DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: mikesz02-08-2010
Chłopiec.

Dziwnie ubrany szczupły mężczyzna szedł środkiem polany. Wyglądał niczym zjawa. Stara kurtka w kolorze khaki, takie same stare spodnie, stóptuty i zawiązana flanelowa apaszka na szyi zdradzały wędrowca lub jakiegoś pustelnika. Mocno naciągnięty na oczy kapelusz nie zachęcał aby spojrzeć mu w oczy. Jednak kapelusz zakładał po to aby chronić wzrok przed silnym wrześniowym porannym słońcem. Tak samo jak jego ubiór, miał być funkcjonalny a nie szpanerski. Dziwna postać miała przewieszony przez szyję aparat a na ramieniu oparty krótki statyw z kamerą. To jednak można było wyczytać dopiero z bliska. Nieznajomy odstraszał raczej swoim wyglądem a szare oczy nie zachęcały do rozmowy. Stara blizna na nosie świadczyła o "mocnej" niegdyś bójce i psuła zupełnie twarz nieznajomego. Jednak ta postać miała w duszy swoiste ciepło a na ustach gościł uśmiech. Zarezerwowany niestety tylko dla bliskich...

Plecak swoim wyglądem "głosił" całodzienną wyprawę. Wędrowiec zatrzymał się na chwilę stawiając zarazem kamerę na ziemi. Zagarnął dłońmi rosę z trawy i schłodził nią twarz. Zdjął kapelusz i czochrając nim po rosie zwilżył go całkowicie. Twarz dojrzałego mężczyzny była radosna choć pokonał już około ośmiu kilometrów a brzemię na plecach pewnikiem trochę ważyło. Sterczące krótkie siwiejące włosy zdradzały, że była to niegdyś spora czupryna. Naciągnął ponownie kapelusz na oczy i podnosząc kamerę z ziemi ruszył dalej. Cel swojej "sentymentalnej podróży" znał na pamięć. Jeszcze 200/ 300 metrów i zejdzie z polany pod las. Choć wychodził z domu kiedy było jeszcze ciemno to wiedział gdzie idzie. Minął potężnych rozmiarów akację, skręcił na północ i raptem się zatrzymał. To tu stała jego ukochana ambona. Dziś szarpnięta zębem czasu oparła się o dojrzałą olchę. Drzewo które niegdyś korzystało z jej schronienia. Teraz role się odwróciły. To olcha "podała dłoń" upadającej ambonie przedłużając tym samym jej żywot. Czy zmurszała staruszka poznała wędrowca? trudno powiedzieć - tyle to już lat. Mężczyzna zrzucił plecak z ramion i zasiadł na zmurszałym szczeblu drabiny. Powolnym spokojnym ruchem wyjął z kieszeni kurtki fajkę i starannie ją nabił. Zapalił. Dym zapachowego tytoniu rozniósł się w powietrzu. Palił podobne tytonie co jego dziadek. Na wzór dziadka po przypaleniu fajki głośno powiedział - witaj staruszko, co tam dzisiaj łazi.
Pykał z fajeczki i myślał o pierwszej swojej szczenięcej wyprawie. Oczy widziały obrazy z przed lat. Szare nic nie mówiące do tej pory oczy nabrały ciepła i blasku a rysy twarze zelżały...


Czternastoletni chłopiec siedząc na ganku rzeźbił postać ptaka w kostce szarego mydła.
Pochylony nad tą dziwną czynnością co rusz zerkał spod luźnej grzywki na postać dziadka.
Gęsta czupryna włosów i żywe rozbiegane szare oczy zdradzały niepokój chłopca.
Co innego robił a myślał o czym innym.
Baczny obserwator w lot zobaczyłby dlaczego. Duże strupy na kolanach chłopca zapisały mocny upadek z roweru.
Pobyt na podwórku to była kara za nadpobudliwość.
Co chwilę oczy chłopca biegły na dwie a jakże różne postacie.
Dziadek wypompowywał szambo.
Spokojne płynne ruchy mówiły o sile charakteru tego starszego siwego człowieka.
Żylaste spracowane ręce nie odczuwały zmęczenia.
Oczy chłopca pobiegły w kierunku postaci ojca. Ten natomiast grzebał coś w swoim wypieszczonym motocyklu WSK.
Jak różne to były postacie.
Pierwszy, siwy, to prosty człowiek, zawsze spokojny, opanowany, kochający rodzinę i łowieckie tradycje. Myśliwy.
Drugi z nich w sile wieku, zaradny ale człowiek kochający tylko technikę i motoryzację.
Alkoholik z wyboru.
Oczy chłopca i ojca spotkały się na chwilę. Chłopiec szybko spuścił wzrok udając, że rzeźbi.
Ojciec pobiegł wzrokiem w kierunku postaci teścia. Obserwował jego ruchy.
Wiedział, że teść go nie lubi, wiedział, że jest akceptowany tylko dlatego, że jest mężem jego córki.
Cieszył się jednak, że młodszy z synów naśladuje dziadka. Pewno myślał, że to lepiej jeśli syn pokocha las.
Pokocha cokolwiek innego niż on który pokochał alkohol.
Może kiedyś byłby to chłopcu powiedział, lecz cóż, odszedł z tego "padołu łez" kiedy syn był jeszcze za młody na podobne tematy.
Po pewnej chwili dziadek przestał pompować szambo i podszedł do zięcia, ten również porzucił swoją czynność i zaczęli rozmawiać.
Chłopiec zmarszczył brwi. Myślał.
Rozmowa przedłużała się niepokojąco. Coś wisiało w powietrzu.
To źle czy dobrze - intensywnie myślał.
Wiedział, że ojciec jest silny i agresywny. Choć dziadek nie należał do ułomków to jednak wiek robił swoje.
Drobne pięści chłopca zacisnęły się na maleńkim scyzoryku i mydle.
Był gotów bronić dziadka za wszelką cenę.
Jednak ojciec nie zdradzał agresji. Znał twarz ojca i ruchy. Nie nie, to spokojna rozmowa. Ojciec zerknął na syna. Ten szybko skupił się na kostce mydła.
Raptem ojciec zawołał - podejdź tu do nas. Chłopak podniósł się z ganku, starannie otrzepał spodnie z mydlanej miazgi i jednym skokiem z betonowej poręczy ganku znalazł się obok nich.
Dziadek zadał pytanie - chcesz iść ze mną w łowisko, bo ojciec pozwalają - gwałtowna radość i wypieki na twarzy chłopca zdradziły odpowiedź.
Uśmiech ojca pozwalał sądzić, że cieszy się i on z tego pytania.
Dziadek kontynuował - zabierzesz lornetkę i nóż, a babcia spakuje nam drugie śniadanie. Musisz być na nogach o trzeciej rano. Chłopiec wytrzeszczył oczy - choć wiedział już, że nie będzie to zwykłe obejście łowiska a polowanie, to jednak wolał się upewnić. Dziadek jednak uprzedził pytanie; tak tak, pójdziem w bór, na kozła.
Chciał wiedzieć coś więcej jednak dziadek urwał rozmowę tak szybko jak zaczął i wrócił do pompowania szamba. Ojciec pochylił się nad motorem i również zaczął coś w nim grzebać.
Chłopak wrócił na ganek. Usiadł. Niedokończona postać ptaka straciła swoją wartość.
Ruszył szybko na korytarz. W starej rzeźbionej dziadkowej komodzie miał swoją szufladę. A w niej swoje ukryte przed rodzeństwem skarby. Sięgnął za tylną ściankę i wyłuskał zeń mały kluczyk. Otworzył szufladę i wyjął dwa najważniejsze podarki - nóż i lornetkę. Oba przedmioty owinięte w kawałek flanelowej koszuli czekały na wyprawę. Szybkimi wprawnymi ruchami oczyścił i tak już lśniące szkła lornetki. Następnie wyłuskał nóż ze skórzanej czarnej pochwy na której wypalona była głowa Indianina z pióropuszem. Choć pochwa zdradzała pochodzenie rynkowe noża to jednak szerokie ostrze było miękkie w ostrzeniu i mocne. Długo ten nóż służył chłopcu kiedy ten był już dorosłym mężczyzną. Zginął w późniejszym czasie na jednej z wypraw na rozlewiska za orzechami laskowymi kiedy to pękła stara wysłużona już pochwa...
Pobiegł do babcinej kuchni - ta krzątała się przy garnkach.
Babciu Babciu, idę na polowanie - wykrzyknął. Wiem - krótko skwitowała starsza kobieta.
Ale babciu, nie na obchód tylko na zasiadkę, na polowanie, znów wykrzyknął. No przecież mówię, że wiem - ucięła babka.
Dał sobie spokój z dalszą rozmową. Stwierdził tylko, że musi naostrzyć nóż. Babcia z uśmiechem politowania kiwnęła głową. Chłopiec nie patrzył już na kobietę. Otworzył drzwi spiżarki i sięgnął po dziadkowe osełki. Wybrał tą najdrobniejszą. Nóż był ostry, wystarczyło lekko przeciągnąć ostrze. Namoczył osełkę w wodzie i wprawnymi ruchami delikatnie dopieścił klingę.
Najszybciej jak potrafił pobiegł na piętro do matki. Tej również oznajmił, że idzie z dziadkiem na polowanie. Na wszelki wypadek dobitnie stwierdził, że ojciec się zgadza. Wiem wiem, odpowiedziała matka. Tym razem chłopak zaskoczył w czym rzecz.
Wszyscy już wcześniej to ustalili.
Zadowolony z siebie ( to była jego dorosłość ) pobiegł na przedpokój, tu wyłuskał wojskowy plecak. Rozpiął go i wyjął flanelowe onucki. Zastanowił się czy będą potrzebne. Choć to wrzesień i wczorajszy ranek był ciepły to jednak na ambonie może być zimno. Zabrał onucki i zbiegł na parter. Wyjął z półki gumofilce i sprawdził ich stan. Były suche i czyste. Na wzór dziadka położył na każdym z nich onuckę. Choć fabryczne to gumofilce i jeden numer za duże to jednak dawały ciepło. Było to wczesne popołudnie, a on był już gotowy na wyprawę.
Zadowolony z siebie pobiegł do dziadka. Ten wraz z ojcem zasiedli na ławce wytrwale o czymś dyskutując. Sprawdził mimikę ojcowskiej twarzy i uspokojony zabrał się za grabienie drugiego podwórka z kurzych odchodów. Nie robił tego jednak z pasją dobrego gospodarza a jedynie dla zabicia czasu. Co jakiś czas opierał się na kiju grabek i chłonął wiatr na wzór dziadka. Czytał tym samym pogodę na jutrzejszy ranek. Nigdy nie potrafił jej odczytać a jednak to robił. Było chyba po osiemnastej kiedy matka zawołała go do mycia. Wieczór!!! ciepły i cichy a tu trzeba iść zjeść kolację i kłaść się spać.
Po nerwowym i zarazem siłowym grabieniu podwórka szybko usnął.

Raptem otworzył oczy, zastanawiał się ile już śpi i która to godzina. Jednak wolał nie zapalać lampki aby nie budzić rodzeństwa. Po chwili usłyszał dzwoniący zegar w pokoju rodziców, a zatem, to mój czas. Szybko zsunął się z łóżka i zanim ojciec wszedł do pokoju on już biegł do łazienki. Ile mam czasu tato - rzucił przez ramie do ojca - pół godziny odpowiedział rodzic. Szybka toaleta i już był w kuchni. Aby pokazać swoją dorosłość powiedział - trzeba było nie wstawać mamo sam bym zrobił sobie śniadanie. Nie marudź, siadaj - skwitowała matka - dodając zarazem - zejdziesz do babci z plecakiem to zapakuje wam drugie śniadanie. To pewnikiem ty będziesz niósł je w swoim plecaku. Chłopak kiwnął tylko głową, i szybko pochłaniał śniadanie. Po chwili już był gotowy. Zbiegł cichutko po schodach i zaszedł do dziadków kuchni. Babcia już czekała. Podał jej swój plecak a ta wsunęła do niego dwa zawiniątka. Domyślał się co zawierają - w jednym był pokrojony chleb, dwa ząbki czosnku "na wzmocnienie" i duże dwa pęta suchej kiełbasy. W drugim metalowy dwulitrowy termos ze zbożową kawą. Babcia chciała coś powiedzieć - wnuk uprzedził babcine rady - wiem wiem, babciu, ten musi być cały czas na stojąco bo to termos z kawą.
Babcia poczochrała wnuka po głowie i nakazała iść już bo dziadek czeka. Wybiegł na korytarz i starannie zwinął onuce aby dobrze "leżały" na nodze. Wsunął stopy w gumofilce i założył starą jesienną kurtkę. Z czapką w ręku i z plecakiem wyszedł na podwórze. Tu spotkał dziadka który pykał fajeczkę przy otwartych drzwiach Syrenki. Podniesiona klapa bagażnika sugerowała, że plecak ma się tam znaleźć. Wsunął plecak do drewnianej skrzynki tak aby się nie przewrócił. Dziadek zajrzał do bagażnika i krótko stwierdził. Jedziem synek na koziołka blisko tu, bo na jedynkę. Zostawimy auto przy polu Pana Bronka i dalej idziem na nogach. Chłopiec pokiwał głową i wskoczył na siedzenie. Dziadek opukał fajkę o próg samochodu jednocześnie pytając - dobrze zwinąłeś onucki czy mama dali skarpety? - nie ja wolę onucki i dobrze zwinąłem - odparł chłopak. Acha skwitował dziadek - no to ruszamy. Nie martwił się zbytnio o wnuka bo ten nie pierwszy raz z nim wędrował - nigdy nie było z nim kłopotu choć dzieciak jeszcze, a już w łowisko łazi od dobrych dwóch lat.
Uruchomił syrenkę. Ta charcząc na swój sposób ruszyła zostawiając domostwo w niebieskiej chmurze gryzącego dymu. Po piętnastu minutach spokojnej jazdy stary wdzięczny samochód dowiózł pasażerów na "Bronkowe pole".
Wysiedli z samochodu. Wnuk wyjął plecak z bagażnika i zarzucił na ramiona a dziadek torbę i broń. Każdy z nich włożył pod pachę koc w które zaopatrzyła ich babcia.
Idź synek pierwszy - komenderował dziadek - masz młodsze oczy to lepiej widzisz. Wnuk udając dorosłego pokiwał głową i ruszył pierwszy. Zanim podążał dziadek. W milczeniu pokonywali odcinek dzielący ich od ambony. Wnuk starał się iść niczym stary łowca. Wiedział, że dziadek obserwuje jego ruchy. Kiedyś podsłuchał rozmowę dziadka i babci kiedy ten chwalił jego zgrabne ruchy i koci chód. Mówił wówczas do swojej połowicy, że będzie z niego dobry myśliwy. Tylko dziadek nie wiedział jeszcze, że raptem dwa lata później odezwie się w chłopcu młodzieńczy bunt. Że ucieczki z domu jakie zacznie "fundować rodzicom" to włóczęgostwo. Przebywanie z dziadkiem w "nocnym łowisku" nauczą chłopca nie bać się nocnych wypraw. Że poczuje się lepiej w leśnych ostępach niźli w ciemnych zakamarkach osiedla. Że pokocha motoryzację odrzucając zarazem piękną wówczas dla niego naturalną książkę - książkę zwaną Bór..

Dotarli wreszcie do ambony. Wnuk niczym kot wspiął się po szczeblach drabiny na ambonę, za nim wspiął się ciężko dziadek. Sapał z wysiłku ale nie narzekał. Wnuk wyjął deskę z zakamarka i usiadł na niej. Szybko rozpakował plecak i wyjął lornetkę. Zawiesił ją na wystającym gwoździu i znieruchomiał. Teraz dziadek przystąpił do swoich czynności. Rozłożył koc na podłodze i zasiadł na nim tak aby pozostała część koca służyła za okrycie pleców. Z torby wyjął pięć kul i załadował je kolejno do magazynka. Sprawdził broń i odstawił na bok za belkę. Teraz okrył ramiona kocem. Zlornetuj teren synek - powiedział - ja odpocznę nieco. Dobrze dziadku - odpowiedział wnuk.
Było jeszcze ciemno więc lornetka niewiele mogła. Jednak chłopiec wiedział, że należy "wczytać" się w ścianę lasu i zapamiętać każdy cień.
Czas wlókł się powoli a dziadek lekko pochrapywał. Było już prawie widno kiedy po łące rozeszło się dziwne kirek - kirek. Chłopak drgnął na ten dźwięk i szybko skierował tam głowę. Szukał kolorowego koguta na szarym tle łąki. Musiał poczekać na kolejne zawołanie aby dokładnie zlokalizować ptaka. Nie czekał długo - już po chwili kogut ponowił zawołanie. Teraz chłopak zauważył ptaka. Zdjął lornetkę z gwoździa i zaczął obserwować kolorowego samca. Ten stał na maleńkim kopczyku i prezentował swoją sylwetkę.
Co tam synek - raptem szepnął dziadek - nic dziadku - szeptem odpowiedział chłopak - bażant się kręci.
To dobrze, czekamy - odpowiedział dziadek.
Mijały kolejne minuty. Chłopak co rusz lornetował przedpole, to było dla niego takie ważne - wskazać łowcy zwierza kiedy ten wyjdzie na łąkę.
Raptem zza ściany drzew wyszło słońce. Eksplozja barw zalała łąkę. Co rusz odzywały się ptaki głosząc wrześniowy świt. Wszystkie do tej pory niewidoczne pajęczyny nabrały blasku. Krople rosy niczym perły osnuły nici pajęczyn. Przepiękna biżuteria dodała piękna tej nowej pachnącej jeszcze drewnem ambonie. Łąka osnuta lekką mgiełką przyciągała wzrok chłopca. Minęła kolejna godzina.
Dziadek poprawił nieco swoją pozycję.
Nie jesteś głodny synek - rzucił raptem - możemy coś zjeść dziadku do puki nic się nie dzieje - odparł wnuk.
Dobra - odpowiedział dziadek - zamienimy się miejscami i ty przygotujesz posiłek.
Najciszej jak mogli zrobili zamianę. Teraz dziadek zasiadł na desce a wnuk wylazł na maleńki tarasik ambony i usiadł. Rozłożył obok siebie mały ręcznik wyjął z plecaka wielki termos i pozostałą część posiłku. Zgniótł lekko nożem dwa ząbki czosnku i szybko je obrał. Nalał do kubków kawy i jeden z nich podał dziadkowi. Następnie czosnek, pętko kiełbasy i chleb. Jedli w milczeniu. Po posiłku dziadek przypalił fajkę. Wnuk chciał zaprotestować ale wiedział co dziadek powie - mamy dobry wiatr więc zwierz nas nie wyczuje - choć chłopiec wiedział, że może być zupełnie na odwrót. Zwinął szybko ręcznik i resztki po posiłku wrzucił do plecaka odstawiając go zarazem na bok. Kiedy wstał aby przesunąć się w głąb ambony jego oczy zarejestrowały ruch. Szybko skierował tam wzrok. W odległości 25/ 30 kroków na "lewej" ścianie lasu stał dorodny kozioł choć myłkus. Dziwne poroże układało się w kształt spłaszczonego zarośniętego kwadratu. Zwierz patrzył na ambonę.
Chłopak zachował zimną krew. Nie poruszając się szepnął do dziadka - na naszej " jedenastej" dziadku.
Łowca jak na komendę skierował tam wzrok.
Tuż od nich lekko schowany za młodą jodłą stał spokojnie kozioł. Widział obu "dwułapych". Starszy mężczyzna analizował spotkanie. Prawą rękę powolnym ruchem skierował na broń. Raptem zaniechał tej próby. Czekał.
Nawet gdyby udało złożyć się do strzału to cel był zasłonięty jedliniakiem. Rykoszet mógł pokaleczyć kozła.
Zmagania wzrokowe trwały jeszcze kilkanaście może sekund.
Raptem kozioł szczeknął i gwałtownym zwrotem ciała oraz silnym odbiciem tylnych stawek wykonał potężny sus w stronę lasu. Jeszcze kilka podobnych i znikł za pierwszymi drzewami.
Eeecchh, sapnął łowca - widziałeś synek jak nas zrobił w konia.
I co teraz dziadku, przecież to niczyja wina - zasugerował wnuk - niczyja niczyja synku - miał szczęście, że tak zza jedliny nas podglądał cwaniak jeden.
Czekamy dziadku prawda - pyta wnuk - a na co mamy czekać - odpowiedział dziadek - on już dzisiaj nie wróci!!! przyjdziem innym razem i tyle.
Niepocieszony wnuk wiedział co znaczą te słowa, czas pakować plecak. W duchu klął te śniadanie, że też musiałem być akurat głodny.
Wolał spytać dziadka czy to prawda, że zabierze go jeszcze na polowanie bo przecież powiedział " przyjedziem inny razem i tyle".
Ja też pojadę dziadku - spytał wnuk - pojedziesz pojedziesz synku - z uśmiechem skwitował dziadek.

Zeszli z ambony i wolnym krokiem wracali do samochodu. Tym razem pierwszy szedł dziadek a za nim podążał wnuk...

W zamyśleniu mężczyzna zapomniał o fajce, a ta w tym czasie zgasła.
Pociągnął kilka razy zasłaniając komin, nic to nie dało.
Wstał ze szczebla drabiny i przeciągnął się mocno.
Zjem sobie tutaj śniadanie i pociągną z fajeczki - pomyślał.
Rozpakował plecak nalał z termosu kawy zbożowej obrał ząbek czosnku i zajadając suchą kiełbasę myślał gdzie by tu znaleźć nową ambonę. Po krótkim posiłku podniósł się ze szczebla starej drabiny zrobił zwrot aby spojrzeć na zarośniętą łąkę. Kontem oka dostrzegł ruch na "jedenastej".
Na "lewej" ścianie lasu stał dorodny kozioł i z odległości 25/ 30 kroków obserwował postać "dwułapego". Doświadczony wędrowiec nie poruszył się jednak. Spojrzał w dół na kapelusz gdzie spoczywał nań aparat. Spojrzał w prawo, ale kamera była poza zasięgiem ręki.
Zmagania wzrokowe trwały jeszcze kilkanaście może sekund.
Raptem na twarzy wędrowca zagościł szeroki uśmiech, zsunął kapelusz zawadiacko na tył głowy i głośno powiedział - spadaj draniu.
Jak na komendę kozioł szczeknął i gwałtownym zwrotem ciała oraz silnym odbiciem tylnych stawek wykonał potężny sus w stronę lasu. Jeszcze kilka podobnych i znikł za pierwszymi drzewami.

Wędrowiec zarzucił plecak na ramiona zawiesił aparat na szyję, jedną ręką sięgnął po kamerę a drugą mocno wcisnął na głowę kapelusz. Spojrzał na las gdzie uszedł dorodny kozioł. Zmierzył wzrokiem ambonę cicho szepcąc pod nosem - trzymaj się staruszko.
Ruszył powoli w drogę powrotną.
Spod ronda kapelusza patrzyły na łąkę te same szare nic nie mówiące oczy...




27-08-2010 17:34Trapper3 tygodnie temu napisane a dopiero teraz przeczytalem. Piekne.
03-08-2010 11:54ULMUSklimatyczne i fajna konwencja :)
02-08-2010 12:34Piotr 30.06Gratuluje! lekkie pióro wraz z bogactwem autora sprawiają że przyjemnie się to czyta, polecam

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.