DZIENNIK
Redaktorzy
   Felietony
   Reportaże
   Wywiady
   Sprawozdania
Opowiadania
   Polowania
   Opowiadania
Otwarta trybuna
Na gorąco
Humor
PORTAL
Forum
   Problemy
   Hyde Park
   Wiedza
   Akcesoria
   Strzelectwo
   Psy
   Kuchnia
Prawo
   Pytania
   Ustawa
   Statut
Strzelectwo
   Prawo
   Ciekawostki
   Szkolenie
   Zarządzenia PZŁ
   Przystrzelanie
   Strzelnice
   Konkurencje
   Wawrzyny
   Liga strzelecka
   Amunicja
   Optyka
   Arch. wyników
   Terminarze
Polowania
   Król 2011
   Król 2010
   Król 2009
   Król 2008
   Król 2007
   Król 2006
   Król 2005
   Król 2004
   Król 2003
Imprezy
   Ośno/Słubice '10
   Osie '10
   Ośno/Słubice '09
   Ciechanowiec '08
   Mirosławice '08
   Mirosławice '07
   Nowogard '07
   Sieraków W. '06
   Mirosławice '06
   Osie '06
   Sarnowice '05
   Wojcieszyce '05
   Sobótka '04
   Glinki '04
Tradycja
   Zwyczaje
   Sygnały
   Mundur
   Cer. sztandar.
Ogłoszenia
   Broń
   Optyka
   Psy
Galeria
Pogoda
Księżyc
Kulinaria
Kynologia
Szukaj
autor: ANDY13-12-2010
13 grudnia... 81

Terkot budzika. Zupełnie jeszcze ciemno. Szyby lekko zalodzone obsypane śniegiem. Dziś niedziela. Mam wyrzuty sumienia, że zamiast spać stawiam na nogi rodzinę. Zdążyli już przywyknąć do mych fanaberii... jednak...

Ubieram się pospiesznie aby złapać jakiś autobus co w niedzielę może być trudne a i jazda przypomina magiel w puszce po sardynkach. Do miejsca zbiórki mam 5 km w zupełnie oddalonej części miasta. W autobusie większość ludzi jeszcze myślami w ciepłym łóżku a i sytuacja w kraju nie nastraja optymizmem. Coś się szykuje brzydkiego i coś wisi w powietrzu podświadomie wywołując napięcie i jakiś lęk...

Wyciska mnie z tubki autobusu zbita masa współtowarzyszy. Objuczony futerałem z bronią i torbą z termosem usiłuję się wyrwać jakoś nie zostawiając ekwipunku. Szybko zdążam na miejsce zbiórki, która jest usytuowana obok stołówki milicyjnej zwanej "Szklanym Bykiem" w niedalekim sąsiedztwie komendy. Jest już parę osób, ale jest też coś więcej... W niedalekiej od nas odległości zbita masa szarych postaci – "moczarek golędzinowskich" - tak wtedy nazywano oddziały używane do bicia studentów i demonstrujących ludzi. Nie mają żadnych dystynkcji. Pały na metr dyndają swobodnie, ale jest różnica – mają broń. Tego dotąd nie było. Przypatrują się nam z jakimś dziwnym uśmieszkiem, coś do siebie mówią wskazując na grupkę niewiele się od nich różniących ubiorem postaci. Prawie każdy z nas ma na sobie coś z wojskowych szmat – najczęściej portki, ale i zimowe "bechatki" też się trafiają...

W powietrzu wisi jakiś dziwny niepokój, coś się zmieniło, niestety nikt nic nie wie. W końcu przychodzi ktoś i mówi, że nie działa telewizja i zabrano w nocy kogoś z "Solidarności" – podobno do więzienia. Telefon też nie działa mówi, na ulicach pełno patroli. Zastanawiamy się co zrobić – stoimy z bronią na ulicy w otoczeniu milicjantów, jechać w łowisko czy nie. Nerwowe gesty i szybko spalane ostatnie kartkowe papierosy. Mróz jest spory, śniegu napadało dużo. Obraz cudownej zimy łamie obawa – co nam szykują, bo to, że szykują to pewne. Krótka decyzja – jedziemy, co będzie to będzie. Może to ostatnie polowanie, wszystko jest możliwe. Wbijamy się do samochodów, których jest mało i upychamy się maksymalnie wykorzystując miejsca. Szyby z miejsca parują, niewiele widać ale zastanawia ogromna ilość wojskowych pojazdów i wszechobecne niebieskawe mundurki bez dystynkcji. Wszystkich ich dziś wypuścili na ulicę, skąd tego tyle jest...

Radio emituje tylko syk tła fali, kolega kręci gałkami i nagle na jakiejś obcej stacji urywane strzępy komunikatu: stan wojenny w Polsce. Wojna?, dziwne mrowienie wzdłuż grzbietu i stężałe twarze kolegów. Wracać do najbliższych, jechać dalej...

Dylematy zatrzymuje mocne hamowanie na sporym śniegu. Szosę przekreśla szlaban, co u licha. Wkoło pełno żołnierzy i palący się żelazny koksiak. Żołnierze mają na stopach nowiutkie gumofilce, których wielu z nas bezskutecznie poszukiwało w sklepach GS-u a które trzeba było "organizować" – jak zresztą wszystko wtedy. „Organizować" – znaczyło szukać kogoś z dojściem do określonego towaru i z pomocą tzw. "okienka" zawierającego przydział flaszki wódki, kawy, czy papierosów jako załącznik zdobyć jakąś niezbędną rzecz. Opatulony klapami uszanki żołnierz podchodzi do samochodu, broń poziomo na pasie, otwiera drzwi i wsadza głowę do środka. W środku ciężkie milczenie i nagle do stojącego obok drugiego żołnierza pada - "swoi" i machnięcie ręką – jazda... Patyk szlabanu jedzie w górę i ruszamy. Bezładne nerwowe pytania i brak odpowiedzi – co się do cholery dzieje, co jest, co za "swoi". Po chwili dociera do mnie, że zobaczył kurtkę moro i inne składaki naszej odzieży. Jednak pchamy się dalej i w końcu dojeżdżamy do łowiska. Obrządek zbiórki na której pojawiają się naganiacze, bezładne pytania na które brak odpowiedzi...

Tylko knieja zasypana śniegiem i stężała od mrozu tkwi nieporuszona żadnymi niespodziankami. Między zlodowaciałymi gałązkami jak zawsze rubinowo – czerwone kleksy gili. Sójki jak zwykle wydzierają się zajadle, na dukcie złota wstęga... strzał... Podświadomie jednak w każdym jest niepokój, co się stanie, jak wrócimy, czy naszym bliskim nic się nie stanie... Wracamy późno jakby przeczuwając, że na następne polowanie może nie zdążymy...

Wchodzę w uliczki osiedla – łażą jakieś patrole waląc kopytami o chodnik, ale nie zatrzymują mnie. Stukam do drzwi mieszkania. Stężała twarz żony – Jędrek, masz natychmiast oddać broń i amunicję – mówili w telewizji ogłaszając jakiś dekret. Co z nami będzie... Nie znam odpowiedzi. Żona mówi również, że obowiązuje godzina milicyjna, że bez specjalnej przepustki nie można się poruszać, że to i tamto... Jak mam w takim razie pójść z bronią na komendę skoro nie mam przepustki. Decyduję się pójść do sąsiedniego bloku, gdzie mieszka mój kolega po strzelbie a który nie był na polowaniu. Chyłkiem przebiegam do jego bramy, stukam – jest. Ja już zaniosłem, zabrali. Szybko się zbieraj, masz czas tylko do 22. Wracam do domu i zabieram się do czyszczenia broni, potem wlewam olej w lufy aby zakonserwować. Dostanę ją z powrotem? Kolega mi mówił, że zdeponował również amunicję bo tak kazali. A guzik pomyślałem. Wynoszę całą amunicję ukradkiem do Matki, to sąsiedni blok, jakoś mi się udaje nie wleźć na patrol. "Deponuję" ją u Niej i wracam po broń. Biorę futerał z domu i idę na komendę. Dziwnym trafem pomimo licznych patroli nikt mnie nie zatrzymuje. W okolicy komendy zbieranina pojazdów i rojących się żołnierzy i milicjantów, diabli zresztą wiedzą kto jest kto. Nie jestem sam, na chodniku razem ze mną jakiś nieszczęśnik też targa futerał i sporą torbę, pewno z amunicją. Pytające – też tam, też... psiakrew.

Jestem przygotowany na jakieś kontrole, legitymowanie. Nic z tego – władcze – tam - kieruje mnie do jakiegoś składziku. Otwieramy drzwi. W środku ciemno od dymu i zapach gorzały. Jakieś indywiduum zabiera mi futerał z bronią i pierze nim na olbrzymią stertę takich lub podobnych futerałów. Jak by mi wyrwano serce, moja wymuskana strzelba ciśnięta jak kołek na stosik drewna. Podrzuca mnie to ale się reflektuję – a jakieś pokwitowanie poproszę – zdziwienie tępej gęby – pokwitowanie? – ja ci k... dam pokwitowanie, wy... Nie czekam na resztę ale pada: amunicja. Wolno cedzę – nie mam amunicji poza tymi nabojami i z kieszeni wyjmuję kilka jakiś wziętych z sobą na wszelki wypadek ładunków. Macha ręką a ja wsuwam je z powrotem i z ciężkim sercem odwracam się do drzwi z przeświadczeniem, że mej bronki chyba już nie zobaczę...

Wracam ciemnymi jak u Murzyna ulicami do domu. Na szczęście leży spora warstwa śniegu i jest stosunkowo jasno. Przy bramie koszar płonie koks w żelaznym koszu i stoją sylwetki wartowników. Ulicą co chwilę jedzie jakiś transporter czy wojskowe (milicyjne) auto. Nikt mnie nie zaczepia i z ulgą witam się z najbliższymi, którzy na pewno z obawą myśleli kiedy i czy wrócę, jak tysiące Polaków z których wielu zostało na długie dni zamknięte w miejscach internowania a przecież wielu zniknęło na zawsze...




17-03-2011 10:01OktawianRano włączyłem radio o szóstej i usłyszałem hymn. Zapytałem Ojca czy to jakaś olimpiada czy co? Po wysłuchaniu generała wszystko stało się jasne, choć nie do końca. Co robić? Zajączki w polu czekały przecież. Uzgodniliśmu, że nie mamy obowiązku słuchania radia o tej porze i pomknęliśmy syrenką na zbiórkę w pola. Było wiecej takich. Nastąpiła tylko zmiana prowadzącego polowanie. Wybraliśmy kolegę, który sporo czasu, już po wojnie, "mieszkał" w lesie na Turbaczu. Jeden z naganiaczy został łącznikiem. Ganiał między wsią i nami ze świeżymi informacjami. Około godziny 13. powiedział, że broń trza zdawać. Po szosie "poznańskiej" jeździły czołgi i skoty. Prowadzący stwierdził - kto słucha radia w polu? Polujemy. Po pokocie pojechaliśmy z Ojcem i jeszcze jednym kolegą na chwilę do lasu. Ojciec strzelił kozę, którą skrzętnie podzieliliśmy na trzy części. Potem w domu czyszczenie broni i na komendę. U nas nie było takiego traktowania nas i strzelb ukochanych jak opisał to jeden z przedmówców. Było porządnie - półki, suchy, ciepły magazyn, pokwitowania. Za trzy dni przyniósł mi patrol WSW bilet do domu. W styczniu poszła pogłoska, że broń oddają. Ze trzy dni tak było. Myśmy z Ojcem zdążyli. Na przepustkach mogłem chodzić do lasu. Kilkunastu kolegom tak się udało. Nie musiałem pisać jakichś lojalek. Ot zwykłe podanie. Ale studia szlag trafił. Nie wróciłem już na nie. Zbyt otumaniony z armii wyszedłem. Tuż przed Wigilią '83.
Taaaak. Działo się...
30-01-2011 10:45mikeszWraz ze starszym bratem przez przypadek odbieraliśmy na zwykłym radiu rozmowy prowadzone między sobą przez "brać niebieską" kiedy poruszali się samochodami w okolicy naszego bloku.
Wcześniej zaliczyłem rejestrację wojskową więc szybko trafiłem na komisję. To był moment, bilet i już skoszarowany. Miesiąc "unitarki" i przysięga w gronie najbliższych. Broń do łapy i na patrole. Jedno co dobrze wspominam to żarcie. Żołnierz był dobrze nakarmiony to i morale było na plusie. Co się przeżywało na "łączonych patrolach" to lepiej nie mówić.
Czytać, słyszeć a być, to znaczna różnica.
Jednak niektórzy ( moim skromnym zdaniem ) nadal tęsknią za "blondynkami" lub jeszcze lepiej, za szturmówkami. Jak nie dostaną wp*****ol pałą to Ich grzbiet swędzi i zwady szukają...
jak w niektórych komentarzach...
Czytać, słyszeć...

ps;
Andy, oddałeś ten nerwowy klimat - i słusznie, tak to wyglądało...
23-12-2010 16:51TrapperNie mam na mysli aby podburzac. Nie znam sie na polityce ale chodzi o to ze aby wladza nie byla absolutna i aby sluzyla ludziom a to musi byc ciagle obserwowane i kontrolowane inaczej zacznie sie dyktatura pod jakas tam postacia. Ale to juz polityka.
Ilekroc przyjade do Polski podziwiam pozytywne zmiany.
DB
23-12-2010 11:35ULMUSTaaa ... uważać tylko należy żeby istnienie tej cudownej demokracji nie stało się ważniejsze niż istnienie państwa. Słuchając czasem wypowiedzi filutów rządzących naszym krajem, odnoszę wrażenie, że tak walczą o demokrację iż zapomnieli o najważniejszym. To demokracja ma służyć Polsce a nie Polska demokracji.
22-12-2010 17:24TrapperCo tam ze mi zabrali dubeltowke. Losy narodu, losy ojczyzny sie wazyly.
Opowiadanie bardzo dobrze oddaje atmosfere tamtych czasow. Nie byly to przyjemne czasy.
W zadnym kraju demokracja nie jest za darmo
22-12-2010 09:03FREYA ja w całym tym toku wydarzeń właśnie przychodziłem na świat...
21-12-2010 08:56ULMUSŚwietnie że napisałeś to opowiadanie Andy ... zwłaszcza dla tych co wychowali się w rzeczywistości bez ZOMO , ruskich godziny policyjnej itd ... zwłaszcza dla tych wszystkich bardzo młodych współczesnych baranów ze zmielonym mózgiem , którzy myślą że jest tak fajnie jak w telewizji, że już nic nie mysimy robić bo jest bezpiecznie a komuniści nigdy nie wrócą , natomiast bracia Rosjanie i Niemcy jak od tysiącleci bywało, zawsze służyć nam będa bratnia pomocą, opieką i srdecznym gestem.

P.S.
Osobiście byłem represjonowany tylko w ten sposób że nie miałem tego dnia teleranka.
15-12-2010 22:35starywraczJeszcze dziś słyszę od moich wnuków, że czołgi strzelały do Popiełuszki, bo tak im katecheta mówiła.
15-12-2010 20:29braunSpodziewałem się, że mój komentarz nie spotka się z jakąkolwiek aprobatą - bo przecież wszyscy Polacy walczyli z "komuną", która to jest najstraszniejszym okresem w historii tego kraju.
Tak, zwykły Kowalski stanu wojennego nie odczuł, nikt go nie represjonował i nie prześladował. Ci których ówczesna władza w jakikolwiek sposób ukarała powinni mieć tego świadomość, że:... każdy kto podnosi rękę na władzę (obojętnie jaka ona jest)musi się liczyć z tym, że dostanie po łbie...-(słowa ministra Milczanowskiego).
Pozdrawiam.
15-12-2010 18:26parzypyrabraun: ciekawe masz obserwacje na temat stanu wojennego, z własnych przeżyć czy tata opowiadał?
15-12-2010 15:44deptul@braun. Właśnie po to warto pisać takie wspomnienia żeby Tobie podobni nie pisali takich komentarzy. Dorastałem w tamtym okresie. Spróbuj mnie przekonać, że "...że zwykły szary Kowalski wprowadzenia stanu wojennego nie odczuł...".
15-12-2010 13:11azil IIhttp://www.youtube.com/watch?v=v4B9JmmYLZ8&NR=1
Spytaj się kol. tadys BT czy mu broń zabrali......?
Azil II
15-12-2010 07:35braunIm dalej od wydarzeń stanu wojennego tym więcej "opowiadań" jaki to straszny okres w historii Polski, ile ofiar, masowe aresztowania itd.
Prawda jest taka, że zwykły szary Kowalski wprowadzenia stanu wojennego nie odczuł, mundurowi też swoją broń zdawali i nikt nie robił z tego problemu, wielcy działacze solidarności siedzieli sobie w miejscach internowania - niektórzy wręcz w luksusowych warunkach, dostawali paczki z zachodu i rzucali czekoladą i papierosami w klawiszy (fakt z pobliskiego zk). Liczba ofiar też z roku na rok rośnie, tak jak zasłużonych działaczy solidarności.
14-12-2010 09:09MARSCzytam, i dosłownie jakbym ojca słuchał... Później na broń czekał prawie trzy lata bo był w Solidarności. Mógł mieć wcześniej, ale nie podpisał...
13-12-2010 19:46Ana-2012Bardzo ciekawe opowiadanie. Czytając można sobie wyobrazić tamte czasy. Strach przed nadchodzącą chwilą...

Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.