego, ale trop prowadził znowu w poprzek niej. Podszedłem na brzeg parowu. Trop schodził w dół, ale... Nie wychodził po drugiej stronie. Co u diaska?!? Przecież nie mógł rozpłynąć się w powietrzu. Wychylając się coraz bardziej i wyciągając szyję jak czapla, nagle poczułem, że tracę grunt pod nogami. Razem z wielkim nasypem białej czapy sturlałem się na dno. I wtedy poczułem, że coś mam za sobą. Gwałtownie obróciłem się i w odległości może 10 metrów zobaczyłem mojego dziczka. Z postawionym chybikiem i chwościkiem może nie wyglądał groźnie, ale ja byłem przerażony. Bez zastanowienia strzeliłem z rzutu. Widziałem, że dzik kulę przyjął, ale nie powaliła go tylko spowodowała, że przysiadł na zadzie. Boże! Byłem już bez patronów. Dzik nadal żył, a mi się już wtedy tylko płakać chciało. Co gorsza kiedy tylko próbowałem się poruszyć to on kłapał mizernym orężem i wyglądało jakby chciał szarżować. Dopiero wtedy opadła ze mnie pewność siebie i mina mi zrzedła. Noooo pas całkowity. Kul więcej nie mam, z parowu się szybko nie wydostanę, Ojciec czort wie gdzie... Oczywiście są moje ślady i tropy sfarbowanego dzika, ale ile to potrwa kiedy Tato tu dotrze. A jeżeli dzik jeszcze chwilę odpocznie i postanowi zemścić się na prześladowcy. (Wówczas nie wiedziałem, że ta ostatnia kula przeszła mu przez szynkę i utknęła w miednicy, więc był całkowicie unieruchomiony, a więc dla mnie niegroźny). Po prostu bałem się i nie wiedziałem co robić. Sekundy ciągnęły się jak minuty, a minuty jak godziny. Kiedy krzyknąłem dzik jeszcze groźniej zafuczał i zakłapał. Przemknęła mi przez głowę myśl o skłuciu dzika, ale kolejne groźne kłapnięcie osadziło mnie z powrotem na miejscu.

I oto nadeszła upragniona odsiecz. Gdzieś niedaleko gruchnął strzał. Domyśliłem, że to Tato nie wiedząc co się dzieje tak mnie przywołuje. Nie licząc się już z niczym odkrzyknąłem. Za kilka minut pojawił się nad brzegiem parowu. "Co się dzieje !?! Dlaczego nie wyłazisz z tej dziury" - zanim zdążyłem się odezwać już mnie połajał. "Tato masz 10 metrów pod nogami dzika! Dostrzel go!!!" Ojciec w lot zrozumiał co jest grane. Odszedł z 20 metrów i zsunął się na dno. Huk strzału niemalże mnie ogłuszył – byłem "od przodu lufy" i w wąskim parowie efekt się spotęgował. Ojciec z groźną miną zbliżał się do mnie. "Co ty kur...na synu wyprawiasz!?! Przecież ci zabroniłem..." Ale już widziałem, że nie ma w tym realnej groźby, że głos mu ze wzruszenia więdnie w gardle. Za moment fikałem nóżkami stopę nad ziemią, uwięziony w jego niedźwiedzim uścisku. "Uchhhh, synu, synku..."

Przy patroszeniu (pierwszym w życiu wykonywanym przeze mnie) chaotycznie opowiedziałem mu cały przebieg "zajścia". Mimo, że kilka razy groźnie na mnie popatrzył, bo przecież nie dostosowałem się do jego poleceń, to jednak mi nie przerywał. Oczywiście złom, pieczęć
i solidne "malowanie". W sumie bez słów – bo i co tu strzępić język, wszystko można przekazać spojrzeniami.

Potem już realizm problemu: jak go stąd wytachać. Z największym trudem pomagając sobie nawzajem wydrapaliśmy się na górę. Przy sobie tak długiego rzemienia nie mieliśmy. Na szczęście w Karolce jest linka holownicza. Idziemy do samochodu. I tu niespodzianka. Obok Warszawy, spokojnie siedząc na sankach puszcza dymka Mirek: "Jak mi Heniek zadzwonił, że Pan Łowczy poszedł na Czerteż, to tak sobie pomyślałem, że na pusto nie będzie wracał. Zaprzągłem Baśkę, niech się przebiegnie, bo dawno nie latała". Kochany Mirek, tak jak teraz potrafił czytać w myślach i przewidywać przyszłość. Wyciągniecie dziczka przez Baśkę trwało moment. W pół godziny siedziałem na dziku w sankach i zażywałem rozkoszy niespodziewanej sanny.

Ojciec zaordynował koniec polowania. Najstarszy syn Mirka „skoczył do sąsiada” i przyniósł litrówkę miejscowego KPN-u. Nie dano mi go oczywiście spróbować, ale podobno był przedni i diabelnie mocny. Ja się upajałem smakiem "mojej" wątróbki. Zostaliśmy na noc u Mirka. Na porannym podchodzie Tato strzelił cielaka, ale to już tylko stanowiło "tło" mojego święta.

Triumfalny powrót do domu. Jeszcze pamiętam zaniepokojoną minę Mamy, gdy jej opowiadałem przebieg polowania i trochę zazdrosne spojrzenia młodszego Brata. Tato wziął urlop do końca tygodnia i zapraszał wszystkich kumpli chwaląc się "orężem" i pokazując zdjęcia. Jakoś wtedy nikt nie doniósł, że 14-sto latek "skłusował" dzika.

PS. Ten "potężny" oręż mam do dziś. Wisi nanizany na rzemyk i jest moim talizmanem szczęścia.
Darz Bór.




13-06-2012 11:00SZUNAJ74Gratuluję,wspaniałe opowiadanie,przypomina mi dawne lata.Przy okazji popieram kol.ULMUSA.Darz Bór.
20-03-2012 15:17ULMUSPiękne wspomnienie. Przeczytam to sobie jeszcze raz wieczorem do kawy i fajeczki.-------------------------------------------------

Czytając ten wpis przeraziło mnie jedno spostrzeżenie Kolegi :

"Cały czas widzę pod drugiej stronie potoku Ojca – dzieli nas około 300 metrów. Po sposobie poruszania się (trochę kluczy, nie idzie prosto, czasami robi jakieś zakola) upewniam się, że nadal idzie za tropem watahy. (Tak teraz na gorąco wpadła mi do głowy taka myśl: przecież w obecnym brzmieniu "regulaminu polowań" to byłoby to poważne naruszenie przepisów: "...dwóch współpracujących myśliwych, działających w porozumieniu..." Jejku, do jakichże absurdów doszliśmy. Ojciec z synem, brat z bratem, kolega z kolegą nie mogą wspólnie pójść po tropie za czarnuszkami bo narusza to przepisy?!?)"
---------------------------------------------------------------------
ZOBACZCIE ILE STRACILIŚMY, ILE JUŻ ZOSTAŁO NAM ZABRANE, A CO JESZCZE ZABRANE BĘDZIE ? KIM ONI SĄ , CI CO WSZYSTKO NAM ZABIERAJĄ?!.

ZOSTALI NAM JESZCZE SYNOWIE I NARAZIE TYLKO OD NAS ZALEŻY CZY BĘDZIEMY MOGLI ICH WYCHOWYWAĆ MY, CZY URZĘDNICY CARSCY, MOSKIEWSCY , CZY BRUKSELSCY CZY JACYŚ INNI. NIE STRAĆMY TEJ SZANSY, DOPÓKI JESZCZE WOLNO NAM BYĆ NIEWIDZIALNYMI W LESIE.

20-03-2012 12:58kargulekGratuluję..fajnie się czytało.
18-03-2012 19:54Ross 31Kolego,gratuluję opowiadania !!/hm..całkiem niezła pamięć/.Myślę,że każdy z nas przechowuje w swojej pamięci obraz z pierwszego polowania i to bez względu na wynik.Fakt,inne to były czasy i inne realia łowiectwa.DB.
17-03-2012 12:22Pieter_81Przeczytałem jednym tchem... Przygoda na całe życie...
DB!

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.